Protestował przed Sejmem, dostał mandat za "blokowanie jezdni". Ale płacić nie zamierza

- Chwyciliśmy się za ręce, żeby trudniej było wyrywać ludzi z tłumu. Zaczęło się wyciąganie ludzi po kolei - uczestnik nocnej demonstracji opisuje, jak policja rozbijała blokady wokół Sejmu. Uczestnicy dostali mandaty za "blokowanie jezdni".

Późno w nocy z czwartku na piątek, około godziny trzeciej, część protestujących wokół Sejmu starała się blokować ulice i wyjazdy w gmachu parlamentu.

W jednej z takich grup - przy zbiegu ulic Górnośląskiej i Wiejskiej - był pan Kuba. - To była chyba ostatnia grupa, która została rozbita. W momencie interwencji policji było tam na oko 100-150 osób - mówi nam pan Kuba.

Uczestnik demonstracji opisuje, jak blokada została rozbita przez policję. - Zajechało 4-5 radiowozów, otoczył nas kordon policji. Standardowo przez kilka minut policja prosiła o rozejście się i mówiła, że zastosuje środki przymusu - mówi pan Kuba. 

- W tym momencie ludzie zwarli się jeszcze bardziej - opisuje.

- Chwyciliśmy się za ręce, żeby trudniej było wyrywać ludzi z tłumu. Zaczęło się wyciąganie ludzi po kolei - mówi pan Kuba. Jak opisuje, po tym wszyscy protestujący zostali ustawieni wzdłuż płotu. Tam policja spisywała demonstrujących i dawała mandaty.

Mandaty na 500 zł dla protestujących

- Z tego co widziałem chyba nikt nie przyjął mandatu - mówi pan Kuba, który także odmówił przyjęcia mandatu na 500 zł za "blokowanie jezdni".

- Były tam osoby z Obywateli RP, które na bieżąco mówiły, jak się zachować, podawały numery telefonów do prawników - relacjonuje mężczyzna. 

Protestujący zaznacza, że nie widział żadnej brutalności ze strony policji, a jedynie chaos. Policjanci mieli sami do siebie mówić, że "jest ich tam za mało". - Nie usłyszałem, aby któryś z tych policjantów był z Warszawy. Ten, który mnie spisywał, był z okolic Gdańska - mówi w rozmowie z nami pan Kuba. 

Zamierza on dalej odmawiać przyjęcia mandatu i spodziewa się sprawy w sądzie.

Protestujący zdziwiony słowami Frasyniuka

Uczestnik demonstracji był zdziwiony zachowaniem liderów demonstracji. - W pewnym momencie Władysław Frasyniuk powiedział, żeby się rozejść, że jutro kolejny dzień protestów i trzeba mieć siły - wspomina pan Kuba.

- Pojawiło się takie poczucie, że to kompletnie bez sensu. My tutaj blokujemy wyjazdy senatorów, a liderzy protestu wzięli ludzi pod Sąd Najwyższym, gdzie po chwili ich wyganiali do domu - mówi uczestnik demonstracji. - Na pewno nam to nie pomogło - dodaje i ocenia, że gdyby blokady były większe, to nie udałoby się ich tak łatwo usunąć. 

Pan Kuba podkreśla jednocześnie, że nie chce przesadnie krytykować liderów opozycji. - Ludziom jednak chce się wyjść. W tej blokadzie nie byli sami Obywatele RP i członkowie KOD, przyłączali się tam inni, i 45-latkowie, i 17-letnie licealistki. Trzeba protestować, póki jeszcze można - podsumowuje uczestnik nocnych demonstracji. 

Dzięki niemu Komisja nie mogła dłużej lekceważyć protestujących pod Senatem. Rozpoczął 'wojnę na okna'

Więcej o: