Polski rząd lansuje się na ataku w Barcelonie. Ale dlaczego w Polsce nie ma zamachów?

Zaledwie kilka godzin minęło od niesłusznego "lansowania się na tragedii nawałnic" po słuszne "lansowanie się", znaczy ubolewanie, odnośnie zamachu w Barcelonie.

Polski rząd wreszcie może odetchnąć. Nie trzeba już „zamiatać liści”, nie trzeba się owym zamiataniem na utratę zdrowia „narażać”, nie trzeba nawet grzęznąć w błocie w gminie Rytel, która nota bene wcale nie jest gminą.

Można za to autem służbowym (z eskortą) po warszawskim asfalcie sunąć do zaprzyjaźnionego studia na placu Powstańców. I odtworzyć płytę z tym samym szlagierem: że uchodźcy, że enklawy, że Polska bezpieczna, że jesteśmy najodważniejszym narodem na świecie, więc nie przyjmiemy nawet jednego tonącego dziecka, że my „tymi ręcami” zapewniamy bezpieczeństwo.

Polski rząd może stać i (bezpieczeństwem) pachnieć

Polski rząd to kocha. Polski rząd wreszcie nie musi rządzić. Może wtedy tylko stać i (bezpieczeństwem) pachnieć. Gdyby „cui bono” rzeczywiście było wskazówką śledczą, trzeba by było się poważnie zastanawiać, który z prawicowców znad Wisły jest w to zamieszany. Takie podniecenie panuje na prawej stronie. Że taki olśniewający sukces, albowiem, jeśli nawet przez weekend polscy kierowcy zabili kilkanaście osób, to przynajmniej nie na raz jak w zamachu. I w końcu to nasi, nie obcy. Dlatego my, rząd, zapewniamy bezpieczeństwo, również na polskich drogach.

Czy rzeczywiście? Czy rząd ma rację, że to właśnie jego działania zapewniają nam bezpieczeństwo? Na pierwszy, no może drugi, rzut oka racji nie ma.

Kierowca z Las Ramblas może spokojnie wjechać do Polski

Weźmy bowiem Polską granicę. Czy polska granica powstrzyma uchodźców? Czy w przerwach między konfetti, katowaniem aresztantów i nękaniem protestujących którykolwiek z posyłanych policjantów stoi na straży zachodniej i południowej granicy? Czy stoi wojsko, czy obrona terytorialna, straż graniczna? Nie, nie stoi. Bo granica otwarta. Bo traktat w Schengen. Bo nie ma żadnego orbanowego płotu.

A zatem ten sam kierowca, co wsiadł w auto na Las Ramblas albo na Kreuzbergu w Berlinie, jeśli tylko ma takie widzi mi się, może spokojnie wjechać do Polski. A potem Autostradą Wolności prosto na Krakowskie Przedmieście.

Więc jeśli minister Błaszczak opowiada o bezpiecznej Polsce, to przypomina tych sklepikarzy, co to stroją groźne miny przed wejściem, ale zapomnieli, że na zapleczu wszystkie drzwi i okna otwarte.

Służby nie potrafią wykryć nawet polskich terrorystów,

Weźmy polską skuteczność. Weźmy kraj, który nie potrzebuje terrorystów, by mu ciągle spadały czy to helikoptery, czy samoloty cywilne albo wojskowe. Kraj wiecznych stłuczek, gubionych granatów hukowych, niezmienianych opon w prezydenckim BMW (śledztwo trwa już, bodajże, 20 miesiąc). Kraj, gdzie prokuratura nie potrafi znaleźć zeszłorocznego planu wykładów Andrzeja Dudy w Nowym Tomyślu, a rządzący nie potrafią się nawet doliczyć, ile osób powinno wsiąść na pokład rządowego emberera.

Weźmy kraj, w którym kartę pre-paid nakazują kupować tylko na dowód, ale zapomnieli, że używane można tez kupić w sieci. Czy w takim bardaku terrorysta rzeczywiście zostanie zawczasu zidentyfikowany? Nie, nie zostanie.

Tak jak nie został zawczasu zidentyfikowany wrocławski bomber, chcący wysadzić autobus i jak nie został zawczasu zidentyfikowany Marcin K. który zatłukł młotkiem dwa małżeństwa, bo „zdradziły naród”.

Więc jeśli minister Błaszczak nie potrafi wykrywać nawet własnych, polskich terrorystów amatorów, to jak ma wykrywać kogoś, kto do zamachu starannie przygotuje się w Niemczech albo Belgii?

Błaszczak jest straszny, ale dla matek z dziećmi, nie terrorystów

Weźmy wreszcie strach. Czy taki zamachowiec polskich służb się boi? Czy one skutecznie go odstraszają? Nie, nie twierdzę, że minister Błaszczak nie jest nikomu straszny. Ba, uważam, że to jeden z najbardziej bezwzględnych ministrów w historii III RP, nie tylko dla podwładnych, których zrzuca z sań przy byle podmuchu opinii publicznej.

Jest jednym z najbardziej bezwzględnych ministrów dla czeczeńskich kobiet uciekających przed wojną, dla czeczeńskich matek z dziećmi na wschodniej granicy, dla czeczeńskich homoseksualistów, którym grożą tortury z powodu ich orientacji. Dla nich, dla najsłabszych, owszem, jest minister bezwzględny.

Ale dla terrorystów? Dla ludzi, którzy godzą się na śmierć w zamachach, minister Błaszczak, polskie więzienia (bez kary śmierci) mają stanowić jakąś niepojętą grozę? Może jeszcze minister Jaki ich wszystkich przeraża?

Nie ma u nas zamachów, bo zamachowcy Polską gardzą

Skoro więc drzwi na oścież otwarte, a polska policja drży choćby przed garstką kontrmanifestantów smoleńskich (snajperzy na dachu), dlaczego w Polsce nie dochodzi do zamachów? Dlaczego nic nie wybucha? Przecież z Berlina do Polski jest rzut beretem.

Ano nie wybucha dlatego, że zamachowcy polskim życiem gardzą. Dlatego, że z wizerunkowego punktu widzenia, zamach w Warszawie to zupełnie inna liga niż zamach w Berlinie, Barcelonie, Hamburgu czy Paryżu. Dlatego, jakkolwiek brutalnie to nie zabrzmi, życie polskiego obywatela znaczy dla nich mniej niż koszty osobowe, i przede wszystkim sława, po każdej takiej operacji.

Innymi słowy brak zamachów jest swoistą premią za prowincjonalizm, tego ponoć tak rosnącego w siłę kraju. Im bardziej peryferyjny kraj, im bardziej nieważny, tym ryzyko zamachów mniejsze, albowiem te zarezerwowane są tylko dla krajów swoistej „elity”.

W tym więc paradoksalnym sensie polski rząd, prowadząc politykę oczywistej marginalizacji (27:1 & friends), rzeczywiście ryzyko zamachów zmniejsza. Bo kto będzie płynął na nadwiślańską Grenlandię, skoro kafejki pod nosem pełne o wiele ważniejszych turystów.

Zamach w Barcelonie, później nocna akcja policji w Cambrils. Była próba kolejnego ataku

Więcej o: