37-letnia Emilia nie żyje. "Przechwalał się, że może zabić człowieka jednym ciosem"

Ciało 37-letniej Polki było zakopane niedaleko miejsca, w którym pracowała. W czwartek wieczorem znalazła je holenderska policja.

- Domyślałem się, że kobieta prawdopodobnie nie żyje. Za długo jestem w tym fachu, żeby nie zauważyć, że jej mąż zachowuje się bardzo podejrzanie - mówi nam Arkadiusz Andała, szef Andała Patrol Biuro Detektywistyczne. Do Andały zgłosiły się siostry Emilii. Równocześnie pracodawca Polki zgłosił zaginięcie, gdy 26 maja nie przyszła do pracy.

Agresywny, chorobliwie zazdrosny

Emilia pracowała w małej holenderskiej miejscowości przy zbiorze i sortowaniu owoców. Wyjechała tam z rodzinnego Chełma, by zarabiać na życie. Na emigracji poznała Tomasza. Pochodził z Jeleniej Góry. Zanim przyjechał do Holandii, pracował przez jakiś czas w Belgii. Rok temu wzięli ślub i rozpoczęli wspólne życie.

- Tomasz nie miał kolegów. Po pracy sporo pił i bez powodu stawał się agresywny. Przechwalał się, że trenuje MMA, że potrafi zabić człowieka jednym ciosem – opowiada Andała.

W małżeństwie szybko zaczęło się psuć. Tomasz był o Emilię chorobliwie zazdrosny, mimo że ta nie dawała mu do tego  żadnych powodów. Kontrolował jej telefon komórkowy, zabraniał wychodzić z domu. – Między małżonkami dochodziło do bójek, oczywiście wszczynał je Tomasz. Emilia chodziła po nich smutna, a czasem nawet wyprowadzała się z ich wspólnego kampingu do domku w innej części miasta, który, tak jak inni pracownicy, wynajmowała od pracodawcy – relacjonuje detektyw.

Pytał o jej kartę kredytową

Gdy rodzina zaczęła szukać Emilii, jej mąż nie wydawał się przygnębiony. Co prawda sporo jeździł po okolicy samochodem, ale zdaniem Andały raczej markował poszukiwania. Świadkowie mówili potem, że sporo pił, a wieczorem, w dniu zaginięcia zadzwonił do koleżanki żony. – Zapytał ją, czy nie wie, gdzie Emilia ma kartę kredytową. Dopiero później zadzwonił jeszcze raz i powiedział, że Emilii szukają – opowiada Andała.

Dwa dni później Tomasz najadł się tabletek, zatruł się nimi i trafił do szpitala. Stamtąd, kiedy tylko poczuł się lepiej, zabrała go policja. Najpierw 35-letni mężczyzna twierdził, że feralnego dnia, po pracy pojechali z żoną na zakupy. Tam rzekomo ona się oddaliła i stracił ją z oczu. Wersja nie przekonała policjantów. Wreszcie mężczyzna przestał kluczyć. Na kolejnym przesłuchaniu przyznał się, że zakopał żonę niedaleko sadu, w którym pracowali. Wczoraj wieczorem, po paru godzinach poszukiwań, holenderska policja znalazła ciało. Nie ma wątpliwości, że to zwłoki Emilii.

Chciała odejść od męża

Z kolei Andała znalazł niedaleko kampingu Tomasza worek z jego ubraniami i bielizną. Świadkowie twierdzą, że po zaginięciu żony mężczyzna gorączkowo robił pranie, pieczołowicie je rozwieszał, a potem chował. – Przekazaliśmy worek miejscowej policji, tak by zabezpieczono wszystkie ślady, które pomogą w ustaleniu przebiegu zdarzenia – relacjonuje detektyw.

Jego zdaniem przebieg wydarzeń był inni, niż podaje to Tomasz. Feralnego dnia po pracy Emilia przyjechała na kemping męża. I już z niego nie wyszła. 10 czerwca planowała podróż do Polski i prawdopodobnie mu to zapowiedziała. Zamierzała jechać bez niego. – Prawdopodobnie chciała go zostawić i powiedziała mu o tym – przypuszcza Andała.

Rodzina planuje zabrać ciało Emilii do Polski i pochować ją w kraju. Tomasz został zatrzymany pod zarzutem zabójstwa. Nie przyznaje się do winy. Gdy policja zakończy śledztwo, proces będzie się toczył w Holandii.

Więcej o: