Kupujemy Abramsy za miliardy, ale nie one robią wrażenie. W tle wreszcie nadrabiamy kardynalne zaniedbanie

116 czołgów M1 Abrams dla Polski za 3,75 miliarda dolarów. Robi wrażenie i od wczoraj informują o tym wszyscy. Można jednak zaryzykować stwierdzenie, że jeszcze ważniejsze i najpewniej droższe jest to, co kupujemy razem z czołgami.

Chodzi o dziesiątki tysięcy sztuk najnowocześniejszej amunicji do nich. Pociski kryją się pod takimi oznaczeniami jak M829A4 czy M1147. Ten pierwszy to obecnie jeden z kilku najlepszych, jeśli nie najlepszy na świecie pocisk przeciwpancerny do armat czołgowych kalibru 120 mm. Ten drugi to prawdopodobnie najlepszy pocisk wielozadaniowy do zachodnich czołgów. Do tego chcemy też kupić mnóstwo amunicji starszych wersji i szkolnej.

Razem daje to zawrotną liczbę 304 tysięcy pocisków do armat czołgowych kalibru 120 mm. I to nie jakichś staroci z dna amerykańskich magazynów, ale w znacznej mierze to, co najlepszego może zaoferować zachodni przemysł zbrojeniowy. Ta amunicja najpewniej stanowi większą część wartości kontraktu, maksymalnie wycenionego na 3,75 miliarda dolarów. Jest też uzupełnieniem umowy z wiosny na zakup nowszych czołgów M1A2, z którymi zamówiono tylko amunicję tańszą i o kiepskich osiągach.

Wielki deficyt do zapełnienia

Nie może więc dziwić wręcz entuzjazm, z jakim wiadomość o tym, co kryje się w tle zakupu M1A1, przyjęła część dziennikarzy branżowych. Podsumowują to choćby dwa wątki na Twitterze autorstwa Jarosława Wolskiego.

Entuzjazm tym większy, że amunicja jest piętą achillesową polskich wojsk pancernych. Problem był opisywany od lat, ale nic z tym nie robiono. Do armat kalibru 125 mm zamontowanych w czołgach T-72/PT-91 o radzieckim rodowodzie właściwie nie było i nie ma nowoczesnej amunicji. Polscy czołgiści musieliby walczyć głównie przeterminowanym szrotem z lat 70. i 80. Ci służący na niemieckich Leopardach 2 ze standardowym zachodnim kalibrem armat 120 mm mieli lepiej, bo wraz z czołgami przejęto od Niemców pewien zapas przyzwoitej amunicji, potem dodatkowo kupowano trochę pocisków polskiej produkcji, a finalnie dokupiono też znaczne ilości dobrej niemieckiej. Problem był jednak taki, że to te T-72/PT-91 stanowiły 3/4 czołgów Wojska Polskiego. Teraz już nie stanowią, bo wszystkie T-72 pojechały na Ukrainę. PT-91 mogą podążyć ich śladem, choć oficjalnie na ten temat cisza.

Dlatego MON w trybie przyśpieszonym, a wręcz na gwałt, kupuje czołgi M1 Abrams w USA i K2 w Korei Południowej. Transakcja wywołująca obecne emocje dotyczy nabycia 116 używanych amerykańskich maszyn w starszej wersji M1A1 SA, które wojsko USA trzyma w zapasie. Ich podstawową zaletą jest to, że mogą zostać dostarczone względnie szybko, pierwsze być może nawet w 2023 roku. Do tego reprezentują zupełnie przyzwoitą jakość, choć nie najwyższą. Maszyny na pewno odegrają ważną rolę w przezbrajaniu albo budowaniu od podstaw batalionów czołgów w 18. Dywizji Zmechanizowanej, w oparciu o technikę amerykańską. Przygotują grunt pod późniejsze dostawy też już zamówionych 250 najnowocześniejszych M1A2 SEP v3.

Choć to czołgi przyciągają najwięcej uwagi, wspomniany ogromny zapas amunicji do nich prawdopodobnie będzie wart więcej niż 116 M1A1. Samej umowy jednak jeszcze nie ma. To, co wywołało obecnie dyskusję o czołgach i amunicji, to notyfikacja DSCA, czyli agencji Departamentu Obrony USA nadzorującej między innymi eksport uzbrojenia. Zgodnie z procedurami w notyfikacji opisano maksymalny zakres potencjalnej transakcji z Polską. Czyli listę broni, o której zakup zawnioskowali Polacy i na jakiej sprzedaż wstępnie zgodził się Departament Stanu. Teraz do tej informacji mogą wnieść swoje zastrzeżenia członkowie Kongresu (czego zazwyczaj nie robią) i musi nastąpić ostateczne wynegocjowanie zakresu umowy z Polską. Dlatego podane w notyfikacji liczby pocisków i wartość całej transakcji należy traktować jako dane wstępne, które zazwyczaj ulegają zmianie w dół.

Niezależnie od tego, skala rozważanego zakupu amunicji jest ogromna i wskazuje na wieloletnie zamówienie. Nawet Amerykanie nie mają na składach 300 tysięcy pocisków, które mogą nam od ręki sprzedać i dostarczyć. To będzie długi proces, którego celem najwyraźniej jest zapewnienie dużego zapasu dobrej amunicji do kupowanych równolegle M1 Abrams. Być może również do koreańskich K2, które też mają armatę kalibru 120 mm, ale nie taką samą, więc przed strzelaniem z niej amunicją amerykańską czy niemiecką konieczne będą testy i certyfikacja. Nie jest to jednak niemożliwe. Choć jednocześnie jest mowa o zamiarze zakupu z Korei Południowej licencji na tamtejszą amunicję czołgową i rozpoczęcie jej produkcji w Polsce.

Czołg K2 w momencie wystrzałuMON staje się kolekcjonerem czołgów, ale jest w tym pomysł

Ogromne potrzeby wojny

Wielkie zakupy amunicji cieszą, tym bardziej że ostatnie miesiące były momentem prawdziwego przebudzenia w jej kwestii. Wojna w Ukrainie dobitnie unaoczniła, jak ogromne jej ilości są zużywane podczas długotrwałego intensywnego konfliktu. Nieporównywalnie większe do tych, które były zużywane w asymetrycznych wojnach z udziałem wojsk NATO w Afganistanie i Iraku. W okresach intensywnych walk mowa o pociągach amunicji najróżniejszego kalibru wystrzeliwanych codziennie przez obie strony. Dokładne dane nie są podawane publicznie, ale regularnie pojawiają się informacje o zużywaniu przez samą ukraińską artylerię 4-7 tysięcy pocisków dziennie. Do tego trzeba dodać kolejne setki albo tysiące pocisków czołgowych, nie wspominając o zużywanych w jeszcze większych ilościach granatach różnej maści i amunicji małokalibrowej.

Trudno zgromadzić zapasy na długotrwałą walkę tego rodzaju. Ukrainę i Rosję w pewnym stopniu ratuje spuścizna po ZSRR, czyli miliony ton amunicji wszelkiego rodzaju naprodukowanej na III wojnę światową. Nie są one jednak nieprzebrane i po obu stronach się kończą lub w niektórych kategoriach już miesiące temu się skończyły. Amunicja do armat czołgowych 125 mm stała się poszukiwanym dobrem na całym świecie. Stara amunicja artyleryjska w radzieckich kalibrach 122 mm i 152 mm tak samo. Dlatego tak wielkie znaczenie miało przekazanie Ukrainie kilkuset dział w zachodnim kalibrze 155 mm, do których NATO może długo dostarczać amunicję ze swoich zapasów. Jednak te też nie są nieprzebrane.

Na przykład Polska, wprowadzając do służby armatohaubice Krab, jako pierwsze w naszym wojsku z lufami kalibru 155 mm, zamawiała do nich amunicję w ilościach symbolicznych. Do dzisiaj podpisano kontrakty na około 30 tysięcy pocisków. Przy na razie zakładanej liczbie około 150 Krabów i intensywnej walce w stylu ukraińskim to zapas na tydzień. Główny producent tej amunicji w Polsce, zakłady Dezamet, dostarcza ich wojsku rocznie po kilka tysięcy. Czyli szacunkowe dzienne zużycie produkowane w rok. Zwiększenie skali produkcji to nie jest kwestia rozpoczęcia pracy na trzy zmiany. Nie ma maszyn, nie ma surowców, bo od lat zamówienia były na skromnej stopie pokojowej. Zmiana tego stanu rzeczy wymaga długotrwałych i kosztownych inwestycji.

Na przykład Amerykanie wdrażają aktualnie plan potrojenia produkcji amunicji kalibru 155 mm. Aktualnie jest to 14 tysięcy pocisków miesięcznie. Za półtora roku ma być 40 tysięcy. Tyle zajmie rozbudowa i tak względnie silnego potencjału przemysłowego. Koszt jest szacowany na 600 milionów dolarów. W projekcie budżetu Pentagonu na rok 2023 jest zapis o rozpoczęciu wieloletniego zakupu ponad 800 tysięcy sztuk amunicji 155 mm. Podobne ruchy, choć na inną skalę, wykonują też Brytyjczycy, Francuzi i Niemcy. Ogólnie rzecz biorąc, NATO się przebudza, bo wojna w Ukrainie unaoczniła decydentom, jak krucho jest z zachodnim przemysłem zbrojeniowym, który od końca zimnej wojny bardzo się skurczył. Owszem tworzy sprzęt nowoczesny, ale w aptekarskich ilościach, kiedy weźmie się pod uwagę nienasycony apetyt takiej wojny jak ta w Ukrainie. Potrzeba skali i jeszcze raz skali. Zwłaszcza w kwestii amunicji wszelkiego rodzaju.

Z tego powodu aktualne wielkie polskie zakupy czołgów, armatohaubic czy niebawem też bojowych wozów piechoty, to tylko jedna strona medalu. Potrzeba jeszcze adekwatnie wielkich zakupów amunicji. I ten przy okazji transakcji na czołgi M1A1 może być zwiastunem dobrych decyzji MON. Oby po negocjacjach zmaterializował się w formie podpisanej umowy, a za nim poszły kolejne i nie zabrakło na to wszystko pieniędzy.

Zobacz wideo
Więcej o: