O. Gużyński: Katolicy też wychowują homoseksualne dzieci. "LGBT ze społeczeństwa wydalić się nie da"

"Dla katolickich rodziców, którzy wychowują swoje homoseksualne dzieci, na nic zdadzą się apele "non possumus" lub określenia "tęczowa zaraza". Oni w ramach podstawowej komórki społecznej szukają odpowiedzi na pytanie, jak mają kochać swoje homoseksualne dzieci, aby z własnej winy nie odrzucić ich poza nawias rodziny" - komentuje dla Gazeta.pl. dominikanin ojciec Paweł Gużyński.
Zobacz wideo

List abp Tadeusza Wojdy, odnoszący się krytycznie do mającego odbyć się w Białymstoku marszu równości, wywołał przynajmniej jeden skutek, którego autor nie przewidział. Rozgorzał spór o rzeczywiste lub rzekome oddziaływanie przyzwalające listu na późniejsze użycia przemocy wobec uczestników wspomnianej demonstracji. Jednakowoż jest on wart refleksji w inny jeszcze sposób, który wyobraźnię społeczną metropolity wystawia na poważną próbę. Chodzi o jego przekonanie, że czymś stosownym i pożytecznym duszpastersko oraz społecznie, będzie przywołanie w jego treści pomnikowej postaci kard. Stefana Wyszyńskiego, wypowiadającego swoje wiekopomne "non possumus". Sięgnięcie po zasoby historyczne o wielkim ciężarze gatunkowym nie może być tu przypadkowe i pozbawione znaczenia. Sądzę zatem, że warto się temu przyjrzeć uważniej.

"Można albo zarzucać metropolicie, że przywołał złego ducha, albo go bronić"

Z niezliczonych przykładów wiemy, że kaznodzieje, podobnie jak wszelkiej maści mówcy, często okraszają swoje publiczne wypowiedzi cytatami pochodzącymi z dorobku intelektualnego i duchowego osób uznawanych za autorytety. Przytoczona myśl cudza ma między innymi zobiektywizować ich własny przekaz i tym samym wzmocnić jego siłę przekonywania odbiorców. Dobór osób i opinii, które zostają przywołane, bywa najczęściej kwestią rozmysłu lub naśladownictwa, lecz w każdym przypadku wywiera jakiś skutek, nie wyłączając także obojętności.

"Non possumus" abp Wojdy mimo uszu słuchaczy nie przeszło. Pewna część odbiorców tego apelu uznała za dalece niestosowne obsadzenie aktywistów działających na rzecz równouprawnienia osób z grona LGBT w roli socjalistycznej władzy, której przed laty sprzeciwił się Prymas Tysiąclecia. Inni zaś, kojarząc owych działaczy z poglądami lewicowymi, uznała to za oczywiste. Można zatem, albo zarzucać metropolicie, że przywołał raczej złego ducha, niż znamienitego ducha przodka, albo bronić go, przedstawiając osoby z kręgów LGBT, jako pogrobowców bezbożnej marksistowskiej antropologii. Niemniej, nie sposób odmówić metropolicie prawa do wyrażenia sprzeciwu wobec tego, co rozpoznał za szkodliwe.

"Nie może zabraknąć miejsca dla kogokolwiek, kto porządek szanuje"

W demokratycznym państwie prawnym nikogo nie powinno to dziwić, jaki również to, że uczestnikom białostockiego marszu równości wolno było agitować w swojej sprawie. Jednak przywołanie autorytetu kard. Wyszyńskiego i jego wiekopomnego sprzeciwu, pozbawione wyraźnego zwymiarowania, zdradza anachroniczny sposób postrzegania polskiej rzeczywistości społecznej i politycznej. Władza bowiem, której sprzeciwił się Prymas Tysiąclecia, nie była władzą o proweniencji demokratycznej i strzegła porządku społecznego, gdzie katolików traktowano jako ciało obce. Obecnie zaś pieczę nad społeczeństwem powierzono władzy sprawowanej w sposób demokratyczny w granicach obowiązującego prawa. Stąd nie może zabraknąć w nim miejsca dla kogokolwiek, kto ten porządek szanuje. Nasuwa się więc pytanie, dlaczego białostocki metropolita nie uwzględnił tej zasadniczej różnicy?

Jak wielu innych, oceniam, że hierarchia kościelna w Polsce wciąż jeszcze nie zdołała odnaleźć właściwego dla siebie miejsca odkąd zaczęła funkcjonować w polu demokratycznego społeczeństwa. W rodzimych zasobach historycznych próżno szukać przykładów, które z pierwszej ręki mogłyby zaradzić tej dezorientacji, bo i skąd, jeśli pierwszy raz w historii świętujemy trzydziestolecie polskiej demokracji. Nie brakuje za to bieżących przykładów wypowiedzi hierarchów kościelnych, które mimo ustalenia nowych ram ustrojowych państwa, wciąż tkwią mentalnie w epoce Prymasa Tysiąclecia.

Układ społeczny, "Kościół i społeczeństwo przeciw partii i opresyjnemu państwu", przeminął. Konstrukcja, która majaczy na horyzoncie, "Kościół, partia i państwo przeciw społeczeństwu", byłby dla Kościoła katastrofą. Cóż zatem? 

Jaką miłością bliźniego kochać osoby LGBT?

Naturalne dla Kościoła wyłączanie publicznych grzeszników poza nawias własnej wspólnoty nie ma żadnego zastosowania wobec wspólnoty, jaką jest społeczeństwo. Przedstawicieli "tęczowej zarazy" (jak nienawistnie określił osoby LGBT abp Marek Jędraszewski - red.) ze społeczeństwa wydalić się nie da, warto więc po ludzku poukładać sobie z nimi życie. W szczególności, że dla katolickich rodziców, którzy wychowują swoje homoseksualne dzieci, na nic zdadzą się apele "non possumus" lub określenia "tęczowa zaraza". Oni w ramach podstawowej komórki społecznej szukają odpowiedzi na pytanie, jak mają kochać swoje homoseksualne dzieci, aby z własnej winy nie odrzucić ich poza nawias rodziny.

Ze szczerą tęsknotą czekam na pierwszego polskiego biskupa, który wygłosi kazanie np. o tym, czy katoliccy rodzice powinni zgadzać się na wizyty partnera ich homoseksualnego syna w ich domu. Ale przyszedł również czas, by w Kościele zadać sobie to samo pytanie, lecz w makroskali. Jaką praktyczną miłością bliźniego kochać osoby z grupy LGBT? Po słowach abp. Jędraszewskiego widać jawnie, że w tej materii nawet nie wiemy, czego nie możemy ("non possumus") mówić.