"Już tu nie pracujesz". Ochroniarze i pijani klienci: Bijatyki, mocz na barze i oferty seksu

- Do klubu przyszedł niepełnosprawny chłopak, miał problemy z poruszaniem się. Wypił piwo, zaczął bić ludzi na parkiecie swoimi kulami, a na koniec odgryzł ochroniarzowi kawałek palca - mówi nam agent ochrony. Historie z klientami pod wpływem alkoholu to temat rzeka. Wbrew pozorom nie zawsze zabawny, a często niebezpieczny.

Media co jakiś czas obiegają informacje o konfliktach, do jakich dochodzi między ochroniarzami a klientami lokali. W lutym portal Metrowarszawa.gazeta.pl pisał o głośnej interwencji, która miała miejsce w jednym z warszawskich pubów. U klienta stwierdzono m.in. krwiaka mózgu, jego partnerka twierdziła, że pracownik ochrony uderzył jego głową w słup.

Ochroniarz usłyszał prokuratorskie zarzuty. Tymczasem według właściciela lokalu klient był pijany i agresywny wobec innych osób, a w trakcie wyprowadzania przez ochroniarza poślizgnął się i uderzył w podłogę, co miało być nieszczęśliwym wypadkiem. Jako dowód wskazywał nagrania monitoringu.

Bo właśnie interwencje ochrony nierzadko są mało oczywiste - z jednej strony nietrzeźwy klient, który czuje się pokrzywdzony, z drugiej - postawny, groźnie wyglądający ochroniarz. Każda ze stron uważa, że to ona ma rację. Klienci twierdzą, że to oni zostali zaatakowani, a ochroniarze - że zareagowali na czyjąś agresję i wypełniali swoje obowiązki. 

- Wszędzie są kamery, a na nich nie słychać tego, co ktoś mówi. Bywa tak, że ktoś nas obraża, wyzywa, prowokuje. A ludzie mają różny próg nerwów i ktoś może nie wytrzymać - przyznaje nam pracownik ochrony.

Inny dodaje, że kontrowersyjne sytuacje zdarzają się już coraz rzadziej, a jeśli już, to w lokalach o niższym standardzie, gdzie nie zatrudnia się profesjonalnych ochroniarzy. - To już nie są te czasy, kiedy się kogoś podnosiło i wyprowadzało z lokalu. Kiedyś ochrona wzbudzała agresję samym swoim wyglądem, teraz przeważnie są to osoby wykształcone, elokwentne, a jednocześnie wysportowane i dobrze zbudowane - mówi.

Zdjęcie ilustracyjneZdjęcie ilustracyjne pexels.com

Negocjacje na start

Jak twierdzą ochroniarze, problemy zaczynają się już na wejściu. To właśnie pracownicy ochrony klubów, pubów i dyskotek często sami przeprowadzają selekcję i nie chcą wpuszczać tych, którzy pić zaczęli już dużo wcześniej.

- Niektórzy klienci próbują się grzecznie dogadać i wynegocjować wejście. "Jeszcze nie jestem taki pijany". A ja przecież widzę, że ledwo stoi. Mimo to uparcie powtarza, że wszystko jest w porządku - mówi pan Adam z agencji ochrony Sztorm w Gdańsku.

Częściej jednak pijany klient stanowczo żąda, by zostać wpuszczonym. Strategie są różne. Niektórzy wybierają metodę "na VIP-a".  - Mówią mi, że są policjantami, pracownikami centralnego biura śledczego, prokuratorami, synami sędziów. Twierdzą, że znają szefów, menadżerów klubu - wylicza Dariusz Sokołowski z gdańskiej agencji ochrony Tajfun. Według niego przechwałki potwierdzają się jedynie w przypadku policjantów.

Klienci próbują zmylić ochroniarzy eleganckim strojem. - Na imprezę próbował wejść ciemnoskóry mężczyzna z dwiema kobietami. Po ubraniach było widać, że jest bardzo bogaty. Twierdził, że jest synem ambasadora. Nie chcieliśmy go wpuścić, bo źle zachowywał się wobec obsługi - opowiada Sokołowski. "Syn ambasadora" poszedł więc do innego lokalu, znajdującego się nieopodal. Wdał się w bójkę, po przyjeździe policji okazało się, że historia o ambasadorze była zmyślona. 

Pięści, gaz i nóż

Kolejna metoda na wejście do klubu po pijanemu to straszenie zwolnieniem. - Zwalnianie to normalna rzecz. „Już tutaj nie pracujesz”. To zawsze puste słowa, nigdy nie mieliśmy potem nieprzyjemności - twierdzi Tomasz Jędrzejewski z biura ochrony Astrea ze Skierniewic.

- Słyszymy często: "jeśli mnie nie wpuścicie, zamknę ten lokal, wszyscy stracicie pracę" - potwierdza Sokołowski.

A kiedy i to nie robi na ochroniarzach wrażenia, zaczyna się robić goręcej. Stojący przed wejściem mężczyźni słyszą od nietrzeźwych klientów, że są "śmieciami", a ich matki i żony to "ku*wy i szmaty". Dochodzi też do rękoczynów.

- Walentynki, 2014 albo 2015 rok. Do klubu przyszedł mocno pijany facet razem z dziewczyną, oczywiście nie weszli do środka. Wściekły rzucił się z pięściami na pracowników ochrony, musieli mu założyć kajdanki. Wezwali policję, dostał 500 złotych mandatu - wspomina Tomasz Jędrzejewski.

Zdjęcie ilustracyjneZdjęcie ilustracyjne pexels.com

W kolejce do lokalu, przed którym z kolei stał pan Adam, pojawił się mężczyzna z dwudziestocentrymetrowym nożem kuchennym. Nóż wystawał z tylnej kieszeni spodni.

- Podszedłem i w jednym momencie klepnąłem go w plecy, a drugą ręką chwyciłem za ten nóż, tak, żeby tego nie poczuł. Odwrócił się w moim kierunku. Miał pobitą twarz, całą we krwi. Groził, że zaraz nas zaje*ie - opowiada ochroniarz. Nóż udało mu się wyciągnąć.

Selekcja nie zawsze jest standardem. Na niektóre imprezy można wejść z ulicy, bo dla właścicieli istotniejszy od bezpieczeństwa jest zysk. - Mówią nam wtedy, że nieważne co się stanie, "byle wydali ostatnie 5 złotych" - twierdzi jeden z rozmówców.

Odgryziony palec i mocz na barze

Początkowo uprzejmi i trzeźwi klienci, którzy zostają wpuszczeni do środka, pod wpływem alkoholu i narkotyków potrafią pokazać swoją drugą twarz. Są agresywni, zaczepiają innych, bywają wulgarni w stosunku do obsługi.  - Ludziom wydaje się wtedy, że wszystko im wolno. Zdarza się wchodzenie na stoły, oddawanie moczu na bar, żądanie, żeby dawać im wszystko za darmo - wylicza Dariusz Sokołowski.

Jako przykład podaje dyrektora jednego z banków, który według jego relacji miał pobić barmana, opluć kelnerkę i rzucać butelkami. Został zatrzymany przez policję, miał przy sobie narkotyki.

- Pewnych rzeczy się nie przewidzi. Miałem kiedyś taką sytuację: stoi facet obok faceta, trzyma szklankę i pije piwo. Nagle uderza szklanką tego drugiego, bez żadnej przyczyny. Nawet się nie znali - opowiada Tomasz Jędrzejewski.

Dariusz Sokołowski był świadkiem tego, jak jeden z ochroniarzy po interwencji musiał jechać do szpitala. - Do klubu przyszedł niepełnosprawny chłopak, miał problemy z poruszaniem się. Wypił piwo, zaczął bić ludzi na parkiecie swoimi kulami. Kiedy ochroniarz interweniował, chłopak odgryzł mu kawałek palca - mówi.

Zdjęcie ilustracyjneZdjęcie ilustracyjne pexels.com

"Teraz każdy jest prawnikiem"

Problem narasta, gdy pijaną osobę trzeba wyprosić z lokalu, bo najczęściej delikwent nie ma na to najmniejszej ochoty. Ochroniarze zgodnie z prawem mogą np. obezwładnić agresywnego klienta, użyć gazu, założyć kajdanki i ująć do czasu przyjazdu policji. Tyle w teorii. W praktyce jednak wiedzą, że każde takie działanie może obrócić się przeciwko nim.

- Jakakolwiek próba użycia siły, nawet złapanie za rękę i wyproszenie z lokalu, wiąże się od razu z dziesiątkami kamer w telefonach włączonymi dookoła i krzykami osoby, która jest wyprowadzana. Kończy się to na tym, że jeśli ktoś stawia bierny opór, wzywana jest policja - mówi Dariusz Sokołowski.

- Teraz każdy jest prawnikiem. Ludzie nie wiedzą o co chodzi, a w połowie całej interwencji nagrywają i później pojawiają się komentarze, że to my jesteśmy agresywni - komentuje jeden z pracowników ochrony.

Jeden z moich rozmówców przytacza sytuację, w której wykręcił klientowi ręce i wyprowadził z klubu. Został potem posądzony o uszkodzenie ścięgna, musiał tłumaczyć się na policji. Ostatecznie konsekwencji nie poniósł, bo klient w chwili zdarzenia był tak pijany, że później nie potrafił przypomnieć sobie, kto go tak naprawdę obezwładnił.

Pan Adam stara się zachęcać pijanych do wyjścia udając, że nie słyszy, co mówią i ściągając ich w stronę wyjścia, gdzie jest ciszej. Tak zrobił w przypadku ok. 40-letniego mężczyzny na imprezie w Elblągu. - Gdy dowiedział się, że to dla niego koniec imprezy, wpadł w szał. Użyłem wobec niego gazu, który na niego nie zadziałał. Facet musiał być pod wpływem naprawdę silnych środków odurzających - twierdzi.

"Kobieta katuje ofiarę"

Pracownicy ochrony zgodnie przyznają, że największy problem sprawiają im pijane kobiety. - Bójka dwóch mężczyzn to przeważnie próba sił zakończona sukcesem jednego z nich. Można ich uspokoić, a potem wracają i jeszcze potem razem piją. W przypadku bójki dwóch kobiet to wręcz katowanie ofiary - mówi wprost Dariusz Sokołowski. I dodaje, że takie imprezowiczki niełatwo rozdzielić, bo nieumiejętny chwyt może im zrobić krzywdę.

Zdjęcie ilustracyjneZdjęcie ilustracyjne pexels.com

Z tego samego powodu trudno też wypraszać kobiety z klubu. Ochroniarze twierdzą, że w momencie interwencji klientki krzyczą, oskarżają ich o molestowanie i pobicie, wyciągają telefony komórkowe. To prowokuje innych klientów, którzy chcą stanąć w obronie kobiet i dochodzi do awantur. - Każda interwencja z udziałem kobiety kończy się inaczej. Nie sposób tego przewidzieć. Trzeba po prostu być delikatnym - twierdzi pracownik ochrony.

Sokołowski wspomina imprezę, podczas której ujął wraz z innymi ochroniarzami mężczyznę z nożem. - Jego partnerka podbiegła do mnie i uderzyła w tył głowy pokalem. Siła uderzenia była tak duża, że aż mi pokruszyło zęby. Została obezwładniona, założyliśmy jej kajdanki. A i tak odgryzła mi kawałek skóry u nogi - mówi.

Ochroniarze stają się jednak czasami też obiektem zainteresowania ze strony nietrzeźwych klientek. Kobiety proszą postawnych mężczyzn o numer telefonu, dają swój. Zdarzają się też bardziej bezpośrednie. - W 90 procentach nie są to kulturalne podrywy, a wulgarne, w stylu: "chodź, zrobisz sobie przerwę na 15 minut w kiblu" - opowiada jeden z pracowników ochrony.

Inny z kolei dostał seksualną propozycję od sędzi, która przyszła na imprezę ze swoją koleżanką prokurator. Mężowie kobiet wyjechali. Ochroniarz usłyszał: "dziś to dziś, ale jutro się nie znamy".

Pigułka gwałtu zagraża nam wszystkim. Te wynalazki pomagają się przed nią uchronić