Pani Ewa trafiła na SOR z udarem móżdżku, lekarze odesłali ją do domu. Szpital odpiera zarzuty

O 30 tys. zł zadośćuczynienia walczy przed sądem pani Ewa, u której w 2015 r. na SOR w kieleckim szpitalu nie rozpoznano niedokrwiennego udaru móżdżku. Placówka tłumaczyła, że badania, które przeprowadzono kobiecie (m.in. tomografem komputerowym) nie wykazały w dniu przyjęcia żadnych zmian.
Zobacz wideo

Luty 2015 r. 40-letnia pani Ewa z woj. świętokrzyskiego budzi się w nocy z bólem i zawrotami głowy.  Dzwoni na pogotowie. W trakcie rozmowy zasycha jej w gardle, chce popić herbatą. Nie może przełknąć płynu. Nachyla się, żeby uniknąć zakrztuszenia. Rozmowę z dyspozytorem dokańcza mąż. 

Lekarz pogotowia wpisuje w karcie "przytomna, kontakt słowno-logiczny prawidłowy, mowa spowolniona, mało wyraźna, osłuchowo bez zmian". Podejrzewa zaburzenia krążenia mózgowego. Podaje pani Ewie lek przeciwwymiotny.

O godz. 2.11 w nocy pani Ewa trafia na SOR Kliniki Neurologii Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Kielcach. Kobiecie wykonywane jest badanie tomografem komputerowym, które nie wykazuje niczego niepokojącego. Badana jest także krew pacjentki. Dożylnie zostają podane jej leki na zaburzenia krążenia krwi w mózgu i środki przeciwwymiotne.

Lekarz stwierdza, że pacjentka nie kwalifikuje się do hospitalizacji na oddziale neurologii. Radzi, by w przypadku pogorszenia się stanu zgłosiła się do specjalisty i za kilka dni pojawiła się na kontroli w przychodni.

Kobieta widzi podwójnie. Zakrywa sobie jedno oko, żeby złagodzić "dziwne uczucie".

Pani Ewa wraca do domu, wymiotuje w samochodzie, widzi podwójne auta na drodze. Samopoczucie się nie poprawia. - Nie byłam w stanie usiąść, piłam wodę przez słomkę, ogromne bóle głowy, podwójne widzenie, wymioty, problemy z mową, osłabienie prawej strony ciała. Przy korzystaniu z toalety musiałam prosić o pomoc męża - wylicza kobieta.

Po kilku dniach wymioty ustępują, ale pani Ewa nadal czuje się fatalnie. Idzie do lekarza internisty, który wystawia skierowanie do neurologa. Terminy za kilka miesięcy, pani Ewa wybiera prywatną wizytę. Neurolog kieruje kobietę na rezonans magnetyczny. Badanie jest wykonane 2 tygodnie po wizycie na SOR-ze. W opisie wyniku badania znajduje się informacja o "obszarze wysokiego sygnału w obrębie prawej półkuli móżdżku".

Pani Ewa w trybie nagłym zostaje przyjęta na oddział Świętokrzyskiego Centrum Neurologii. Lekarze rozpoznają niedokrwienny udar móżdżku. Pani Ewa spędza w szpitalu 4 dni. Leczenie i rehabilitacja przynoszą efekty, w dokumentach czytamy, że kobieta porusza się "samodzielnie i sprawnie". Zostaje wypisana do domu z zaleceniami dalszej kontroli stanu zdrowia.

Komisja: Nie doszło do zdarzenia medycznego

Pacjentka w styczniu 2016 r. zgłasza sprawę Wojewódzkiej Komisji ds. Orzekania o Zdarzeniach Medycznych w Kielcach. Domaga się uznania błędu ze strony lekarzy z SOR i zadośćuczynienia.

- Nie poszłam od razu do sądu, chciałam się z nimi dogadać polubownie - podkreśla.

Biegły neurolog w czerwcu 2016 r. stwierdza, że "proces diagnostyczno-terapeutyczny został przeprowadzony jak najbardziej prawidłowo" i wskazuje, że personel pogotowia i SOR-u zachował się odpowiednio.

W opinii uzupełniającej dodaje potem jednak, że problemy z podwójnym widzeniem powinny skłonić lekarza do pozostawienia pani Ewy w szpitalu.

Wojewódzki Szpital Zespolony w piśmie przesłanym komisji podkreśla, że w trakcie badania neurologicznego pani Ewa była przytomna, był z nią logiczny kontakt, nie stwierdzono również u niej m.in. zaburzeń czucia. Szpital argumentuje, że działanie lekarzy było "przeprowadzone zgodnie z obowiązującymi zasadami sztuki lekarskiej".

Przedstawicielka szpitala wskazuje również, że objawy, które opisano w dokumentacji z SOR-u, nie były typowymi objawami, które mogłyby wskazywać na udar móżdżku. Placówka tłumaczy, że problemów ze wzrokiem pani Ewa nikomu nie zgłaszała i nie kwestionowała opisu dolegliwości znajdującego się w karcie informacyjnej pobytu.

Komisja w październiku większością głosów uznaje, że do "zdarzenia medycznego" nie doszło i nic nie wskazuje na błędną diagnozę lub leczenie niezgodne z medyczną wiedzą. Z tym stanowiskiem nie zgadza się jednak przewodnicząca składu orzekającego. Według niej, doszło do błędnej diagnozy, a pacjentka powinna była zostać w szpitalu na obserwacji.

Pacjentka wnosi odwołanie

Pani Ewa nie daje za wygraną i wnosi o ponowne rozpatrzenie sprawy. W styczniu 2017 r. po ponownej analizie komisja dochodzi już do innego wniosku. Uwzględnia opinię uzupełniającą biegłego i uznaje sytuację pacjentki za "zdarzenie medyczne". 

Komisja stwierdza, że badanie tomografem powinno było zostać powtórzone. We wnioskach komisji czytamy także, że lekarze powinni byli wykonać badanie rezonansem magnetycznym z użyciem kontrastu (substancji, dzięki której lepiej widać badane struktury), bo właśnie brak tego kontrastu mógł utrudniać rozpoznanie udaru.

Komisja uważa, że pominięto lub zignorowano u pani Ewy objawy takie jak zawroty głowy, drętwienie ciała, nudności, spowolnioną mowę, zaburzenia równowagi. Według komisji, brak zmian w mózgu na wynikach tomografii komputerowej nie pozwalał na wykluczenie udaru, a wręcz przeciwnie - powinien był wzmóc czujność personelu szpitala.

"Nie wyglądam na udarowca"

Szpital proponuje pani Ewie 1 tys. zł zadośćuczynienia. Sprawia trafia do sądu. Pani Ewa domaga się 30 tys. zł. Proces obecnie trwa.

- Szpital nie poczuwa się do winy. Problem polega na tym, że kompletnie nie wyglądam na udarowca. Można to podsumować tak: "przeżyła pani, funkcjonuje normalnie, to o co pani chodzi?". Muszę udowadniać, jak się czułam, tłumaczyć przed sądem, że po powrocie ze szpitala nie wstałam tak po prostu po trzech dniach i nie wpadłam w szał robót domowych - mówi pani Ewa.

- Minął rok, zanim doszłam do siebie. Najpierw siadałam, potem chodziłam sama do łazienki, potem od mebla do mebla, przez jakiś czas smażyłam naleśniki na siedząco, bo inaczej nie miałam siły. Chcę zadośćuczynienia za krzywdę, za cierpienie. Fakt, że udar mózgu bardzo często prowadzi do śmierci lub kalectwa, nic nie znaczy. Cierpienie, czyli to, jak funkcjonowałam, zanim zostałam zdiagnozowana, też nie ma znaczenia - dodaje kobieta. Dziś funkcjonuje normalnie, choć zdarzają się (coraz rzadsze) zaburzenia równowagi.

"Mogę jedynie potwierdzić, że w powyższej sprawie, z wniosku pacjentki, najpierw toczyło się postępowanie przed Wojewódzką Komisją ds. Orzekania o Zdarzeniach Medycznych, a obecnie trwa proces przed Sądem I instancji" - pisze w e-mailu przesłanym Gazeta.pl Anna Mazur-Kałuża rzeczniczka Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Kielcach.

"Ponieważ postępowanie jest w toku, a do tego dotyczy bardzo delikatnych kwestii objętych tajemnicą lekarska, nie możemy na forum publicznym komentować sprawy, ani przedstawiać stanowiska szpitala" - dodaje rzeczniczka placówki.  

Pisząc tekst, korzystaliśmy z dokumentacji udostępnionej bezpośrednio przez panią Ewę. Imię bohaterki artykułu zostało zmienione. 

Jedną z organizacji, która działa na rzecz ochrony klimatu jest Greenpeace. Jeśli chcesz pomóc - wpłać datek >>

embed
Zobacz wideo
Więcej o: