Tragedia w sali zabaw. Świadkowie: Ktoś zauważył wystającą spod kabiny rączkę

Tragedia w sali zabaw w Warszawie wstrząsnęła Polską. W niedzielę znaleziono tam ciało ojca i jego 4-letniego syna. Nieoficjalnie mówi się o samobójstwie rozszerzonym. Świadkowie, którzy byli wtedy na miejscu, opowiadają, co się stało.

W sali zabaw na warszawskim Bemowie doszło do tragedii. 34-letni Tomasz M. był tam z dwójką swoich dzieci. Towarzyszył im kurator. W pewnym momencie ojciec wziął młodsze z nich - 4-letniego chłopca - i poszedł z nim do łazienki. Obu znaleziono nieprzytomnych na podłodze. Podejrzewa się, że mogło dojść do samobójstwa rozszerzonego - ojciec miał otruć siebie oraz synka. 

Tragedia w sali zabaw. "Wystawała rączka"

Dziennik "Super Express" dotarł do osób, które w zeszłą niedzielę były w sali zabaw i były świadkami zdarzenia. 

Osoby te mówią, że tego dnia w sali było dużo osób, bo organizowano urodziny. Ojciec z 6-letnią córką i 4-letnim synem nie zwracali na siebie uwagi. Nikt nie zachowywał się podejrzanie. Jak podaje "SE", nieprzytomnych jako pierwszy nie zauważył kurator, ale goście bawialni. Czytamy, że przed kabiną, w której zamknięty był ojciec i syn, utworzyła się kolejka. W pewnym momencie ktoś zauważył, że spod drzwi kabiny wystaje rączka dziecka. Zaczęła się akcja ratunkowa. 

- Ktoś śrubokrętem otworzył zamek w drzwiach. Ktoś krzyknął, że jest kuratorem. Zobaczyliśmy leżące dziecko na podłodze. Obok był mężczyzna. Widziałem też plastikową fiolkę - opisuje świadek.

Pomimo reanimacji i szybkiego przewiezienia do szpitala, ani 4-letni chłopiec, ani ojciec nie przeżyli. Ze wstępnej sekcji zwłok wynika, że przyczyną śmierci była niewydolność krążeniowo-oddechowa. 

Ojciec otruł siebie i swojego 4-letniego synka

Przypominamy, że o historii rodziny kilka dni wcześniej opowiedziano w reportażu TVN "Uwaga!". Pani Justyna mówiła w nim, że boi się zostawiać swoje dzieci pod opieką ojca, który od jakiegoś czas zachowywał się nieodpowiedzialnie. Kilkukrotnie porywał synka, nękał swoją żonę. Podczas jednego z porwań wszedł z 4-latkiem na dach wysokiego budynku. Sugerował, że może zrobić sobie krzywdę. 

- Ja nie wiem, jak to się skończy. Co jeszcze mu przyjdzie do głowy - mówiła kobieta. 

Czytaj także:  Otruł siebie i syna w sali zabaw. Wcześniej rozwieszał zdjęcia dzieci w całej Warszawie

Sam Tomasz M. zapewniał, że nie jest "wariatem". - Nie jestem człowiekiem, który mógłby zrobić coś sobie albo dziecku. Nie jestem osobą, która może robić skrajne rzeczy - zapewniał mężczyzna. 

Sprawą zajęła się już prokuratura, która ustala okoliczności zdarzenia. Poinformowano już, że kurator wykonywał swoje obowiązki bez zastrzeżeń i nie ponosi winy za tragedię. 

Więcej o: