Tomasz Zimoch: Przez 38 lat pracy w radiu czegoś takiego nie widziałem

Słynny dziennikarz opowiada nam o kulisach odejścia z radia i o tym, co zamierza teraz robić.

Tomasz Zimoch, ceniony komentator, został zawieszony po tym, jak skrytykował władzę. Odszedł z Polskiego Radia, a teraz, wspólnie z Anną Bogusz, napisał książkę pt. „Mówi Tomasz Zimoch. Panie... kończ pan ten mecz”. Jak wspomina kulisy odejścia z radia?

Angelika Swoboda: - Żałuje pan, że skrytykował władzę?

Tomasz Zimoch: - Nie, jak mógłbym żałować? Jestem poważnym facetem, powiedziałem szczerze, co myślę.

Ale wiedział pan, że po tym straci pracę?

- Nie.

Jak to?

- No nie. Jeżeli przyjmiemy taki tok myślenia, to rany Boga. To łapmy się za głowę! Mamy nie mówić szczerze tego, co myślimy? Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, w czasach wolności słowa, o którą wcześniej walczono? Wie pani, pewien bardzo znany dziennikarz zapytał mnie, dlaczego nie zrobiłem tego po igrzyskach.

No właśnie – dlaczego?

- Bo wtedy byłbym nie fair wobec siebie. Powiedziałem to w momencie, kiedy coś się przelało. Pani dobrze wie, że miałem już bilety lotnicze i zarezerwowane hotele na EURO.

I naprawdę nie był pan świadomy ryzyka? Że komuś się to, co pan powiedział nie spodoba?

- Wcześniej poszedłem do pani prezes i usłyszałem, że jestem ostatnią osobą w radiu, która byłaby zwolniona. Że mogę być spokojny. Padła obietnica spotkania, ale ostatecznie nie zostałem na nie zaproszony. A ja przecież nie należę do osób, które wystukują obcasami od gabinetem. Zresztą wszystko zaczęło się jeszcze przed tym 13 maja, o czym piszę w książce.

A kiedy?

- Wcześniej, gdy zasygnalizowałem pewnej osobie na kierowniczym stanowisku, by nie pozbywali się młodej, moim zdaniem bardzo obiecującej dziennikarki. Uważałem, że za kilka lat będzie prawdziwą perłą radiową. Pozbyto się jej, a jednocześnie przyjmuje się nowych ludzi. Dzisiaj ta dziewczyna pracuje w innej stacji radiowej i świetnie sobie radzi.

Czyli stracił pan pracę, bo stanął pan w obronie innej osoby.

- Ja stanąłem w obronie radia. Uważam, że Polskie Radio ma taki kapitał, jest tak fantastyczne, że po prostu szkoda. Z bólem serca przyznam, że bardzo rzadko go teraz słucham. Chwilami to nie jest to radio, jakie powinno być. Zresztą wyniki słuchalności są zatrważające. Nie można robić radia tylko na polecenie, że trzeba coś zrobić, bo tak ma być. Słuchacza się nie oszuka.

Myśli pan, że da się publiczną telewizję i radio oddzielić od polityki?

- Uważam, że trzeba to zrobić. Trzeba oddać radio radiowcom, nie politykom. Im szybciej politycy to zrozumieją, będzie lepiej dla nich, a przede wszystkim dla radia.

Powiem krótko – przepracowałem w Polskim Radiu, łącznie ze współpracą, 38 lat. Tego, co widziałem teraz, wcześniej nie było. Ale nie chciałbym mówić więcej ze względu na czekający mnie być może proces.

Czuje się pan skrzywdzony?

- Uważam, że szykany, jakich się wobec mnie dopuszczono, były nieproporcjonalne do tego, co powiedziałem. Najpierw zarząd sam mnie zawiesza, bo stwierdza, że naruszyłem etykę, a potem kieruje sprawę do komisji etyki. Jak ma się czuć komisja etyki?

Choć, wie pani, bardziej krzywdzą mnie opinie, że sobie wcześniej coś załatwiłem. Mówił to w imieniu zarządu rzecznik Polskiego Radia. To jest po prostu haniebne. Jeszcze raz powtarzam, że nie miałem nic załatwionego. Gdybym kalkulował, to pojechałbym na EURO.

Czuje pan żal? Tak zwyczajnie, po ludzku?

- Tak mi się wydaje, ale muszę się od tych emocji odciąć. Nie mogę ciągle o tym myśleć. Mam rodzinę, swoje życie. Choć jeszcze nie wiem, co będę robił.

Serio?

- Serio. Być może będę chciał trochę odetchnąć od zawodu.

Nie usłyszymy już pana w radiu?

- Jakieś pomysły mam, może będę pracował w innej formie? Wie pani, nowe media tak się prężnie rozwijają...

Youtube?

- Możliwe, wiele osób mnie do tego zachęca. Zresztą ja sam jestem na nowe media najarany, od lat mnie kręciły.

Proszę na koniec po swojemu skomentować zmiany w pana życiu zawodowym.

- Można powiedzieć: tsunami, piękna przewrotka piłkarza, zaskoczenie, niespodzianka... Ale ja nie lubię sztampy, więc niesztampowo porównałbym to do skoku Adama Małysza. Siedzę na belce, jest koncentracja, myślenie, rozbieg. Wybijam się z progu i lecę. Nie wiadomo, dokąd dolecę, czy w ogóle wyląduję.

Porównanie do Małysza sugeruje, że na końcu czeka na pana puchar...

- Nie, miałem na myśli sam skok i dużą niepewność, jaką ta dyscyplina sportu niesie. O pucharze to już pani powiedziała. Ja nawet sam siebie nie lubię słuchać.

WIDEO: "Panie Turek! Kończ Pan ten mecz!" to nie wszystko. Za to kochamy Tomasza Zimocha