Ranny pies leżał na autostradzie pod Krakowem. Nikt mu nie pomógł, bo przepisy zabraniają

Pani Iwona opisała na Facebooku poruszającą sytuację, jaka przydarzyła jej się na autostradzie A4. Zobaczyła rannego psa, ale z powodu skomplikowanych przepisów, nie pozwolono jej, ani Towarzystwu Opieki nad Zwierzętami, pomóc zwierzęciu "Nienawidzę tego kraju" - pisze kobieta.

"Dzisiaj po raz kolejny straciłam wiarę w to Państwo" - pisze na Facebooku Iwona Florczyk, która w środę zauważyła na autostradzie leżącego psa. Jak pisze, jechała trasą A4 z Chrzanowa do Krakowa i na wysokości miejscowości Frywałd zobaczyła zwierzę na pasie rozdzielającym nitki autostrady.

"Ta ciemna kulka na lewo od żółtego samochodu to pies, któremu nie pomogliśmy" - pisze kobieta. Pies leżał, ale ruszał się. Pani Iwona zjechała na pas awaryjny i zawiadomiła Krakowskie Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami. Usłyszała, że nie mogą nic zrobić, bo autostrada jest prywatna, zarządza nią spółka Stalexport.

W końcu od Krakowa nadjeżdża samochód z pomarańczowymi kogutami, potem przybywa policja, ale za chwilę odjeżdża. "Nikt nie zabezpiecza psa. Jest mróz, pies jest prawdopodobnie ranny. Żadna ze służb nic nie robi" - pisze kobieta.

Znów zjawia się policja, ale tylko po to, by skontrolować panią Iwonę - ktoś doniósł, że stoi na autostradzie. Pytają, co tu robi, sprawdzają papiery, każą dmuchać w alkomat. Mówią, żeby odjechała. Ale samochód nie chce ruszyć, padł akumulator, czeka na pomoc drogową.

"Błagam policjantów..."

Czas płynie, temperatura jest niska, pies leży dalej bez żadnej pomocy. W końcu nadjeżdża samochód KTOZ. "Błagam policjantów, żeby zatrzymali ruch i pozwolili inspektorom zabrać psa" - pisze pani Iwona. Na to trzeba jednak zgody spółki. Telefon. Stalexport informuje, że ma umowę z firmą, która zajmuje się takimi sprawami. Nie chcą podać jej danych, ale podobno ktoś już jedzie.

Rzeczywiście po kwadransie zjawia się czerwony samochód z blaszaną paką. "Prawie wjeżdża w psa" - zauważa kobieta. Chcą sprzątnąć zwłoki. Ale pies żyje.

"Gość nie pozwala inspektorom na interwencję, ale nie może przy świadkach zabrać żywego psa, więc dzwonimy jeszcze raz do spółki, ale panienka w telefonie twierdzi, że na żywe zwierzęta nie ma procedury" - relacjonuje pani Iwona. Pojawia się kolejny patrol policji, każe inspektorom odjechać. Gdy wracają, psa już nie ma.

"Dusza roztrzaskała mi się na kawałki"

- Tylko specjalna jednostka jest upoważniona do interwencji. Inspektorzy KTOZ najprawdopodobniej nie byli przygotowani do podjęcia interwencji na autostradzie, nie mieli kamizelek odblaskowych - powiedział TVN Rafał Czechowski, rzecznik prasowy Stalexportu. Sebastian Gleń, rzecznik prasowy małopolskiej komendy policji potwierdza wersję wydarzeń KTOZ.

Specjalista, jak mówił TVN Czechowski, przetransportował ranne zwierzę do najbliższej kliniki weterynaryjnej w Zabierzowie. Z powodu rozległych obrażeń wewnętrznych (m.in. przetrąconego kręgosłupa) pies został uśpiony.

"Dusza roztrzaskała mi się na kawałki, ale nie odpuszczę. Pomóżcie nam walczyć. Niech ta historia dotrze do mediów, władz i kogo tylko się da. Przestańcie milczeć" - apeluje pani Iwona. I pisze, że poza nią zatrzymał się tylko jeden samochód. "Nienawidzę tego kraju" - kończy swój wpis.

A TERAZ ZOBACZ: Czy wiesz, jak uratować życie swojemu psu?

Więcej o: