Nielegalny wyścig i zbrodnia w Jeleniej Górze. "Na Boga, fotoradary to jest prewencja!"

47-letnia kobieta i 57-letni mężczyzna przypłacili życiem nocny rajd 25- oraz 21-latka. Młodzi kierowcy ścigali się po Jeleniej Górze, do tragedii doszło na pasach. - Patroli policyjnych jest coraz mniej, samochodów coraz więcej. W Polsce nie ma nieuchronności kary - komentuje dla Gazeta.pl Wojciech Pasieczny z Fundacji Zapobieganie Wypadkom Drogowym.

Do tragedii w Jeleniej Górze doszło nocą w sobotę. Na jednym z przejść dla pieszych na al. Jana Pawła II, gdy nie działała sygnalizacja świetlna, potrąceni zostali 47-letnia kobieta i 57-letni mężczyzna. Zginęli na miejscu. - Zabili tym chłopcom mamę, a mi brata - powiedziała w TVN 24 Joanna Wybieralska, siostra potrąconego mężczyzny.

Jechali niemniej niż 135 kilometrów na godzinę

Niedługo po wypadku zatrzymano trzy osoby: 25-letniego Łukasza O., który kierował  seatem, siedzącego za kierownicą volkswagena 21-letniego Oskara L. oraz 20-letniego pasażera tego pojazdu. Kierowcy byli trzeźwi. Śledczy ustalili, że w 47-latkę i 57-latka uderzył kierowca Seata. Z opinii biegłego od ruchu drogowego wynika, że samochody jechały z prędkością nie mniejszą niż 135 kilometrów na godzinę w miejscu z ograniczeniem do 50 km/h. - To był nielegalny wyścig - stwierdził prokuratur i skierował do sądu akt oskarżenia, zarzucając im zabójstwo.

"Przewidując możliwość pozbawienia życia..."

"(...)prokurator przedstawił zarzuty tego, że działając wspólnie i w porozumieniu, uczestnicząc w nielegalnym wyścigu samochodowym, kierowanymi przez siebie pojazdami marki Seat i Volkswagen, działając w zamiarze ewentualnym, przewidując możliwość pozbawienia życia pokrzywdzonych i godząc się na to, pozbawili ich życia" - napisano w komunikacie.

Co istotne, według śledczych odpowiedzialność za to że Łukasz O. potrącił pieszych, spoczywa na obu kierowcach. Zarzut zabójstwa z zamiarem ewentualnym oznacza, że mężczyznom grozi od 12 lat do dożywocia - najwyższy wymiar kary w przypadku zdarzenia drogowego byłby w Polsce precedensem.

To nie był pierwszy nielegalny wyścig w Jeleniej Górze. - Wracając z pracy czasami późno, widziałam, jak się wszyscy zbierali na starym Statoilu. I tam były punkty zborne. To są ludzie w wieku tych chłopców, w wieku moich dzieci. Co mam powiedzieć? Czy oni w tej chwili staną przed nimi i powiedzą coś, przeproszą? Nie wróci im to życia - powiedziała w TVN 24 siostra potrąconego pieszego.

330 praw jazdy od początku roku

- To jest krajowa "trójka" i z całą pewnością na tej trasie prowadzone są systematyczne działanie w związku z przekraczaniem prędkości. Jeżeli chodzi o grupowa jazdy, to nie było tych zdarzeń dużo - mówi w rozmowie z Gazeta.pl podinspektor Edyta Bagrowska, oficer prasowy policji w Jeleniej Górze. Podsinp. Bagrowska przyznaje jednak, że jeśli chodzi o szybką jazdę, al. Jana Pawła II i jej okolice to zdecydowanie newralgiczny punkt. - Od początku roku zatrzymali tam ponad 330 praw jazdy, w sam ostatni weekend siedem. Chodzi o kierowców, którzy przekroczyli prędkość w terenie zabudowanym o 50 kilometrów na godzinę - mówi Bagrowska.

W Polsce nocne szaleństwa młodych kierowców nie są rzadkim widokiem. Kolejny przykład pochodzi ze Stargardu, gdzie 18-latek podczas "driftu" wjechał w pięcioosobową grupę. Miało to miejsce nie tak dawno - w sierpniu, na szczęście nikomu nic poważnego się nie stało. Czy nie jest tak, że w Polsce kierowcy czują się bezkarni? Tak twierdzi Wojciech Pasieczny, wiceprezes Fundacji Zapobiegania Wypadkom Drogowym i emerytowany policjant ze stołecznej drogówki.

Pasieczny: Przejechałem 140 tys. km i miałem dwie kontrole

- U nas nie ma czegoś, co jest w innych państwach, mianowicie nieuchronności kary. Patroli policyjnych jest coraz mniej, samochodów coraz więcej - mówi Pasieczny w rozmowie z Gazeta.pl. - Ostatnio sobie przeliczyłem, że od przejścia na emeryturę przejechałem ok. 120-140 tys. kilometrów, w większości po naszym kraju. Kontrole miałem dwie i było to badanie trzeźwości - mówi. - Oznacza to, że jedna kontrola przypada raz na 60 tys. kilometrów. Kierowcy i media narzekają na fotoradary, ale na Boga, to jest właśnie rodzaj prewencji. Gdyby fotoradary postawiono tam, gdzie są organizowane wyścigi, to po prostu tych wyścigów by nie było.

Pasieczny stwierdza, że policjantów, którzy by kontrolowali i działali na drogach profilaktycznie, jest po prostu zbyt mało. Do tego dochodzą umiejętności polskich kierowców, które często są po prostu niewystarczające. 

Przyznaje też, że do największej liczby tragicznych wypadków dochodzi na autostradach i drogach ekspresowych. Wniosek jest smutny: Polacy bardzo często nie potrafią po takich drogach jeździć. - Najwięcej wypadków w Polsce na przejechany kilometr jest na autostradach i drogach ekspresowych, które miały być przecież najbezpieczniejsze. Nasi kierowcy nie zostali nauczeni do jazdy po takich drogach, przenieśli nawyki z miast i jeżdżą po ogonie, skaczą po pasach - kończy nasz rozmówca.

Więcej o: