"Kazał biec tam, gdzie najmniej drzew". Dramatyczne relacje dzieci z obozu harcerskiego w Suszku

W mediach pojawiają się relacje z obozu harcerskiego w Suszku. W czasie nawałnicy zginęły tam dwie osoby. - Drzewo nagle spadło na naszego drużynowego, ma złamane żebra - tak o szczegółach dramatycznej nocy opowiadają harcerze.

Na obozie harcerskim koło miejscowości Suszek nad jeziorem Śpierwnie brało udział 140 dzieci. Obóz miał trwać trzy tygodnie, do 16 sierpnia. Wyjazd został jednak przerwany z powodu nawałnicy, która przeszła nad miejscowością. W trakcie burzy zginęły dwie harcerki, 20 innych harcerzy zostało rannych (sześć osób ciężko - mają urazy m.in. nóg i żeber). Piekło rozpętało się w miniony piątek po godz. 23. 

"Bardzo się baliśmy"

Wiadomo, że w czasie burzy dzieci przebywały namiotach. 

Zawierucha zaczęła się po godzinie 23, gdy wróciła pierwsza warta nocna. Najpierw zaczął wiać mocny wiatr, kora zaczęła spadać z drzew, zaczęliśmy się bać. Gdy zaczął padać deszcz, spadło pierwsze drzewo, potem reszta. Drzewo nagle spadło także na naszego drużynowego, ma złamane żebra

- mówi w rozmowie z reporterem RMF FM Oliwier, jeden z harcerzy, który był na obozie w Suszku.

Co wydarzyło się dalej? 

Nasza cała drużyna poleciała do jeziora, po prostu siedzieliśmy tam półtorej godziny. Gdy ucichł wiatr, to pobiegliśmy na zbiórkę. Wtedy poszliśmy już do Modlnika, pilnowałem tam młodszych, a starsi poszli ogarniać ognisko

- wyjaśnia Oliwer.

Bardzo się baliśmy

- opowiada w rozmowie z Gazetą Wyborczą 12-letni Tomek. I dodaje, że przed burzą harcerze schronili się w szkółce leśnej. - Wszędzie dookoła przewracały się drzewa. Drużynowi szybko poprowadzili nas na miejsce zbiórki. 

Zostaliśmy obudzeni przez drużynowego. Zrobił zbiórkę przed namiotami, zobaczyliśmy, że drzewa walają się po ziemi, wszystkie są powywracane. Kazał nam biec do miejsca, gdzie jest najmniej drzew, tam czekaliśmy godzinę. Powiedział nam, co mamy robić i nikomu nic się nie stało

– relacjonuje w rozmowie z reporterką TVP Info Tomek, inny uczestnik obozu.

Odcięci od świata

Musieliśmy przedzierać się przez około między trzy a sześć kilometrów przez las, zwalone drzewa, to nie jest porównywalne z niczym, to tak, jakby się przez dżunglę amazońską przedzierać

– tłumaczy w Polsat News Przewodniczący Okręgu Łódzkiego Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej Adam Kralisz, jednocześnie dodając: - Służby dotarły dopiero nad ranem, około godziny 4, najpierw przez jezioro jakimiś łódkami, a potem dopiero samochodami terenowymi i potem uczestników tutaj zwozili tymi samochodami do punktu zbiorczego.  

To, że obóz znajdował się na pustkowiu, do którego nawet przed nawałnicą trudno było dojechać, potwierdzają sami rodzice

Miesięczna żałoba

Po wydarzeniach w Suszku władze ZHR ogłosiły miesięczną żałobę. W specjalnym komunikacie m.in. napisano: "Człowiek jest bezradny wobec potęgi i sił natury. Z pokorą stajemy wobec tego faktu w momentach dla nas najboleśniejszych. Stawiamy sobie pytanie - czy mogliśmy uczynić coś jeszcze, aby tego uniknąć, aby temu zapobiec". 

Z naturą nie ma żartów. Jak uniknąć porażenia piorunem, gdy zastanie nas burza?

Więcej o: