Portal Misiewicza wywołał kpiny. Ale dezinformacja to poważne zagrożenie - i tak traktują ją Unia i NATO

Czechy mają 20-osoby zespół, UE - stronę działająca od 2015 roku. Państwa i instytucje biorą się do walki z rosyjską propagandą na poważnie. Tymczasem w Polsce władza na razie o problemie dezinformacji jedynie mówi - i wykorzystuje w grze politycznej.

Archaiczny wygląd, cel niezgodny z nazwą i (z początku) jeden autor. Portal dezinformacja.net, stworzony przez Bartłomieja Misiewicza, od razu stał się przedmiotem krytyki, a częściej - kpin. 

Problem w tym, że dezinformacja i inne metody wojny informacyjnej - obecnie głównie ze strony Rosji - są realnym i poważnym zagrożeniem.

- Rosjanie myślą, że są na wojnie informacyjnej - mówił na konferencji w Polsce Janis Sarts, dyrektor Centrum Eksperckiego Komunikacji Strategicznej NATO. Centrum zajmuje się m.in. przeciwdziałaniem propagandzie Rosji. Tłumaczył, że narzędziami rosyjskiej propagandy są nie tylko fałszywe informacje, ale też np. tzw. "mgła informacyjna". - Chodzi nie o to, by społeczeństwo uwierzyło w jakąś wersję, ale dezorientację - tłumaczył Sarts. 

Dlatego NATO - ale też np. Unia Europejska i Czechy - powołały specjalne zespoły, walczące z dezinformacją. Od początku roku przy czeskim MSW działa "Centrum terroryzmu i zagrożeń hybrydowych". Zatrudnia 20 specjalistów. 

Już w 2015 roku UE powołała specjalną służbę do walki z propagandą. Prowadzi ona stronę internetową (dostępną w j. angielskim i rosyjskim) oraz profil na Twitterze. Na co dzień zajmuje się obnażaniem kłamstw i manipulacji, które mogą być elementem rosyjskiej propagandy. 

Propagandzie Moskwy uważnie przygląda się też Finlandia. Władze udokumentowały kilkadziesiąt przypadków, w których negatywne informacje o kraju w rosyjskich mediach powstały w wyniku działań Kremla.

"Nie ma to nic wspólnego z demaskowaniem dezinformacji"

Tymczasem na portalu Misiewicza jak na razie można znaleźć tylko artykuły, będące polemiką z krytyką rządu, a nie walką z dezinformacją. Nie zapowiada się też, żeby miało się to zmienić.

We wstępie Misiewicz pisze, że "dezinformacja stała się ostatnią nadzieją dla tych, którzy nie mogą się pogodzić z werdyktem wyborców". Można z tego wnioskować, że wg rzecznika MON najbardziej powinniśmy się obawiać nie propagandy obcego mocarstwa, ale własnej opozycji. 

"Rzecznik MON (...) potyka się z przeciwnikami politycznymi. Nie ma to nic wspólnego z demaskowaniem dezinformacji" - pisał w "Rzeczpospolitej" Marek Kozubal.

Co prawda portal dezinformacja.net jest prywatną inicjatywą Bartłomieja Misiewicza. Jednak w oficjalnych komunikatach na stronie MON można znaleźć treści o podobnym charakterze. 

Rzecznik lub inni pracownicy oskarżają tam polskie media o "manipulacje" i "dezinformację" np. w sprawie kolizji samochodu Macierewicza czy zakupu limuzyn przez resort. Dodatkowo zarzuca się im np. "obronę aparatu sowieckiego rządzącego w przeszłości".

Takie komunikaty, wymierzone w konkretne media, sprawiają wrażenie bycia narzędziem walki politycznej, a nie przeciwdziałania propagandzie.

MON "walczy z propagandą", ignorując propagandowy portal

Misiewicz miał zajmować się dezinformacją w Gabinecie Politycznym MON. Poza lakonicznym komunikatem więcej informacji o tym resort nie podał. 

Próżno jednak szukać tam np. demaskowania tego, jak rosyjskie media zmanipulowały informację o liczbie amerykańskiego sprzętu w Polsce. W Gazeta.pl pisaliśmy o tym w połowie stycznia.

A jest z czym walczyć. Kłamstwa o wojskach NATO w Polsce to tylko jeden przypadek. W Polsce działa m.in. polskojęzyczna wersja portalu Sputnik, określanego jako "tuba propagandowa Kremla".

Tylko w artykułach z ostatnich dni można znaleźć tam tematy mogące przyczynić się do wrogości między Polską a Ukrainą (szczególnie o ukraińskich nacjonalistach), wymierzone w Unię ("Nerwowe podrygi w Europie"), dobre imię Polski ("Studniówka za seks? Takie rzeczy tylko w Polsce") czy też samego Misiewicza ("Co z tym Misiem?").

Na stronie MON nie ma żadnego sprostowania czy polemiki z artykułami "Sputnika".  

Ministrowie mówili o dezinformacji, ale czy coś z nią zrobili?

Jak na razie o walce z dezinformacją ministrowie jedynie mówią. Temat ten poruszali Macierewicz, Błaszczak i Waszczykowski na listopadowej konferencji. Szef MSZ mówił, że jego resort stał się ofiarą dezinformacji. Waszczykowski podkreślał, że jego zdaniem "w wojnie z dezinformacją główną rolę powinni odgrywać dziennikarze".

Antoni Macierewicz w kontekście dezinformacji mówił nawet o "zagrożeniu ładowi społecznemu i pokojowemu na świecie". Ministrowie ocenił, że propaganda jest dziś jednym z kluczowych zagrożeń.

Jednak od czasu, kiedy padły te słowa, władze nie informowały o jakiejkolwiek nowej inicjatywie, wymierzonej z dezinformację. W związku z tym wysłaliśmy do MON, MSZ i MSWiA pytania o to, jakie działania przeciwko dezinformacji podjęto od listopadowej konferencji i czekamy na odpowiedzi.