Nie powinien był wyjść ze Świnoujścia. Zginęło 55 osób

26 lat temu, 14 stycznia 1993 roku, na Morzu Bałtyckim zatonął prom Jan Heweliusz. Do tragedii doszło nad ranem, w czasie rejsu ze Świnoujścia do Ystad, u wybrzeży niemieckiej wyspy Rugia. Była to jedna z największych katastrof w dziejach polskiej żeglugi handlowej.

Zginęło 55 osób, w tym 20 marynarzy i 35 pasażerów. Niemieckie i duńskie służby ratownicze uratowały dziewięciu członków załogi. Nie odnaleziono ciał kilku osób. Kapitan Andrzej Ułasiewicz, pierwszy oficer Roger Janicki i trzeci oficer Janusz Lewandowski do końca pozostali na mostku kapitańskim.

W Świnoujściu, przed tablicą pamięci ofiar katastrofy oraz pomnikiem „Tym, którzy nie powrócili z morza”, odbyły się w południe uroczystości upamiętniające ofiary katastrofy.

"Niezdatny do żeglugi" 

Jan Heweliusz był promem kolejowo-samochodowym. W ofercie nie było rejsów pasażerskich. Miejsca noclegowe były przeznaczone jedynie dla załogi i kierowców samochodów ciężarowych. W 1993 roku należał do linii żeglugowych Euroafrica, które dwa lata wcześniej wyodrębniły się z Polskich Linii Oceanicznych.

Przyczyny zatonięcia jednostki badały trzy Izby Morskie: szczecińska, gdyńska i odwoławcza. Po sześciu latach zapadło orzeczenie, w którym zawarto sformułowanie, że Jan Heweliusz nie był zdatny do żeglugi. Odpowiedzialnością obarczono częściowo armatora, Polski Rejestr Statków, administrację morską, a także załogę, w tym kapitana promu, który zginął w katastrofie. Zarzucono mu między innymi wydanie zgody na rejs przy niesprawnej furcie rufowej, czyli klapie zamykającej pokład samochodowo-kolejowy, nieodpowiedni wybór trasy rejsu, a także zbyt późną decyzję o podejściu bliżej lądu, by osłonić jednostkę przed wiatrem.

Orzeczenie wzbudziło kontrowersje, zwłaszcza że kapitan i oficerowie, którzy zginęli w katastrofie, nie mogli się bronić. Wdowy po marynarzach zaskarżyły werdykt do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. W 2005 roku Trybunał orzekł, że procesy nie były rzetelne. Przyznał też skarżącym odszkodowania.

Pomnik poświęcony ofiarom katastrofy, stojący na cmentarzu w SzczeciniePomnik poświęcony ofiarom katastrofy, stojący na cmentarzu w Szczecinie Fot. Łukasz Węgrzyn / Agencja Gazeta

Problemy od lat 

Jan Heweliusz został zbudowany w 1977 roku w norweskiej stoczni Trosvik dla Polskich Linii Oceanicznych. Jednostka mogła przyjąć na swój pokład 18 ciężarówek, 30 przyczep i 36 wagonów towarowych. W czasie jej służby zanotowano 28 wypadków. Heweliusz podczas swojej służby miał przypadki niebezpiecznych przechyłów na pełnym morzu i dwa razy przewrócił się w porcie, opierając się nadbudówkami o nabrzeże.

Największym problemem była słaba stateczność promu, który miał wadliwie zaprojektowany system balastowy i za wysoko położony środek ciężkości. Dodatkowo w 1986 roku na promie wybuchł pożar. Spalony pokład został zalany betonem, co było nielegalne i jeszcze bardziej pogorszyło stateczność Heweliusza.

Przed tragedią, 13 stycznia wieczorem, w porcie w Świnoujściu okazało się, że uszkodzona jest furta rufowa. Zgodnie z decyzją armatora, załoga miała naprawiać ją we własnym zakresie podczas postojów w porcie. Przed ostatnim wyjściem w morze nie zdążono całkowicie usunąć uszkodzeń i furta nie była szczelna.

By nadrobić opóźnienie wynikłe z doraźnych napraw, wybrano trasę krótszą, ale dającą mniej osłony przez ląd. Była to ryzykowna decyzja, ponieważ w chwili zatonięcia promu na Bałtyku wiał wyjątkowo silny wiatr o sile 12 stopni w skali Beauforta (maksimum skali) a fale osiągały wysokość sześciu metrów.

Prom Mikołaj Kopernik, bliźniak Jana Heweliusza. W 2008 roku sprzedany do TurcjiProm Mikołaj Kopernik, bliźniak Jana Heweliusza. W 2008 roku sprzedany do Turcji Fot. Zwiadowca21/Wikipedia CC BY-SA 3.0

Przegrał z wiatrem 

Prom wyszedł ze Świnoujścia pół godziny przed północą. Cztery godziny później wypłynął zza osłaniającej go od wiatru niemieckiej wyspy Rugia i zaczął się zmagać z huraganem. Niemal natychmiast zaczęły się niebezpieczne przechyły. Silny wiatr napierał na burtę i tak mało stabilnego promu. Przez uszkodzoną furtę do środka dostawała się woda, która gromadziła się na jednej burcie i dodatkowo pogłębiała problemy.

Po kilkudziesięciu minutach przechył był bardzo duży. W końcu zaczęły się zrywać z mocowań ciężarówki i wagony, spadając na niższą burtę. To przypieczętowało los statku, który krótko po godzinie piątej nad ranem wywrócił się do góry dnem.

Większość osób znajdujących się na pokładzie przeżyła samą wywrotkę, jednak wiele zginęło z wyziębienia. Woda miała temperaturę dwóch stopni Celsjusza.

Wrak Heweliusza wciąż leży na głębokości niespełna 30 metrów, nad kadłubem jest około dziesięciu metrów wody. Miejsce to jest oznaczone pomarańczowo-czarną boją z miniaturową latarnią morską i anteną radiową. Co roku marynarze zrzucają tam okolicznościowe wieńce.

Mimo sprzeciwu rodzin ofiar katastrofy do wnętrza wraku są organizowane podwodne wyprawy. W 2008 roku podczas jednej z eksploracji zginął polski nurek. W 20. rocznicę zatonięcia promu w Świnoujściu odsłonięto tablicę poświęconą ofiarom katastrofy. Znalazł się na niej cytat z wiersza polskiej noblistki Wisławy Szymborskiej: "Umarłych wieczność dotąd trwa, dokąd pamięcią im się płaci".

Więcej o: