Kościół nie potrafi pomóc ofiarom nieżyjących już księży pedofilów. Procedury tego nie przewidują

Anna po 40 latach odważyła się opowiedzieć o tym, że była molestowana przez księdza ze swojej rodzinnej parafii. Pomimo usilnych starań jej i jej męża Kościół nie wyjaśnił sprawy. Powód? Sprawca nie żyje.
Zobacz wideo

Historię Anny (imię zmienione) w reportażu "Nie ma sprawy" opisał "Tygodnik Powszechny". Kobieta po 40 latach od tragicznych dla niej wydarzeń powiedziała mężowi Andrzejowi (imię zmienione), że była molestowana przez ks. Stefana Dmocha, który pod koniec lat 70. (dokładnie od 1978 do 1980 roku) służył na parafii w Zambrowie. Annę, jako małą dziewczynkę, duchowny zabierał do domu swojej matki w Sulęcinie i zmuszał do różnego rodzaju czynności seksualnych. - (...) Wciskał mi język w usta, całował, kładł na sobie. (...) Przyszedł do mojego łóżka. Odbył stosunek udowy, każąc mi zaciskać nogi (...) - czytamy w reportażu.

Kościół zaproponował Annie księdza psychologa

Małżeństwo zgłosiło ten fakt do diecezji warszawskiej (do której dziś należą) i łomżyńskiej (do której oboje należeli jako dzieci), jednak od samego początku spotykali się z przeszkodami. Prosili m.in., aby w parafiach, w których służył ksiądz (w diecezjach łomżyńskiej i ełckiej), odczytany został komunikat z prośbą o zgłaszanie się kolejnych potencjalnych ofiar Stefana Dmocha. Na reakcję diecezji Anna i Andrzej czekali kilka miesięcy. Ostatecznie informacja, pomijająca jednak przypadek konkretnego księdza, została odczytana jedynie w diecezji łomżyńskiej.

Anna prosiła również o pomoc psychologiczną. Pierwsza propozycja ze strony diecezji dotyczyła psychologa-księdza, który znajdował się 200 km od miejsca zamieszkania kobiety. Za jej złożenie ks. Robert Bączek, łomżyński delegat, później przeprosił. Przyznał, że była niewłaściwa.

Nie wszczęto postępowania, bo ksiądz nie żyje

Kościół nie sprawdził także, czy ks. Stefan Dmoch nie skrzywdził innych dzieci. Biskup łomżyński zdecydował, że nie będzie wszczynać postępowania wyjaśniającego, ponieważ podejrzany nie żyje, a także nie zgłosiły się inne ofiary.

Wiele wskazuje jednak na to, że ofiarą ks. Stefana Dmocha mogły paść również inne osoby małoletnie. Potwierdziły to m.in. dwie inne kobiety dla portalu Zambrow.org. Jedna z nich razem z Anną wystąpiła w przygotowanym przez lokalną dziennikarkę Elizę Matejkowską dokumencie. - Byłam świadkiem, jak (...) włożył jednej [dziewczynce] rękę pod bluzkę. (...) Potem ksiądz skwitował, że chciał sprawdzić, czy nosi medalik - wspomina bohaterka dokumentu.

Że ksiądz może mieć nieodpowiednie relacje z dziećmi, podejrzewali również m.in. niektórzy sąsiedzi jego matki, w której domu często pojawiał się z małoletnimi dziewczynkami. - Moje bratanice mogły mieć wtedy 13-14 lat, chciały jechać do Zambrowa. Mówię im, żeby poszły do księdza i spytały, czy ich nie zabierze. Zabrał. Ale potem przewrócił na wersalkę i do całowania! Od razu. Dziewczyny uciekły - wspomina jedna z sąsiadek. Dziennikarze dotarli też do innych świadków, których dzieci miały doświadczyć podobnych zachowań księdza. Wśród nich była m.in. siostra Anny, Wanda, którą duchowny "nieodpowiednio głaskał", kiedy jej matka tego nie widziała.

Anna oficjalnie nie jest ofiarą księdza pedofila

Anna chciała wziąć udział w spotkaniu z ofiarami, które każdy Episkopat miał obowiązek zorganizować przed watykańskim szczytem ws. pedofilii. Odmówiono jej. "(...) jeśli ks. Dmoch nie został uznany przez Kościół sprawcą, to ona nie jest ofiarą" - otrzymała informację.

Jak dowiadujemy się z tekstu, zgodnie z wytycznym Konferencji Episkopatu Polski w przypadku oskarżenia zmarłego "nie należy wszczynać dochodzenia kanonicznego, chyba że zasadnym wydałoby się wyjaśnienie sprawy dla dobra Kościoła". Chodzi o przypadek, gdyby zmarły miał być z jakiegoś powodu czczony, co raniłoby potencjalne ofiary. - Ale nawet w takim przypadku nie chodzi o dochodzenie zakończone sentencją wyroku, bo ani prawo państwowe, ani kościelne takiej możliwości nie przewiduje. Można jedynie przeprowadzić dochodzenie o wartości historycznej, zbierając świadectwa pokrzywdzonych (...) - powiedział dla "Tygodnika Powszechnego" zakonnik o. Adam Żak.

Więcej o: