Komenda to niejedyny niesłusznie skazany. Adam siedzi od 2001 r., bo morderca miał tak samo na imię

Według sądu Adam Dudała z zimną krwią zamordował dwie osoby. Wyrok? 25 lat. Problem w tym, że gdy doszło do zbrodni przebywał w innym województwie. Niesłuszne wyroki zapadają w Polsce często, ale dokładne ustalenie statystyk jest praktycznie niemożliwe.

Tomasz Komenda, który w zeszłym tygodniu po 18 latach opuścił więzienie, nie jest jedyną osobą niesłusznie skazaną na wieloletni wyrok. Dzisiaj wiadomo, że niewinny jest również Adam Dudała, który odsiaduje wyrok 25 lat więzienia za podwójne zabójstwo. Takich spraw jest znacznie więcej.

"Czar Tygrysicy"

Związany z mafią pruszkowską Dudała został skazany w 2004 r. na 25 lat więzienia za podwójne zabójstwo. Do brutalnego mordu miało dojść w lipcu 1999 r. w miejscowości Wiartel w woj. warmińsko-mazurskim. To były czasy, gdy na Warmii i Mazurach działały dwie konkurujące ze sobą grupy przestępcze - jedna z Łomży, druga z Olsztyna. W nocy z 19 na 20 lipca łomżyńscy gangsterzy postanowili zaatakować olsztyńskich, którzy wcześniej pobili jednego z członków ich grupy. Jak podaje  "Gazeta Prawna" padło na "Kozyra", ochroniarza agencji towarzyskiej "Czar Tygrysicy". Bandyci prawdopodobnie nie chcieli go zabić, tylko wyciągnąć informacje na temat innych członków grupy. Wywieźli go nocą do lasu i skatowali. Użyto broni palnej - najpierw strzelono śrutem, później ostrą amunicją. Napastnicy chcieli go przede wszystkim przestraszyć, celowali więc w pośladki. Niestety jeden z pocisków trafił w tętnicę. Gangsterzy porzucili go w lesie, ale potem zmienili zdanie i chcieli go zabrać do szpitala. "Kozyr" zmarł w samochodzie, więc go porzucili. Jakieś dwa tygodnie temu łomżanie zaatakowali ponownie. Wpadli do tej samej agencji towarzyskiej i zastrzelili Janusza B., właściciela "Czaru Tygrysicy".

Pogrążyły go zeznania bandyty

Po niecałym roku śledczy zatrzymali grupę odpowiedzialną za zabójstwa. Świadkiem koronnym został Sławomir R., zwany "Woźnym". Bandyta przyznał się do udziału w zabójstwach i podał nazwiska wspólników. Jako tego, który pociągnął za spust wskazał 33-letniego Adama z Warszawy. "Woźny" w zeznaniach opisał go, jako mężczyznę o średniej budowie ciała bez żadnych znaków szczególnych. To ważne, ponieważ Adam Dudała w rzeczywistości ma 185 cm wzrostu i widoczne znamię na skroni. W 2001 r. Dudała został wezwany na policję, powiedziano mu, że chodzi jakąś drobnostkę. Po wizycie na komendzie więcej nie wrócił do domu.

Według informacji Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, jedynym dowodem jego winy było zeznanie świadka koronnego. - Adam Dudała został skazany na 25 lat pozbawienia wolności. W toku rozpoznania innej sprawy wyszły na jaw okoliczności świadczące o tym, że Dudała nie popełnił zbrodni, za którą został skazany - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Marcin Wolny, prawnik Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. - Jego obrońcy, przy naszym udziale, próbowali cztery razy wznowić postępowanie, za każdym razem się nie udawało. Sąd Najwyższy uznawał, że materiał dowodowy był przekonujący - dodaje. Najprawdopodobniej o pomyłce zdecydował fakt, że prawdziwy morderca także miał na imię Adam oraz to, w jakim środowisku obracał się Dudała.

