Od tych historii zrobi ci się ciepło na sercu. W 2018 roku to oni przywrócili nam wiarę w ludzi

Walki polityczne, protesty, katastrofy naturalne, zamachy, zmiany klimatu, wypadki. Nie ma dnia, żebyśmy nie czytali lub nie słyszeli o nich w mediach. Pomyśleliście wtedy: "mam już tego dość", "ludzie są beznadziejni" lub "jak można coś takiego zrobić"? To przeczytajcie ten tekst. Są historie, które podtrzymują wiarę w ludzi.

Polacy ratowali płonącą Szwecję

Było ich 139. Świetnie przygotowani i bardzo odważni. Przez dwa tygodnie zmagali się z pożarami, które opanowały Szwecję. Płonęło ponad 25 tys. hektarów lasów.

Kiedy Polacy przybyli do Sveg, gdzie mieli zatrzymać się przed rozpoczęciem akcji ratunkowej, witały ich tłumy mieszkańców.

Podobnie było na całej trasie, aż od Trelleborga, do którego nasi strażacy dopłynęli promem z Polski.      

- Mniej więcej od Goeteborga do samej Uppsali stali przy drodze. Krzyczeli "dziękujemy", machali polskimi i szwedzkimi flagami. Niektórzy wywieszali biało-czerwone flagi w oknach, jeszcze inni jechali za nami i pokazywali kciuki w górę. W ten sposób dziękowali Polakom, że tu są. A kiedy wieczorem przyjechaliśmy na miejsce, okazało się, że ktoś zostawił dla nich dwie torby z czekoladą - opowiadał w rozmowie z Gazetą.pl sierż. Emil Bukowiecki, który eskortował strażaków.

W podobny sposób Szwedzi żegnali polskich strażaków po zakończeniu przez nich misji gaśniczej. Dziękowali za wysiłek, machali na pożegnanie. Mieszkający w skandynawskim kraju Polacy przygotowali na jednym z postojów pożegnalny poczęstunek. Strażakom podziękowała również szwedzka sieć supermarketów ICA - przygotowała Polakom zapasy na drogę, a w mediach społecznościowych opublikowała zdjęcie z napisem "Dziękujemy za pomoc".

Szukało go 1000 osób

Zaangażowanie i pomoc ludzi w poszukiwaniach 12-letniego Daniela z małej miejscowości na Podkarpaciu jest imponująca. Chłopiec 13 listopada wyszedł z domu, aby odwiedzić babcię. Wiadomo było, że bawił się w pobliżu jej domu, jednak po jakimś czasie zniknął. Co gorsza, Daniel był chory i miał problemy z komunikacją.

W akcję poszukiwawczą momentalnie zaangażowały się nie tylko służby ratownicze, nie tylko rodzina, ale również okoliczni mieszkańcy. W sumie chłopca szukało około 1000 osób. - Chłopca poszukiwali strażacy z PSP i OSP, ratownicy GOPR, członkowie Stowarzyszenia Cywilnych Zespołów Ratowniczych z Psami STORAT, funkcjonariusze z bieszczadzkiego oddziału Straży Granicznej w Przemyślu, funkcjonariusze z Centrum Poszukiwań Osób Zaginionych z KGP, policjanci z wydziału kryminalnego z Komendy Wojewódzkiej, a także członkowie grupy Quad Team Pogórze z Izdebek. W  poszukiwaniach pomagali również funkcjonariusze z Wojsk Obrony Terytorialnej - wyliczała w rozmowie z Gazetą.pl podkom. Ewelina Wrona z podkarpackiej policji.

Chłopca udało się odnaleźć po dwóch dniach około 5 km od jego domu. Na jego ślad natrafił jeden z mężczyzn zaangażowany w akcję poszukiwawczą. Zauważył psa, który - jak podejrzewano - towarzyszył chłopcu. Poinformował ratowników GOPR, którzy uratowali 12-latka. Daniel trafił na obserwację do szpitala.

Nie jest to jednak typowy happy-end. Niestety, okazało się, że chłopiec, a także jego liczne rodzeństwo, mogli być zaniedbywani i - co gorsza - wykorzystywani seksualnie. Podejrzenia padły na jego ojca. Mężczyzna został aresztowany i postawiono mu zarzuty: narażenia 12-letniego Daniela na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu oraz obcowania płciowego lub dopuszczenia się innej czynności seksualnej wobec dziecka poniżej lat 15.

Prawie 300 czapek dla uchodźców w Libanie

Ta historia zaczyna się w Gdańsku. Jej bohaterkami jest siedem pań, z których najmłodsza ma około 66 lat, a najstarsza - 88. Panie postanowiły, że chcą zrobić coś dobrego, dostały pieniądze na włóczkę od Miasta Gdańsk w ramach programu aktywizacji seniorów i… wzięły się do pracy. Na drutach zrobiły 280 czapek dla syryjskich dzieci przebywających w nieformalnych obozach uchodźczych w Libanie. - Każda z tych czapek była inna i wyjątkowa, żaden wzór się nie powtarzał, więc każde z dzieci mogło znaleźć coś dla siebie - opowiada Aleksandra Rutkowska z Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej, któremu panie z Gdańska przekazały czapki i które następnie przekazało je małym Syryjczykom. Wśród tych prezentów znalazły się też szaliki, bo jedna z seniorek, która nie czuła się najmocniejsza w robieniu czapek, zajmowała się właśnie produkcją szalików.

Dar pań z Gdańska jest tym bardziej istotny, bo w Libanie zbliża się zima, a uchodźcy mieszkają w nieocieplanych, prowizorycznych namiotach, najczęściej zabezpieczonych płachtami plastiku.

- Bardzo mnie poruszyło, w jak tragicznych warunkach żyją uchodźcy w obozach. Nie jesteśmy bogate, ale to, co możemy dać od siebie to nasza praca - mówi pani Anna z Gdańska, pomysłodawczyni inicjatywy, która sama zrobiła 111 czapek.

Była to już trzecia akcja robienia wełnianych rzeczy dla potrzebujących zapoczątkowana przez panie seniorki z Gdańska.

Poszukiwania skradzionych kloców Lego

Apel pani Jowity pojawił się na Facebooku 9 grudnia. Z jej wpisu wynikało, że dwa dni wcześniej z klatki schodowej jednego z bloków w Krakowie ukradziono całą torbę klocków Lego. Należały one do jej synka cierpiącego na zespół Aspergera. Jak napisała, w torbie znajdowały się "ludziki zbierane od lat, jego ulubione i najważniejsze części", a sam Marcel "płakał za nimi codziennie" choć nie wiedział, że ktoś je ukradł, a myślał, że tata zapomniał je przywieźć od babci.

- Mój syn wpadł na pomysł, żebyśmy część jego klocków zostawili u babci, bo co dwa tygodnie jeździliśmy z nimi w tę i z powrotem. Niestety, zatęsknił za nimi, jak tylko wróciliśmy do domu. Przez dwa tygodnie mówił tylko o nich - opowiadała pani Jowita. Klocki miał przywieźć tata chłopca, ale miał w rękach tyle siatek, że tę z klockami nieopatrznie zostawił na klatce schodowej. Gdy rodzina się zorientowała, klocków już nie było- nie pomogło pytanie sąsiadów i kartka na klatce. Wówczas pani Jowita napisała o zaginięciu tak ważnych dla syna zabawek na Facebooku. 

Jeśli chcesz je sprzedać, daj znać - ja odkupię! Jeśli chciałeś dla dziecka - daj znać - kupimy mu inny zestaw albo wymienimy na dwie większe siatki innych, tylko błagam Cię, oddaj mojemu dziecku właśnie te, które tam zostały - bo dla Ciebie to tylko klocki, dla mojego syna to dramat!!!

- napisała pani Jowita na Facebooku. Dla dzieci z zaburzeniami ze spektrum autyzmu konkretne zainteresowanie, przedmioty czy zabawki mogą stać się niemal obsesją. Tak było w przypadku Marcela i jego klocków - były jego całym światem.  

Odzew był zaskakujący. Post został udostępniony 6,8 tys. razy, sprawą zainteresowały się media, również ogólnopolskie. Z panią Jowitą skontaktowała się m.in. firma LEGO, która zaoferowała, że skompletuje zestaw dla chłopca. Pojawiło się również wiele osób prywatnych, które zaoferowały pomoc - jeden z panów, który zgłosił się do matki chłopca, zaproponował, że odda mu swoją kolekcję. Wiele osób proponowało wsparcie finansowe lub kupno klocków. Odezwała się również sortownia śmieci, która zapewniła, że sprawdzają, czy nie trafiły do nich ukradzione klocki. - Nie sądziłam, że tak to się rozniesie i że taka jest potęga mediów - powiedziała mama Marcela.

Najważniejsze jednak, że osoba, które zabrała zabawki… zwróciła je! Podrzuciła je na klatkę schodową między piętrami w miejsce, z którego je zabrała. A syn pani Jowity, jak napisała, "płakał ze szczęścia".

- Syn nie wiedział o całej historii, dopóki klocki się nie znalazły. Kiedy się dowiedział o tym, jak ludzie zareagowali i ile osób chciało mu pomóc, bardzo się wzruszył. Po raz pierwszy widziałam, jak mój syn płacze ze szczęścia - powiedziała pani Jowita. - To, że odzyskaliśmy klocki, to jedno. Ale zyskaliśmy też wiarę w ludzi i w to, że świat jest dobry. Wszystkim osobom, które się do nas odezwały, jesteśmy bardzo wdzięczni - wyznała mama Marcela. 

Bezdomne psy znalazły schronienie w sklepie meblowym

Niemiecki filozof Immanuel Kant mawiał, że "serce człowieka możemy oceniać po tym, jak traktuje on zwierzęta". Pracownicy jednej z włoskich IKEI udowodnili, że mają wielkie serca.

Pod koniec października Włochy zostały dotknięte przez ulewne deszcze i wichury. Żywioł pochłonął niestety ofiary śmiertelne. Ale nie tylko ludzie byli zagrożeni. Bardzo mocno załamanie pogody odczuły zwierzęta. Pracownicy Ikei w mieście Katania u podnóży Etny, widząc błąkające się w okolicy sklepu psy, zdecydowali się im pomóc i otworzyli im drzwi do sklepu. A zwierzęta chętnie z tego skorzystały.

Większość klientów była zachwycona i chętnie dzieliła się w mediach społecznościowych nagraniami i zdjęciami psów śpiących na dywanach rozłożonych na sklepowych ekspozycjach. Znalazły się również osoby, które postanowiły się zaangażować w pomoc zwierzakom i dostarczały do IKEI karmę.

Dzięki temu psy były w stanie przetrwać załamanie pogody.

***

Z sondażu CBOS wykonanego w lutym 2018 roku wynika, że 68 proc. badanych ma nieufne, ostrożne podejście do ludzi. Tymczasem wielu ludzi daje nam powody, żeby w nich wierzyć, bo sytuacji podobnych do tych opisanych powyżej było w 2018 roku o wiele więcej. I jest tak każdego roku. Pytanie jest tak naprawdę tylko jedno - czy i o nas można by napisać taki tekst?

Więcej o: