Uczniowie w Lublinie strajkowali przeciw reformie edukacji. Kurator: Marzenia nie zawsze się spełniają

Młodzież z Lubelskiego Komitetu Młodzieżowego strajkowała w poniedziałek przed lubelskim kuratorium oświaty. W wyniku reformy edukacji dla wielu uczniów brakuje miejsc w wybranych szkołach. Wśród nich są absolwenci, którzy skończyli naukę z wyróżnieniami. Jednak według lubelskiej kurator oświaty problemu nie ma. - Marzenia nie zawsze się spełniają - powiedziała Teresa Misiuk.
Zobacz wideo

W pierwszym etapie rekrutacji do żadnej ze szkół, które wybrali, nie dostało się 605 absolwentów szkół podstawowych i gimnazjalnych. Wśród nich są uczniowie, którzy szkoły zakończyli ze świadectwem z czerwonym paskiem, a mimo to nie widnieją w tym momencie na listach przyjętych. W związku z tym Lubelski Komitet Młodzieżowy zorganizował w poniedziałek strajk przed lubelskim kuratorium oświaty i urzędem wojewódzkim pod hasłem "Nie chcemy cierpieć przez decyzje polityków".

Zaniepokojona sytuacją młodzież została zaproszona do rozmowy przez lubelską kurator oświaty Teresę Misiuk. Spotkanie z nią nie okazało się jednak dla młodych satysfakcjonujące.

Kurator oświaty "sprawdziła listę"

Teresa Misiuk rozpoczęła spotkanie od "sprawdzenia listy obecności", jak pisze "Kurier Lubelski". Oznacza to, że zweryfikowała, ile z zebranych osób to absolwenci szkół podstawowych lub gimnazjalnych, którzy biorą udział w tegorocznej rekrutacji. Okazało się, że osiem z nich jest w takiej sytuacji. - Osób uczestniczących jest, jak widzimy, znacznie więcej. Chciałam się więc dowiedzieć, w jakim charakterze uczestniczycie w tym spotkaniu? - zapytała resztę zebranych, wśród których byli aktywiści z Lubelskiego Komitetu Młodzieżowego, którzy proces rekrutacji przechodzili rok lub dwa lata temu. 

Po tym wstępie kurator oświaty kilkakrotnie podkreślała, że rekrutacja nie została zakończona, więc niepokój młodzieży jest tak naprawdę nieuzasadniony. - Te 605 osób wypadło z systemu rekrutacji. Teraz każdy z was musi sobie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak się stało - powiedziała. Według niej są dwie możliwości: albo wybrali tylko jedną szkołę, albo zgłosili się do szkół o podobnych progach punktowych. 

Nie jest to jednak do końca prawda. - Złożyłem dokumenty do sześciu szkół. To nie były najbardziej prestiżowe placówki w mieście, ale i tak nie dostałem się do żadnej z nich - powiedział w rozmowie z "Dziennikiem Wschodnim" Bartosz, absolwent jednego z najbardziej prestiżowych lubelskich gimnazjów. Jego średnia to 4,30, a liczba punktów - 123. 

"Marzenia nie zawsze się spełniają"

Lubelska kurator oświaty zaznaczała również, że tegoroczna sytuacja nie jest tak naprawdę niczym wyjątkowym. Według niej co roku część uczniów wypada z rekrutacji i zostaje przyjętych podczas drugiego etapu. Podane przez nią liczby wyraźnie różnią się jednak od tegorocznych. W 2018 roku do żadnej ze szkół w Lublinie nie dostało się podczas pierwszego etapu około 200 uczniów (był to rok, kiedy zlikwidowano część oddziałów). 

Jak podkreślała Teresa Misiuk, także co roku nie wszyscy absolwenci dostają się do szkół, które sobie wymarzyli. 

- Co roku mamy sytuację, że uczniowie którzy wymarzyli sobie jakieś szkoły, nie dostali się do nich i wypadli z systemu. Zawsze powtarzam, że marzyć warto, ale my z perspektywy lat życia wiemy, że nie wszystkie marzenia się spełniają - powiedziała.

Teresa Misiuk uważa, że młodzi chcą zabłysnąć przed kamerami

Kiedy głos zabrał Jakub Karpiński z Lubelskiego Komitetu Młodzieżowego, zwrócił m.in. uwagę, że problem wynika ze zlikwidowania części klas w najbardziej renomowanych szkołach. Podkreślił, że to miejsca, które mogliby zająć uczniowie wyróżnieni czerwonymi paskami, którzy w tym momencie nie figurują na żadnej z list. Wyraził również zaniepokojenie twierdzeniem Teresy Misiuk, że dobrzy i zmotywowani uczniowie osiągną dobre wyniki i dostaną się na dobre studia bez względu na to, do jakiej szkoły ostatecznie trafią. Zapowiedział też, że przekaże kurator oświaty list otwarty, taki sam, jaki trafi do wojewody lubelskiego, w którym młodzież prosi o rozwiązanie sytuacji i utworzenie, tam gdzie to możliwe, nowych oddziałów.

Urzędniczka stwierdziła, że aktywista nieuważnie jej słuchał. Podzieliła się też swoim wrażeniem, że młodzież chce zabłysnąć w świetle kamer. - Ja rozumiem, że obecność kamer, mikrofonów na młodym człowieku robi wrażenie i chce od razu powiedzieć wszystko, bo być może będzie to jakiś szczególny moment, szczególny czas popularności - skomentowała wystąpienie Jakuba Karpińskiego.

- Bardzo krzywdzące było, kiedy powiedziała pani, że młodzi ludzie przed kamerami chcą zabłysnąć i mieć kilka minut popularności, bo bardzo dużo młodych ludzi tutaj to wbrew pozorom bardzo aktywni działacze, którzy niejednokrotnie mieli okazję występować przed kamerami (...). To, że tutaj przyszliśmy, to już jest wyraz aktywności obywatelskiej, niejednokrotnie większej niż w przypadku bardzo wielu dorosłych. (...) Myślę, że tym ludziom należy się uznanie, a nie oskarżenie, że liczą tylko i wyłącznie na popularność - odpowiedział urzędniczce aktywista.

Więcej o: