Sprawa NBP uderza w PiS. Dr Sokołowski: trudno sobie wyobrazić coś bardziej niszczącego wizerunek

Jacek Gądek
- Przyczyną największego kryzysu wizerunkowego NBP w jego historii jest dyrektorka departamentu komunikacji, która odpowiada za wizerunek tegoż banku - mówi dr Jacek Sokołowski, politolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Według rozmówcy Gazeta.pl trudno sobie wyobrazić coś bardziej niszczącego wizerunek PiS niż burza wokół wysokich zarobków ludzi z obozu władzy.
Zobacz wideo

Jacek Gądek: Na naszych oczach PiS traci przez burzę w wokół wynagrodzeń dla prezesa NBP i jego współpracownic?

Dr Jacek Sokołowski: - Traci i będzie dalej tracił, bo końca tego przedstawienia na razie nie widać. Choć nie do końca to partia za to odpowiada. PiS zjada medialną żabę, którą wyhodował prezes NBP i jego najbliżsi współpracownicy.

Nie przestaje mnie fascynować to, jak niektóre osoby są niezdolne do minimalnej
samokontroli. Pani Martyna Wojciechowska [dyrektorka departamentu komunikacji w NBP - red.] była radną, więc musiała wpisać do oświadczenia majątkowego, że jej zarobki wzrosły po awansie. Nie miała przy tym refleksji, że może to się okazać kłopotem nie tylko dla samego NBP, ale całego obozu władzy. To dość wymownie świadczy o jej kompetencjach do bycia dyrektorem departamentu komunikacji.

W telewizjach można zobaczyć, jak obie panie krzątają się wokół prezesa NBP, a media rozpisują się o ich zarobkach. Do ludzi najmocniej przemawia obrazek?

- Oczywiście, że to wywoła rożne skojarzenie w ludziach. I to jest już gwóźdź do trumny
wizerunku NBP oraz jego prezesa, który tylko eskaluje emocje wokół siebie. Domysły, także takie bardzo dwuznaczne, nieuchronnie się pojawią, nawet jeśli nikt ich publicznie wyrażać nie będzie.

Dwie panie dyrektorki zwróciły na siebie uwagę i wszyscy dyskutują o ich zarobkach - wedle publikacji prasowych - nawet 75 tys. zł. A NBP nie chce powiedzieć, ile. To znów pole do domysłów. 

- Okazało się że obie panie najprawdopodobniej mają wynagrodzenia w bulwersującej dla przeciętnego Polaka wysokości. A ponieważ prezesem banku jest [Adam Glapiński]
towarzysz politycznej drogi Jarosława Kaczyńskiego i nominat obozu rządzącego, a tenże obóz przecież obiecywał uzdrowienie życia publicznego, więc mamy kłopot wizerunkowy dla całego PiS-u. Na pierwszy rzut oka widać sprzeczność: miała być skromność urzędników służących państwu, a mamy rozpasanie i panie, które nie wiadomo czym się do końca zajmują. 

Jeśli chodzi o wynagrodzenia, to trzeba jednak nakreślić tło. Otóż wynagrodzenia kadry
kierowniczej w biznesie systematycznie rosną i to na całym świecie. To zjawisko jest zresztą postrzegane negatywnie. W USA obecnie najlepiej zarabiający prezesi dostają około 400 razy więcej niż przeciętnie pracownik w ich firmie, podczas gdy w 1965 r. było to tylko 20 razy więcej. W Polsce prezesi banków prywatnych zarabiają od miliona do 12 milionów zł rocznie. Na tym tle zarobki prezesa NBP są niewielkie. 

Ale akurat nie wokół zarobków prezesa NBP, ale jego współpracowniczek rozpętała się burza.

- Banki centralne na Zachodzie często informują o zarobkach członków zarządów, ale już nie osób na niższych stanowiskach, co akurat można zrozumieć. Żaden pracodawca nie lubi ujawniać takich informacji. Odmowa NBP podania zarobków dwóch konkretnych pracownic nie jest więc zupełnie pozbawiona podstaw.

Jednak w sytuacji, jaką mamy dziś wokół NBP, ta odmowa jest wizerunkowo fatalna dla
banku i obozu władzy.

Jak to odbiorą wyborcy? 

- Polacy mają ambiwalentny stosunek do wynagrodzeń w biznesie. Z jednej strony podziwiamy bogatych i dobrze zarabiających, a z drugiej strony ze względu na oligarchiczną genezę naszego kapitalizmu równie silne jest przekonanie, że wysokie zarobki często są niezasłużone. To taki paradoks podobny do polskiej pobożności, harmonijnie łączonej z ludowym antyklerykalizmem.

Ale pensje NBP to państwo, a nie prywatny biznes.

- Polacy mają jednoznaczny stosunek do płac w sferze publicznej: one powinny być niskie. To pokłosie naiwnego skądinąd przekonania, że ludzie do polityki powinni iść dla idei, a nie dla pieniędzy. Zarobki w NBP będą więc razić wysokością. W oczach opinii publicznej odpowiedzialność spada na partię rządzącą, ale partia ta nie ma teraz dobrego wyjścia.

A może zwyczajnie powiedzieć, ile kto zarabia w NBP, i przywrócić zarobki z 2015 r., jeśli od tego czasu wzrosły? 

- Z punktu widzenia komunikacji politycznej - oczywiście tak, to byłoby rozwiązanie.

A kryzys eskaluje w niekontrolowany sposób. 

- Przy tym to dość zabawne, że przyczyną największego kryzysu wizerunkowego NBP w jego historii jest dyrektorka departamentu komunikacji, która odpowiada za wizerunek tegoż banku. Oczywiście pamiętamy kryzys po ujawnieniu rozmowy byłego prezesa NBP Marka Belki z Bartłomiejem Sienkiewiczem, ale obecny już go chyba przerósł.

Ciekawe jest dla mnie, że bank w ogóle nie próbował bronić się dość oczywistym
argumentem, że pracownicy najważniejszej instytucji finansowej w kraju powinni zarabiać dobrze. Z tym, że taki argument - używany przecież dość często w stosunku do spółek Skarbu Państwa - wymagałby powiązania wysokich zarobków z wysokimi kompetencjami. Tymczasem panie Martyna Wojciechowska i Kamila Sukiennik zajmują stanowiska, na których nie do końca wiadomo, co robią. Departament komunikacji to najwygodniejsze miejsce, żeby zorganizować tam komuś synekurę. 

A czym tak w zasadzie jest gabinet prezesa NBP, którym kieruje pani Kamila Sukiennik, to też pytanie, na które nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Na stronie NBP w opisie zadań gabinetu są te typowe dla sekretariatu, w połączeniu z poważną merytoryką, taką jak „opracowywanie planów działalności NBP”, czym zajmować powinien się raczej zarząd lub jakieś osobne ciało doradcze. Ale ciało doradcze nie powinno z kolei być łączone z sekretariatem. Pojawia się więc pytanie, czy pani Sukiennik kieruje grupą elitarnych ekonomistów, opracowujących strategię, czy sekretariatem?

Kamila Sukiennik jest jednak na drugim planie. Większe emocje budzi dyrektor
departamentu komunikacji Martyna Wojciechowska. 

- Zasada w NBP - i zresztą w ogóle w sektorze publicznym - powinna być taka, że pracownicy merytoryczni zarabiają podobnie jak w sektorze prywatnym. A średnie wynagrodzenie na stanowisku dyrektora marketingu w sektorze prywatnym to 13 tys. zł brutto, przy czym jedna czwarta managerów w tej kategorii zarabia 20 tys. zł i więcej. Wskazuje to, że wynagrodzenia dyrektora komunikacji za czasów prezesa NBP Marka Belki (ok. 23 tys. zł) były racjonalne, skorelowane z tym, ile płacą inni. Jeśli pani Wojciechowska otrzymuje więcej, to znaczy, że zarabia znacznie powyżej stawek rynkowych. Pojawia się pytanie, dlaczego?

Co z tej burzy dociera do wyborców PiS-u?

- Wyborców PiS można podzielić na żelazny elektorat i ludzi popierających tę partię
warunkowo. Pierwsi będą mieć dysonans poznawczy, który rozwiążą tak, jak się to
najczęściej czyni: poprzez wyparcie. 

A dla warunkowego wyborcy PiS-u będzie to kolejny kamyczek na kupce z napisem „Nie zagłosuję już na PiS”. Właściwie będzie to duży kamień, bo w przekazie medialnym trudno sobie wyobrazić coś bardziej niszczącego wizerunek partii. Każdy widzi, że panie, co do których kompetencji istnieją ogromne wątpliwości, zarabiają więcej niż na rynku, a w dodatku są to zupełnie niewyobrażalne kwoty dla przeciętnego Polaka.

NBP nie podaje, ile zarabiają dyrektorki. Z wyliczeń mediów wynika, że pani Wojciechowska zarabia 65 tys. zł, a w radzie nadzorczej NBP dorabia jeszcze 11 tys. zł miesięcznie. Bank zapewnia z kolei, że to nieprawda, by jakikolwiek dyrektor zarabiał 65 tys. zł albo więcej.

- Taka kwota istnieje w obiegu medialnym. W powszechnym odbiorze powstaje przekonanie, że pani Wojciechowska zarabia 65 tys. zł na miesiąc. Niechęć do ujawnienia jej dokładnych zarobków tylko nakręca spiralę podejrzeń.

NBP w oświadczeniu podkreśla, że 65 tys. zł to kwota zawyżona. Ten komunikat jest w stanie się przebić do świadomości wyborcy?

- Wątpię. W komunikacji publicznej obowiązuje prosta zasada: wątpliwości i podejrzenia
trzeba jednoznacznie przeciąć. Albo pokazać jednoznaczny dowód, że jest inaczej, albo
przyznać się, żałować i przenieść dyskusję na inne pole. 

NBP nie przecina wątpliwości. A co więcej: po konferencji NBP tylko zwiększa się
podejrzliwość, bo w odbiorze publicznym, skoro bank nie ujawnia wynagrodzeń obu
dyrektorek, to znaczy, że ma coś do ukrycia. 

Więcej o: