Po 6 latach odnalazł samochód zabrany przez powódź. Teraz musi zapłacić 12 tys. zł za... parkowanie

W 2010 roku pan Jerzy stracił auto w wyniku powodzi, która nawiedziła Bogatynię. Samochód odnalazł się po latach. Powód do radości? Niekoniecznie.

Gdy sześć lat temu wylała rzeka Miedzianka, Jerzy Wiśniewski, wiceprzewodniczący Rady Miejskiej w Bogatyni, pomagał przewozić osoby z zalanych terenów. Gdy jego biały volksvagen nie nadawał się już do jazdy, zostawił go na wzniesieniu.

- Po godzinie woda go dosięgła, obróciła i popłynął w dół - powiedział stacji TVN. Wtedy widział swój samochód po raz ostatni.

Niemiłe zaskoczenie

Jakież musiało być jego zdziwienie, gdy w 2016 roku otrzymał wiadomość, że jego pojazd się odnalazł. Ale otrzymał coś jeszcze - rachunek opiewający na kwotę 12 tys. złotych za... postój na strzeżonym parkingu. 

- Byłem wręcz przekonany, że to właśnie złomiarze wzięli go rozszabrowali, pocięli. Tym bardziej, że żaden organ, ani policja, ani gmina, w żaden sposób nie informowali mnie, że samochód został znaleziony i odholowany na parking policyjny - powiedział Radiu Wrocław.

Kosztowna pomyłka urzędników

Okazało się, że samochód pana Jerzego został zabrany podczas usuwania skutków powodzi. Pojazd nie trafił do właściciela, ponieważ spisano błędnie numer identyfikacyjny auta.

Biały volkswagen był przewożony z parkingu na parking, a w końcu trafił do autokasacji. Dopiero po sześciu latach urzędnicy znaleźli właściciela. I wystawili mu wysoki rachunek.

"Nie zrobiłam nic wbrew przepisom"

Jerzy Wiśniewski jest zdania, że nie powinien płacić za czyjeś pomyłki. Zapowiada, że nie zapłaci, chyba że będzie do tego zmuszony. Podkreśla, że rachunek jest dużo wyższy od wartości auta - mężczyzna kupił samochód za 500 zł.

Mieszkaniec Bogatyni zgłosił już swoją sprawę do Samorządowego Kolegium Odwoławczego. Urzędnicy podkreślają natomiast, że działają zgodnie z prawem.

- Musimy przeprowadzić całe postępowanie administracyjne. Nie możemy zwolnić właściciela z kosztów. Nie zrobiłam nic wbrew przepisom, bo cała procedura musiała być przeprowadzona tak, jak nakazuje ustawa - powiedziała Radiu Wrocław Agnieszka Garbowska ze starostwa w Zgorzelcu.

 

 

Więcej o: