Pomieszane szczątki ofiar. Biegły: Nikogo z naszego fachu to nie dziwi. Nikt się nie oburza

Prokuratura Krajowa informuje o kolejnych szczątkach ofiar katastrofy smoleńskiej, które nie znalazły się w odpowiednich trumnach. - Tego typu doniesienia są w przypadku katastrofy smoleńskiej zupełnie normalne - twierdzi w rozmowie z Gazeta.pl lekarz medycyny sądowej.

W trumnie prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który zginął w katastrofie lotniczej w Smoleńsku, znaleziono fragmenty ciał dwóch innych osób - poinformował dzisiaj na konferencji prasowej prokurator Marek Pasionek. CZYTAJ WIĘCEJ>>>

To kolejna tego typu informacja, którą potwierdziła w ostatnich dniach Prokuratura Krajowa. Wcześniej pisaliśmy o odnalezieniu szczątków innych osób m.in. w trumnach Aleksandry Natalli-Świat, Natalii Januszko i gen. Bronisława Kwiatkowskiego. CZYTAJ WIĘCEJ>>>

Ekspert: Moim zdaniem nie popełniono błędu

Informacje o wynikach badań przeprowadzonych po ekshumacjach wywołały oburzenie nie tylko wśród rodzin ofiar, ale i strony rządowej. Ta krytykuje koalicję PO-PSL za chaos, który zdaniem PiS zapanował po katastrofie smoleńskiej. 

Jednak zdaniem lekarzy medycyny sądowej, pomieszane fragmenty szczątków to coś, czego trudno było uniknąć w przypadku tak tragicznego zdarzenia, jakim była katastrofa samolotu z 96 osobami na pokładzie.

Z lek. med. Wojciechem Koeppe, lekarzem medycyny sądowej, biegłym, rozmawiał Marcin Kozłowski.

Marcin Kozłowski: Jest pan zaskoczony doniesieniami ws. szczątków ofiar katastrofy smoleńskiej?

Lek. med. Wojciech Koeppe: Informacje o odnajdowaniu w trumnach fragmentów ciał innych osób są dla mnie w tym przypadku zupełnie normalne. Na podstawie doniesień medialnych uważam, że błąd nie został popełniony. Rozmawiałem też o tym z kolegami po fachu, nikt się temu nie dziwi. Nikt nie jest oburzony. 

Naprawdę?

Chciałbym znaleźć taką osobę, który byłaby w stanie przypasować do każdego ciała każdy fragment. To jest praktycznie niemożliwe. Weźmy pod uwagę rodzaj zdarzenia, liczbę ofiar, a także uszkodzenia wszystkich ciał i obszar, nad którym były rozrzucone. Znajdowały się nie tylko na powierzchni, były też powbijane w podłoże. Szczątków były najprawdopodobniej tysiące.

Jeżeli biegli byli w stanie zidentyfikować szczątki, to można było to zrobić też wtedy.

Tak, tylko to wiązałoby się z badaniami genetycznymi. Trzeba byłoby zebrać wielką liczbę tych drobnych fragmentów i zrobić badania DNA. Trwałoby to Bóg wie ile, nie mówiąc już o kosztach. Mogłoby to wiązać się też z opóźnieniem pogrzebów.

Jak długo mogłoby to trwać?

Wszystko zależy od wydolności jednostki, która przeprowadzałaby badania. Nie wiemy, ile byłoby fragmentów do przebadania. Jeśli rzeczywiście kilka tysięcy, to mogłoby to zająć nawet kilka miesięcy. Badania pojedynczych zwłok trwają zazwyczaj 2-3 tygodnie, w zależności od obłożenia jednostek.

Z jednej strony fragmenty ciał nie leżą we właściwych trumnach, z drugiej - wielomiesięczne oczekiwanie na pogrzeb. Oba warianty bolesne dla rodzin bliskich. Czy można było pańskim zdaniem znaleźć jakieś inne rozwiązanie?

Według mnie jedynym wyjściem byłaby organizacja pogrzebów tych osób, które udało się zidentyfikować. Po przeprowadzeniu badań genetycznych mniejszych szczątków mogłyby być one sukcesywnie dokładane do odpowiednich trumien.

Ekshumacja ciał pary prezydenckiej na Wawelu