Policjant wiedział, kto zabił

Co więcej, w jednym z wniosków o wznowienie postępowania obrońca osadzonego stwierdził, że najprawdopodobniej doszło do zatajania dowodów przez policjanta prowadzącego sprawę. Funkcjonariusz miał znać tożsamość innego Adama, który prawdopodobnie dokonał zbrodni, ale nie poinformował o tym sądu, zajmującego się sprawą Dudały. W tej historii jest jeszcze jedna budząca zdziwienia kwestia. Otóż Dudała w momencie, gdy doszło do zabójstw przebywał w Ustce, gdzie bawił się razem z kolegami z Pruszkowa. Alibi, które dali mu świadkowie nie przekonało jednak sądu.

Dlaczego mimo nowych dowodów Dudała cały czas siedzi w więzieniu? Sąd Najwyższy uznał, że nowe fakty, które ujrzały światło dzienne wcale nie są nowe, a ponadto to dokonywanie ustaleń w kwestii popełnionego czynu nie należy do jego kompetencji. Co więcej, w sprawie policjanta, który zataił dowody fundacja powiadomiła Prokuraturę Okręgową w Białymstoku. Prokuratura potwierdziła, że mogło dojść do przestępstwa, ale sprawa się przedawniła, policjanta nie spotkały i nie spotkają więc żadne konsekwencje.

Prognoza kryminologiczna

Dudała cały czas ma nadzieję na przedterminowe zwolnienie, ale szanse ma niewielkie. W pewnym sensie byłoby mu łatwiej, gdyby przyznał się do zabójstwa. - To jest drugi aspekt tej sprawy. Jeśli człowiek nie przyznaje się do popełnienia zbrodni, to jest od razu na straconej pozycji, jeśli chodzi o tzw. prognozę kryminologiczną w kontekście warunkowego przedterminowego zwolnienia - wyjaśnia Wolny. - W każdej opinii służby więziennej na temat takiego osadzonego, znajdzie się bezkrytyczny stosunek do popełnionego czynu - dodaje.

Tomasz Komenda i Adam Dudała to niejedyni niesłusznie odbywający karę więzienia w Polsce. - Znam co najmniej sześć takich spraw, w których orzeczono kary dożywotniego pozbawienia wolności albo 25 lat pozbawienia wolności, i w których doszło, jestem o tym przekonany, do niesłusznego skazania. Tylko dwie z tych spraw udało się doprowadzić do etapu ponownego procesu - mówi Wolny.

Nie to ciało, nie ten sprawca

Przed sądem w Olsztynie cały czas toczy się sprawa Jacka Wacha. W 1999 r. z jeziora Pluszne niedaleko Olsztyna wyłowiono fragmenty ciała schowane w reklamówkach. Śledczy uznali, że zwłoki należą do Tomasza S., groźnego przestępcy działającego w Suwałkach. W trakcie śledztwa aresztowano Wacha. Uznano, że to on zabił ponieważ miał motyw - gdy siedział w więzieniu jego żona miała romans z gangsterem, którego ciało rzekomo zostało wyłowione z jeziora. Wacha skazano na dożywocie, tymczasem w 2014 r. na jaw wyszły nowe, szokujące fakt. Do morderstwa Tomasza S. przyznał się Wiesław S. Mężczyzna wskazał przy tym miejsce ukrycia zwłok. Badania DNA potwierdziły jego zeznanie, co oznacza że zwłoki wyłowione z jeziora nie mogły należeć do suwalskiego gangstera. Ostatecznie w 2015 r. wyrok Wacha został unieważniony przez Sąd Najwyższy.

Upośledzony zabił dwie kobiety nie pozostawiając DNA

Mniej szczęścia ma Piotr Mikołajczyk, który został skazany na dożywocie za zbrodnie z 2010 r. Mężczyźnie zarzuca się zabicie w podkaliskiej miejscowości dwóch kobiet - matki i córki. Jego motywem miały być pretensje kobiety o jego romans z córką. Co ważne, mężczyzna został skazany tylko na podstawie przyznania się do winy. Tymczasem okazuje się, że Mikołajczyk jest upośledzony umysłowo i policjanci mogli nim manipulować. Według Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka policjanci badający sprawę chcieli podnieść sobie statystyki. W toku postępowania pojawił się inny poważny dowód, którego nie wzięto pod uwagę - okazało się, że DNA zebrane na miejscu zbrodni nie pasuje do Mikołajczyka. Obecnie jego sprawą zajmuje się Rzecznik Praw Obywatelskich.

Sąd nie widzi przesłanek do kasacji

Marcin Wolny wyjaśnia, że istnieje bardzo mało przesłanek, na podstawie których sąd może orzec o kasacji wyroku. - Problem polega na tym, że przesłanki kasacji są skąpo opisane w kodeksie. Są całkowicie formalne, zwykle zachodzą wtedy, gdy na przykład sędzia orzekł w sprawie, z której powinien być wyłączony albo wtedy, gdy naruszono prawo do obrony. Oznacza to na przykład, że jeśli sąd błędnie ocenił dowody, to na etapie kasacji w Sądzie Najwyższym nie da się podnieść takiego zarzutu, po prostu w świetle prawa nie jest to okoliczność kasacyjna - tłumaczy. Dodatkowym problemem dla niesłusznie skazanych osób jest domniemanie tego, że wyrok, który zapadł jest słuszny i powinien się ostać. Jak wyjaśnia Wolny, o ile domniemanie niewinności łatwo podważyć chociażby poprzez pomówienie ze strony przestępcy, o tyle domniemanie o słuszności wyroku jest niemal pancerne.

 400 niesłusznych skazań. Rocznie

Spróbowaliśmy ustalić, jaka może być skala niesłusznych skazań. Problem w tym, że w Polsce nie ma badań, z których byśmy się tego dowiedzieli.

Z danych, które otrzymaliśmy z Sądu Najwyższego wynika, że od 2000 r. wyrok uniewinniający zasądzono w 352 sprawach. Problem w tym, że ta liczba nie zawiera najbardziej rażących przypadków, w których skazany cały czas odbywa karę, bo sąd nie widzi przesłanek do kasacji.

Sporo wyższe są statystyki dotyczące odszkodowań, które przesłano nam z Ministerstwa Sprawiedliwości. Zgodnie z tymi danymi od 2000 r. sądy okręgowe przyznały odszkodowania 606 niesłusznie skazanym osobom, łącznie to ponad 11,5 mln zł. Nie wszystkim niesłusznie skazanym przysługuje odszkodowanie, a więc ta liczba na pewno jest wyższa.

Dr Łukasz Chojniak, który razem z Łukaszem Wiśniewskim opracował raport "Przyczyny niesłusznych skazań w Polsce" szacuje, że może dochodzić nawet do 400 takich przypadków rocznie.

Praktycznie nie zdarza się, żeby w przypadkach błędnych wyroków sąd lub prokurator ponieśli odpowiedzialność, chociażby dyscyplinarną. - Jeżeli prokuratura dostaje fałszywe albo dotknięte mankamentem dowody, które tworzą pozór wiarygodności, to później też bazuje na nich sąd. Nie można winić sędziów i prokuratorów, jeśli materiał dowodowy nie budził w ich opinii wątpliwości - mówi w rozmowie z Gazeta pl. mec. Zbigniew Roman. 

W raporcie "Przyczyny niesłusznych skazań w Polsce" możemy przeczytać,  że większość przypadków niesłusznych skazań została wykryta w wyniku postępowania kasacyjnego, a nie wznowieniowego. Oznacza to, że zazwyczaj do niesłusznych skazań wcale nie dochodzi z powodu pomyłek niezależnych od sądu, jak chociażby nowe dowody.

Najczęstszymi przyczynami są rażące błędy po stronie sądów. "Gdyby pokusić się o próbę wskazania jednej głównej przyczyny pomyłek sądowych skutkujących niesłusznym skazaniem, to w pierwszej kolejności należałoby wskazać na niekompetencję po stronie profesjonalnych uczestników postępowania" - czytamy w raporcie.

Spędził 18 lat w więzieniu. Prokuratura: jest niewinny. Tomasz Komenda wyszedł na wolność

Więcej o: