Połowę życia spędził w więzieniu, teraz go uniewinnią. Matka Tomasza: Dzisiaj jest wrakiem

Matka niesłusznie skazanego Tomasza Komendy opowiedziała reporterowi "Superwizjera" o dramatycznych przeżyciach swoich i jej syna. - Był wesołym chłopakiem. Był, bo teraz jest wrak, a nie dziecko - opowiada

Tomasz Komenda w 2004 r. został skazany na 25 lat więzienia za gwałt i brutalne morderstwo 15-letniej Małgosi. Dzisiaj śledczy ze stuprocentową pewnością mówią, że jest niewinny. Będzie wniosek o uniewinnienie. Teresa Komenda, matka pana Tomasza w rozmowie z Grzegorzem Głuszakiem, reporterem "Superwizjera" mówi, że przez cały czas była pewna niewinności swojego syna. Ze łzami w oczach opowiada o dramacie. - Jak ogłoszono ile dostał, nie wytrzymałam. Wyszłam z sali, naprawdę, nie wierzyłam. Chciałam sobie coś zrobić. Jak ja mogę żyć bez dziecka 25 lat? - opowiada.

Jej syn nigdy nie przyznał się do popełnienia zbrodni. Ani przed sądem, ani przed własną matką. - To był po prostu jeden wielki dramat, płacz z dwóch stron. Powiedział, że nie zna tej dziewczyny i nigdy by czegoś takiego nie zrobił. Był bardzo delikatny w stosunku do koleżanek, nigdy żadnej nie ubliżył. Był wesołym chłopakiem. Był, bo teraz jest wrak, a nie dziecko - wspomina pierwsze widzenie z synem.

Matka Tomasza: "Był załamany, miał próby samobójcze"

Jak przyznaje Teresa Komenda, od chwili skazania regularnie odwiedza swojego syna podczas widzeń. Matka oraz syn często też do siebie pisali. - Tomek był załamany, miał próby samobójcze. Dostałam od niego list, w którym się ze mną żegna - opowiada. - Więc przybiegłam tu [do zakładu karnego- red.] z powrotem i krzyknęłam, że jeżeli coś sobie zrobi, to niech pamięta, że rodzina nie straci jednej osoby tylko dwie, że ja pójdę za tobą. Będą dwie trumny stały, a nie jedna - mówi.

Czytaj więcej: Od 18 lat siedzi za brutalny gwałt i morderstwo Małgosi. Prokuratura przyznaje: jest niewinny

Tomaszowi Komendzie alibi dało 12 osób, mimo to w maju 2000 roku został aresztowany. 4 lata później sąd skazał go na 25 lat więzienia. Przemawiał za tym fakt, że włosy z czapki Małgosi miały taki sam kod genetyczny. Pasował też zapach czapki oraz odciski szczęki na ciele ofiary. Przesłuchiwany przez śledczych Tomasz przyznał się, że był w Nowy Rok był w Miłoszycach, ale później wszystkiego się wyparł. Według niego policjanci wymusili te zeznania biciem.

"Sytuacja, która przekracza wszelkie normy"

Dzisiaj, po 18 latach od skazania mężczyzny prokuratura dysponuje dowodami, które rzucają nowe światło na zbrodnię sprzed ponad dwóch dekad. Okazuje się, że Tomasz Komenda tragicznej nocy nawet nie przebywał w Miłoszycach. Nowe fakty udało się ustalić dopiero powołanej po latach specjalnej grupie śledczych. Powołano ją po tym, jak policjant o imieniu Remigiusz przyjrzał się aktom sprawy. - Jest to sytuacja, która po prostu przekracza wszelkie normy wszelkich zasad. W tej sprawie jest bardzo wiele osób pokrzywdzonych, które stały się ofiarami, a nie było sprawcy - mówi "Superwizjerowi" policjant.

Śledczy cały czas badają, jak mogło dojść do tak katastrofalnej pomyłki. Nie wyklucza się, że dowody zostały zmanipulowane. Do Sądu Najwyższego trafił wniosek o wznowienie postępowanie ws. Tomasza Komendy.

Dzwonisz na 112 i co dalej? Te rzeczy musisz powiedzieć, żeby szybko i sprawnie wezwać pomoc