Młody łoś umierał, oni rzucili się do reanimacji. "Pan Jacek udowodnił, że nadzieja umiera ostatnia"

Łoś złapany we wnyki próbował się uwolnić, ale metalowa linka tylko mocniej zaciskała się wokół jego szyi. Zwierzę trzeba było reanimować.

Ten młody łoś miał naprawdę dużo szczęścia. Gdyby nie pan Tadeusz, podleśniczy z Leśnictwa Ościsłowo na Mazowszu, jest niemal pewne, że zwierzę już by nie żyło. Łoś wpadł we wnyki, wokół jego szyi oplotła się stalowa linka. Do tych wydarzeń doszło w Boże Narodzenie, Nadleśnictwo Ciechanów opisało je po kilku dniach. "Łoszak robił bardzo dużo hałasu i dzięki temu nasz pracownik go usłyszał. Niestety jego gwałtowne ruchy powodowały też szybkie zaciskanie i plątanie się stalowej linki" - napisało na swoim profilu na Facebooku nadleśnictwo.

Pan Tadeusz wiedział, że trzeba działać szybko, by pomóc umęczonemu i cierpiącemu łosiowi. Zadzwonił do swojego kolegi i poprosił, by przyjechał mu pomóc. Pan Jacek, weterynarz i członek Wojskowego Koła Łowieckiego, przyjechał z synem i znajomym. Razem zaczęli uwalniać zaplątanego w metalową linkę łosia. 

"Nadzieja umiera ostatnia" 

Zwierzę było jednak wycieńczone szamotaniną. "Nie dawał znaków życia" - opisywało nadleśnictwo. Wtedy podjęto decyzję o reanimacji.

"Jak udowodnił pan Jacek, nadzieja umiera ostatnia. Po wielu minutach reanimacji łoś odzyskał oddech i po dłuższej chwili oddalił się" - napisano. 

A TERAZ ZOBACZ: Psy rozumieją nas lepiej niż nam się wydawało. Uważaj na słowa