Po co Niemcom to było? Rozgrywka z ludźmi, którzy nie chcą i nie potrafią otworzyć oczu

Po miesiącach upartego oporu Niemcy się złamali i zgodzili na dostawy czołgów Leopard 2 do Ukrainy. Taki efekt był spodziewany, ale pomimo tego Berlin długo szedł w zaparte za cenę swojego wizerunku i relacji z większością sojuszników. Po co?

- Wszystko to było potrzebne kanclerzowi Olafowi Scholzowi na potrzeby wewnętrzne - mówi Gazeta.pl Justyna Gotkowska, analityczka i wicedyrektora Ośrodka Studiów Wschodnich. Jej zdaniem ostateczna decyzja o dostawach Leopardów 2 jest spowodowana głównie jeszcze nie ogłoszoną, ale wyraźnie sygnalizowaną decyzją USA o przekazaniu czołgów M1 Abrams. - Jeśli chodzi o Niemców, to duży postęp i dalsze rozszerzenia ich wsparcia militarnego dla Ukrainy - mówi Gotkowska.

Zobacz wideo

Bo Rosja nie może być tak niedobra

Pod pojęciem potrzeb wewnętrznych, analityczka nie ma na myśli zwykłych obywateli Niemiec. - Ze społeczeństwem Scholz raczej nie będzie miał problemu. Moim zdaniem jego nastroje można kształtować - stwierdza Gotkowska. Ostatnie sondaże niemieckiej opinii publicznej pokazują podział mniej więcej pół na pół, jeśli chodzi o zwolenników i przeciwników dostaw ciężkiego sprzętu do Ukrainy. - Tylko to po miesiącach narracji rządowej, że takie dostawy to niechybna groźna eskalacja. Kiedy się słyszy, że dostarczenie Ukrainie czołgów może oznaczać nuklearną III wojnę światową, to wiele osób może się zawahać. Teraz to się zmieni - tłumaczy analityczka.

Co tak naprawdę się liczyło dla Scholza, który miał ostateczne słowo w sprawie dostaw czołgów? Własna partia i utrzymanie rządu w całości. - Robił to wszystko głównie dla lewicowego skrzydła swojej partii, które nadal jest przeciwne dostawom ciężkiego sprzętu do Ukrainy - mówi Gotkowska. Jego partia to SPD, socjaldemokraci, niemiecka centrolewica, która od końca 2021 roku przewodzi koalicji rządzącej z Zielonymi i liberałami, czyli FDP.

- Lewicowa frakcja w SPD to w istotnej części tak zwane "pokolenie '68", wychowane w duchu ruchów pacyfistycznych i polityki wschodniej Williego Brandta - tłumaczy analityczka. Brandt był kanclerzem z SPD, rządzącym RFN w latach 1969-74 i przewodzącym swojej partii od 1964 do 1987 roku. Jego rządy przypadły na okres odprężenia w zimnej wojnie, co przełożyło się na możliwość forsowania przez niego nowej polityki wschodniej, czyli normalizacji relacji z ZSRR i jego państwami satelickimi. Przejścia od ostrej ideologicznej rywalizacji do pragmatycznej kooperacji.

Ukraińskie stanowisko dowodzenia w rejonie BachmutuWojna będzie trwała jeszcze długo. Finał odległy o miesiące

- Ludziom ukształtowanym w tym duchu, mimo rosyjskiej inwazji na Ukrainę, trudno jest przyjąć do wiadomości to, jaka Rosja naprawdę jest. Nie chcą zmienić swojej postawy, nie potrafią pogodzić się z rzeczywistością, w której Moskwa dąży do konfrontacji z Zachodem, a nie jest partnerem do rozmów - opisuje Gotkowska. - Wystarczy posłuchać wypowiedzi przedstawicieli frakcji SPD w Bundestagu. Na przykład Rolfa Muetzenicha czy Ralfa Stegnera. Oni w zasadzie nie chcą dostaw ciężkiej broni do Ukrainy, bo ich zdaniem to tylko przedłuży wojnę i lepiej siąść do rozmów, aby ten konflikt zakończyć - dodaje.

Choć z naszej polskiej perspektywy trudno zrozumieć, jak można nie zmienić zasadniczo nastawienia wobec Rosji po ostatnim roku, to jak mówi Gotkowska, wielu polityków SPD jest do tego niezdolnych. W jej ocenie to efekt połączenia wspomnianej wcześniej osobistych doświadczeń i przekonań, wraz z historią Niemiec i niemieckich zbrodni w ZSRR podczas II wojny światowej, oraz z czymś, co jest nazywane "strachem przed Rosją". - W pewnym stopniu to także efekt wpływu części środowisk biznesowych - mówi analityczka. Jej zdaniem to też po części efekt wieloletnich inwestycji Rosji w określone niemieckie środowiska polityczne i biznesowe. Teraz Moskwa zbiera dywidendę.

Nie pomaga to, że Niemcy były jednym z głównych twórców porozumień mińskich z lat 2014-15, które zamroziły pierwszą fazę rosyjskiej agresji na Ukrainę. Nie rozwiązały jednak problemu, przez co mamy, to co mamy. Wojnę na dużą skale. - Jeden z najbliższych doradców Scholza ds. polityki zagranicznej to człowiek, który w trakcie rządów Angeli Merkel był jednym z architektów tychże porozumień mińskich - zwraca uwagę Gotkowska.

Scholz nie ma takiej siły w swojej partii, aby to jej lewicowe skrzydło ignorować. - On tak naprawdę nie jest liderem SPD. Został kanclerzem, ponieważ był wybieralny jako przedstawiciel partyjnego środka - mówi Gotkowska. - Myślę, że Scholz również stara się uniknąć losu Helmuta Schmidta, kanclerza z SPD w latach 1974-82 - dodaje analityczka. W okresie silnych napięć z ZSRR, po okresie odprężenia w latach 70., Schmidt zgodził się na rozmieszczenie w RFN amerykańskich rakiet z głowicami jądrowymi Pershing II. - W efekcie zbuntowała mu się część koalicji w Bundestagu i upadł rząd - opisuje Gotkowska.

Sojusznicze łamanie Niemców

Nie mając dość silnej pozycji, aby działać zdecydowanie, Scholz działał w swój tradycyjny sposób. Kluczył, zwlekał i czekał. Pomysł przekazania Ukrainie niemieckich czołgów nie jest przecież niczym nowym, co by się zrodziło w ostatnich tygodniach. Ukraińcy zaczęli otwarcie o nie prosić w pierwszych tygodniach wojny. Niemiecki przemysł dość otwarcie sugerował, że ma pewne możliwości w tym zakresie. Jednak Berlin ciągle mówił, że się nie da, nie można i nie ma jak. Mógł tak robić długo, bo długo nie było też powszechnej woli w NATO dostarczania zachodniego ciężkiego sprzętu. Preferowano dostarczanie Ukraińcom tego o korzeniach radzieckich.

Na przełomie roku 2022 i 2023 na poziomie NATO najwyraźniej zdecydowano o zmianie tego stanowiska, wraz z nastaniem zrozumienia, że Rosja nie ma zamiaru się cofnąć, wojna może trwać długo i sprzęt o korzeniach radzieckich może Ukrainie nie wystarczyć. Berlin został głównym hamulcowym tej przemiany stanowiska NATO i zaczęła się skoordynowana presja sojuszników. - To, co pomimo wszystko przełamało ten opór Scholza, to właśnie ona: skoordynowana presja zewnętrzna. Głównie decyzja USA o dostarczeniu swoich czołgów M1 Abrams, o której oficjalnie mamy usłyszeć niebawem - mówi Gotkowska.

Czołgi wymagają rozbudowanego zaplecza technicznego. Tutaj zdejmowanie pokrywy silnika niemieckiego Leopard 2 przez specjalny wóz wsparciaNATO przyciska Niemcy w sprawie czołgów dla Ukrainy

Scholtz długo deklarował, że ogólnie przekazywanie zachodnich czołgów to niebezpieczna eskalacja. Kiedy kolejne kraje zaczęły deklarować gotowość do takiego ruchu, kanclerz przeszedł na stanowisko, że Niemcy nie dostarczą Leopardów 2, jeśli tego samego nie zrobią Amerykanie ze swoimi M1 Abrams. Kiedy w Waszyngtonie zdecydowano się to zrobić, pozostało niewielkie pole manewru.

- Oficjalna narracja Berlina będzie teraz taka, że trzeba było podjąć taką decyzję, aby nie samoizolować się wśród państw Zachodu. Co więcej, już można usłyszeć, że w ogóle to zasługa Scholza, że swoimi manewrami skłonił USA do przekazania Ukrainie czołgów M1. Co oczywiście jest absurdalne, biorąc pod uwagę opisane wcześniej realia, w jakich kształtowała się decyzja Niemiec - stwierdza Gotkowska.

Niemiecki rząd zadeklarował, że na wstępie przekaże Ukrainie 14 czołgów Leopard 2A6. Celem ma być szybkie skompletowanie wyposażenia dla dwóch ukraińskich batalionów czołgów, czyli pozbieranie od różnych europejskich państw nieco ponad stu maszyn. Niemcy mają też zapewnić wsparcie logistyczne i szkolenie. Można się spodziewać, że będzie to zalążek stopniowego przezbrojenia części ukraińskich ciężkich brygad pancernych i zmechanizowanych na sprzęt zachodni wraz z wyczerpywaniem się tego wschodniego. Czas wejścia pierwszych Leopardów 2 do walki można szacować na najwcześniej wiosnę. Mogło to być wcześniej, co by oznaczało uratowanie życia i zdrowia ukraińskich żołnierzy, ale jak to zazwyczaj bywa, na drodze stanęła polityka.

Więcej o: