"Przychodzą do nas po plasterki na zadrapania". Ratownicy wyliczają błędy plażowiczów

Ratownik wodny to nie lekarz - apeluje Wodne Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe. Jak przekonują ratownicy, wczasowicza często przychodzą do nich z błahymi problemami: po tabletki na ból głowy czy plastry.

Mijające lato na polskich plażach upływa pod znakiem licznych tragedii. Tylko od 23 czerwca do 23 sierpnia w całym kraju utonęło 187 osób. Z danych policji wynika, że najwięcej osób utonęło w woj. zachodniopomorskim (24 osoby). 22 osoby utonęły na Mazowszu, zaś 21 w woj. pomorskim

Mapa utonięć w sezonie letnimMapa utonięć w sezonie letnim komendy wojewódzkie policji

Przyczyn tragedii jest wiele, ale ratownicy zgodnie podkreślają, że części z nich można by uniknąć, gdyby nie brawura, wchodzenie do wody pod wpływem alkoholu czy też niedostateczna uwaga rodziców. 

Opiekunowie dzieci odpowiadają z kolei, że to właśnie ratownicy odpowiedzialni są za bezpieczeństwo plażowiczów. Jak jednak podkreśla serwis rynekzdrowia.pl, pracownicy WOPR nierzadko traktowani są przez wczasowiczów jak lekarze i pielęgniarze, jednak doraźna opieka medyczna nie leży w ich kompetencjach, co wynika m.in. z rozporządzenie Ministra Spraw Wewnętrznych z dnia 27 lutego 2012 r..

Co na ten temat sądzą sami zainteresowani? - Rodzice oczekują od ratowników wodnych, że ci będą cały czas patrzeć na ich dzieci, przejmą niejako rolę opiekunki - mówi w rozmowie z rynekzdrowia.pl Apoloniusz Kurylczyk, wiceprezes WOPR Województwa Zachodniopomorskiego. I dodaje:

Sami zaś automatycznie zwalniają się z obowiązku zaopiekowania się własnym potomstwem

Jego kolega po fachu, Maciej Dziubich z sopockiego WOPR, mówi natomiast, że musi zajmować się błahymi problemami plażowiczów. - Nagminnie na kąpieliskach spotykamy się z sytuacjami, kiedy ludzie przychodzą do nas po tabletki od bólu głowy, plasterki na zadrapania - wylicza. 

Po głośnej tragedii w Darłówku głos zabrało wielu ratowników, którzy zwracali również uwagę na nieodpowiedzialne zachowanie rodziców. Ratowniczka Maja Nować pisała na Facebooku: "Mama rozmawia przez telefon na leżaku wówczas, gdy jej około 4-letnia córeczka wchodzi w kółeczku sama do basenu (1,35 m). Podchodzę, zwracam uwagę...
Ona zdziwiona". Jak relacjonuje, niektórzy zakładają, że jeśli jest ratownik, to nawet nie muszą być na basenie razem z małymi dziećmi.

W Polsce toniemy kilka razy częściej niż na Zachodzie

Według danych Światowej Organizacji Zdrowia utonięcia są bardzo dużym problemem globalnym - jednak dotyczy on przede wszystkim państw rozwijających się (gdzie bywa to związane z katastrofami naturalnymi, ale nie tylko). W krajach o wysokich dochodach średnia ofiar utonięć wynosi 2 na 100 tys. osób, podczas gdy w rozwijających się krajach Afryki to średnio prawie 8 utonięć na 100 tys. osób.  

Tragedia w Darłówku potwierdziła straszne dane. Polska jest na dnie statystyk utonięć w UE

W krajach Unii Europejskiej ta liczba jest znacznie niższa niż wynosi średnia - nie jest tak jednak w Polsce. Według danych WHO liczba ta wynosi średnio 2,4 na 100 tys. mieszkańców. Spośród państw UE gorzej jest m.in. w Rumunii. Z kolei w Niemczech czy Wielkiej Brytanii zagrożenie utonięciem jest kilka razy mniejsze, niż w Polsce (powyżej dane mogą dotyczyć różnych lat). W 2017 roku w Niemczech, które mają ponad dwa razy więcej mieszkaniowców niż Polska, utonęły 404 osoby.