Norweżka stara się o azyl w Polsce. Urzędnik nie dowierzał. Myślał, że jest z Czeczenii

Polskie media opisują historię Norweżki Silje Garmo, która z obawy przed odebraniem dzieci ubiega się o azyl w Polsce. W rozmowie z "Super Expressem" opowiada, że gdy składała wniosek, polski urzędnik kilka razy się upewniał czy na pewno nie jest z Czeczenii.

Silje Garmo jest, jak sama przyznaje, pierwszą obywatelką Norwegii, która prosi o azyl w Polsce. W rozmowie z "Super Expressem" tłumaczy, że tutaj dzieci odbierane są matkom tylko w poważnych sprawach. - Barnevernet, instytucja państwowa, która w Norwegii chce mi je odebrać, robi to bez konkretnego powodu - mówi gazecie kobieta.

Norweżka twierdzi, że tamtejszy Urząd Ochrony Praw Dziecka zainteresował się nią po donosie ojca jej najstarszego dziecka. Na tej podstawie, jak mówi, zarzucono jej, że nadużywa leków przeciwbólowych, prowadzi "chaotyczny tryb życia", oraz ma "zespół przewlekłego zmęczenia".

Silje Garmo twierdzi, że w Norwegii to wystarczy do odebrania dziecka. - Wystarczy donos i system działa automatycznie, dopiero później można próbować odzyskać dziecko - mówi.

- Barnevernet ma pozycję, która pozwala jej działać przed jakimikolwiek decyzjami sądu. W Norwegii od pewnego czasu toczy się dyskusja na temat tego, że stała się państwem w państwie - mówi Silje Garmo.

>>>PRZECZYTAJ TEŻ: Zbrojne ramię norweskiego państwa opiekuńczego. Polscy rodzice kontra Barnevernet

Kontrowersyjna opieka państwa?

W liczącej pięć milionów mieszkańców Norwegii służby ochrony dzieci są znacznie bardziej rozbudowane niż w Polsce. Jak pisał w "Gazecie Wyborczej" Maciej Czarnecki, "to część tamtejszego modelu, w którym państwo zapewnia rodzinie hojne wsparcie finansowe, doradztwo, ale też szybko reaguje, gdy coś jest nie tak".

Urzędnicy Barnevernetu wszczynają postępowania po sygnałach ze szkoły, przedszkola, od lekarza, czy sąsiadów. Zwykle kończy się na pogadankach z rodzicami, nadzorze bądź po prostu udzieleniu informacji. W niektórych, teoretycznie najcięższych przypadkach, Barnevernet może zabrać dziecko i umieścić je w rodzinie zastępczej. Dotyczy to zarówno Norwegów, jak i obcokrajowców.

O Barnevernet opowiada książką Macieja Czarneckiego "Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym". Jej fragmenty można przeczytać w magazynie Weekend Gazeta.pl.

"Norwegia wymarzyła sobie system, który nie tylko chroni wszystkie dzieci przed przemocą czy molestowaniem seksualnym, ale czuwa również nad ich rozwojem. Który dostrzega problemy w zarodku i działa prewencyjnie, a nie dopiero po fakcie. To ambitny projekt" - pisze autor. 

Autor pisze o specyfice norweskiego systemu, który w sprawach o odebranie dziecka stawia urząd i rodziców po przeciwnych stronach barykady, znacznie rzadziej niż inne kraje przekazuje dzieci krewnym i zwraca je rodzicom po dłuższym czasie (o ile w ogóle).

W Norwegii za przemoc uznaje się klaps czy pociągnięcie za ucho. To, zdaniem Czarneckiego, częściowo tłumaczy, dlaczego przeciwko Barnevernetowi najgłośniej protestują imigranci pochodzący z krajów, w których takie zachowania są uznawane za dopuszczalne metody wychowawcze. Imigranci skarżą się również na to, że dzieci są zwykle przekazywane norweskim rodzinom zastępczym, a nie np. wysyłane do krewnych w kraju pochodzenia rodziców.

Jednak wbrew obiegowym opiniom, urząd nie zabiera im więcej dzieci niż Norwegom. W przeliczeniu na tysiąc osób wskaźniki dla obu grup są niemal identyczne (dla Polaków nawet niższe).

Tym makabrycznym morderstwem na dziennikarce żyje cała Dania

Więcej o: