Polka miała właśnie iść na promenadę w Nicei, gdy dostała smsa. 'Nie chcę nawet myśleć, co się mogło stać'

Marta Hopfer z Warszawy i Francuz Jean-Nicolas Gilles, jej narzeczony, cudem nie znaleźli się w centrum zamachu terrorystycznego w Nicei. W ostatniej chwili zrezygnowali ze spaceru promenadą, bo krewny przyjechał po nich wcześniej, niż miał.

- To jest w ogóle przedziwna, irracjonalna historia. Boję się myśleć co by było, gdybyśmy poszli obejrzeć pokaz sztucznych ogni tak, jak planowaliśmy. Aż mam ciarki na plecach – opowiada Marta.

Miało ich tam nie być

Żeby było bardziej niesamowicie, Marta i jej narzeczony właściwie w ogóle nie zamierzali lecieć do Nicei. Od końca kwietnia para jest w rowerowej podróży po Europie. Właśnie byli w Sztokholmie, gdy Jean-Nicolas zaczął nalegać, by jednak zmodyfikowali trasę i polecieli na 70. urodziny jego ojca. – Długo się zastanawialiśmy, bo taki lot to poważne nadszarpnięcie budżetu całej naszej wyprawy. Ale w końcu znaleźliśmy niedrogie połączenie właśnie do Nicei i kupiliśmy bilety – mówi Marta.

Krewny napisał wcześniej

W czwartek po godz. 20 wylądowali w Nicei. Poszli na spacer, usiedli w kawiarence i ustalali szczegóły spotkania z krewnym Jeana-Nicolasa, który mieszka na obrzeżach miasta i zgodził się ich przenocować. Obiecał ich odebrać po godz. 23. – Bardzo chciałam obejrzeć Niceę, w której wcześniej nie byłam. Planowaliśmy też pójść na promenadę, by zobaczyć pokaz sztucznych ogni. Ale o 22 krewny wysłał nam smsa, że udało mu się przyjechać wcześniej i że za chwilę może nas odebrać – relacjonuje Marta.

Francuzi są przerażeni

Kiedy dotarli do domu krewnego i kładli się spać, w całej kamienicy rozdzwoniły się telefony. – Dziwiłam się, czemu tak późno nagle tyle osób ze sobą rozmawia. O piątej rano zadzwoniła do mnie przerażona mama – mówi Marta.

Marta oznaczyła się na Facebooku jako bezpieczna, bo pisali do niej zaniepokojeni znajomi. Jak opowiada, w Nicei panuje najwyższy stopień alertu terrorystycznego. Wszystko jest pozamykane, odwołano dzisiejsze koncerty i pokazy fajerwerków. – Francuzi są zszokowani i przerażeni tym, co się stało. Wszyscy bez przerwy do siebie dzwonią. Ciotka Jeana-Nicolasa płakała – opowiada Marta.

Ciężarna kobieta się uratowała

Dalszy ciąg wyprawy pary stoi na razie pod znakiem zapytania. Dziś mieli wyjechać z Nicei do Orange, rodzinnej miejscowości Jeana-Nicolasa z kierowcą z Blablacar. Okazało się jednak, że mężczyzna uratował się z zamachu razem z ciężarną córką. – Dziewczyna jest w szoku, nie wiadomo, czy pojadą. Cały czas jesteśmy z nim kontakcie – dodaje Marta.

Póki co para planuje za tydzień powrót do Sztokholmu, a stamtąd do Norwegii. Zależnie od finansów, jesienią zdecydują, co dalej. Nie wiadomo jeszcze, czy zostaną w Skandynawii na dłużej, czy wrócą do Polski.

Więcej o: