Pijani turyści robili awanturę na drodze z Morskiego Oka. Jeden oferował łapówkę za transport

Wstyd na całą Polskę nie dla wszystkich jest wystarczającym ostrzeżeniem. Kolejna grupa turystów domagała się przewozu saniami z Morskiego Oka. Jeden ubliżał strażnikom i prowokował do bójki.

Na tatrzańskiej polanie Włosienica, która jest położona około 1,5 km poniżej Morskiego Oka, doszło do "dantejskich scen" - opisuje „Tygodnik Podhalański”.

W sobotę około godziny 13 w kolejce do zjazdu czekało 300 osób, a wciąż dochodziły kolejne. Turyści wiedzieli, że nie wszystkim uda się zmieścić do sań, gdyż ostatni zjazd z Włosienicy do Palenicy był zaplanowany na godzinę 17. Atmosfera coraz bardziej gęstniała, w końcu wybuchła awantura. Nie pomógł fakt,  że wielu turystów było pod wpływem alkoholu.

 "To skandal, jak mieliśmy zejść?"

Trasa z parkingu w Palenicy Białczańskiej do Morskiego Oka nie sprawia żadnych trudności typowych dla wielu górskich szlaków. To 8.5 km głównie asfaltowej szosy. Ostatnie 1.5 km z Włosienicy do schroniska prowadzi przez las. Właśnie do tego punktu można dojechać zaprzęgami konnymi, do których tak przyzwyczaili się turyści.

- Jakiś pan w mundurze Tatrzańskiego Parku Narodowego nam powiedział, że 200 osób zjedzie, a reszta nie, bo zabraknie sań. To skandal, jak mieliśmy się dostać do Palenicy Białczańskiej, gdzie zostawiliśmy samochód? - powiedziała w rozmowie z „Tygodnikiem Podhalańskim” turystka z Warszawy.

Chciał się bić ze strażnikami

Strażnicy Tatrzańskiego Parku Narodowego twierdzą, że wiele osób czekających w kolejce piło alkohol, m.in. piwo i grzane wino. Gdy przekazano informację, że nie wszyscy się zmieszczą, niektórym puściły nerwy. Jak podaje „Tygodnik Podhalański”, pod adresem strażników Tatrzańskiego Parku Narodowego poleciały wyzwiska. Jeden z turystów gdy dowiedział się, że on, jego żona i dziecko nie zmieszczą się do sań, wpadł w szał. Zaproponował łapówkę za zwiezienie jego rodziny służbowym samochodem. Gdy usłyszał odmowę, ubliżał strażnikom i prowokował ich do bójki.

- Od kiedy pracuję w TPN, nie przeżyłem takiego spotkania z chamstwem i wulgaryzmami ze strony turystów. Wszystkiemu winny alkohol - powiedział „Tygodnikowi Podhalańskiemu” Edward Wlazło, komendant Straży TPN. 

Nie chcieli powtórki z rozrywki

Ostatni transport odjechał o 17:20. Jak przekazał komendant Wlazło, żaden z turystów oczekujących na przejazd nie został na polanie. - Nie chcieliśmy by powtórzyła się sytuacja z drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia -  wytłumaczył Edward Wlazło.

Komendant odniósł się do wydarzeń z 26 grudnia br., gdy na polanie utknęło 45 osób. Ponieważ powozy już nie jeździły, turyści zadzwonili do ratowników TOPR i na policję domagając się pomocy. Służby uznały jednak, że turyści mogą zejść o własnych siłach. Na miejsce został wysłany samochód, który oświetlał drogę.

Fiakrzy przestali jeździć, więc turyści "nie mogli" wrócić z Morskiego Oka. Wezwali TOPR

Dzwonisz na 112 i co dalej? Te rzeczy musisz powiedzieć, żeby szybko i sprawnie wezwać pomoc