Paweł Adamowicz ugodzony nożem. Świadkowie o napastniku: on się cieszył, chlubił tym, co zrobił

Napastnik po ataku na Pawła Adamowicza miał cieszyć się ze swojego czynu - relacjonują świadkowie zdarzenia. Dodają, że nożownik chodził po scenie jeszcze długo po ugodzeniu prezydenta Gdańska.
Zobacz wideo

Dziennikarze TVN24 rozmawiali z panią Joanną, która wraz z dziećmi była na gdańskim Światełku do nieba. Kobieta stała tuż pod sceną, dlatego dosyć dokładnie widziała moment ataku. Pierwsza napastnika zauważyła jej córka i zaalarmowała mamę, że mężczyzna trzyma nóż. - Zauważyłam, że ktoś się przewrócił, ale nikt nie był świadomy, że to pan prezydent - mówiła kobieta.

Z relacji pani Joanny wynika, że nożownik "cały czas chodził po scenie, nikt go nie był w stanie obezwładnić". 

On się cieszył, że to zrobił, to było widać. To nie był taki agresywny człowiek, który wbiega, coś robi i zaraz ucieka. On się chlubił tym, co zrobił

- wyjaśniała. Dodała, że napastnika obezwładnili dwaj mężczyźni z firmy ochroniarskiej.

Ze świadkami zdarzenia rozmawiali też dziennikarze trójmiejskiej "Gazety Wyborczej". - Wśród publiczności nie wybuchła panika, jak mówią niektóre media. Wydawało nam się, że ranny został mężczyzna, który wykrzykiwał, że siedział niewinnie w więzieniu. Krzyczał do mikrofonu, że ma na imię Stefan. Jestem w szoku, nie mam pojęcia, jak się pojawił na scenie. Karetka zjawiła się dosłownie po chwili. Pamiętam, że ktoś krzyknął do mikrofonu: Medyk! Zaraz potem usłyszeliśmy, że impreza jest skończona - relacjonowała pani Dorota. Kobieta odniosła wrażenie, że nożownik był pod wpływem alkoholu.

Gdynianka zapamiętała ostatnie słowa prezydenta, który pod koniec swojego przemówienia powiedział, że jest dumny z Gdańska i z tego, że jest gdańszczaninem.

Kolejni świadkowie rozmawiali z dziennikarzem Onetu. - Ludzie nie wiedzieli, co się dzieje. Myśleli, że ten mężczyzna to jakiś piosenkarz, bo swobodnie poruszał się po scenie. Po mojemu ochrona się nie sprawdziła - powiedzieli.