Zrzucanie gradu ognia nie jest zakazane. Udowodnić Rosjanom zbrodnie byłoby ciężko

Na nagraniach i zdjęciach może wyglądać efektownie. W praktyce broń zapalająca jest jednak przerażająca i może zadawać koszmarne rany. Rosjanie używają jej regularnie, a Ukraińcy nazywają to stosowaniem "zakazanej" broni, albo "zbrodnią". W świetle prawa jednak rosyjskie wojsko najpewniej uniknie kary za stosowanie tego typu broni.

- Broń zapalająca nie jest zakazana. Zakazane jest jej użycie w określonych okolicznościach, ale w praktyce trudno udowodnić złamanie prawa - mówi Gazeta.pl kmdr por. rez. Wiesław Goździewicz, prawnik specjalizujący się w prawie konfliktów zbrojnych i prawnych aspektach operacji wojskowych.

Rosjanie stosują broń zapalającą od początku wojny, regularnie ostrzeliwując nią umocnione pozycje Ukraińców. Zdjęcia i nagrania takich ataków wielokrotnie trafiały do mediów, ponieważ są spektakularne. Głównie te przeprowadzone w nocy, kiedy wyraźnie widać opadający z nieba deszcz jaskrawo jasnych punktów. Dla tych, którzy są w tym czasie na ziemi, nie ma w tym nic malowniczego. Każdy jasny punkt jest fragmentem termitu płonącego z temperaturą 1,5 tysiąca stopni C, który z łatwością przepali się nawet przez metal. Do tego bardzo trudnego do ugaszenia. Opadnięcie czegoś takiego na człowieka oznacza ciężkie poparzenia, głęboką wypaloną ranę i ogromne cierpienie. Pomimo tego nie jest to broń z zasady zakazana.

Zakazy są bardzo ograniczone

- Trzeba przy tym rozróżnić aspekty moralne i etyczne oraz realia prawne. Jeśli chodzi o te pierwsze, to broń zapalająca w sposób oczywisty budzi wątpliwości natury humanitarnej, jako potencjalnie powodująca nadmierne obrażenia i zbędne cierpienie - tłumaczy kmdr por. Goździewicz. Budzi to wiele dyskusji w mediach, wśród organizacji humanitarnych i naukowców. Nie przekłada się to jednak na prawo międzynarodowe, które w rzeczywistości decyduje o tym, co jest zbrodnią, albo co jest zakazane. - Żadne z państw będących stronami Konwencji o zakazie stosowania niektórych broni konwencjonalnych  (w skrócie: Certain Conventional Weapons - CWC) nie wykonało ruchu, aby zakazać broni zapalającej, choć podjęto na przykład próby powszechnego zakazania min przeciwpiechotnych czy broni kasetowej - tłumaczy specjalista. Próby, ponieważ nie wszystkie państwa przystąpiły do dodatkowych traktatów ich zakazujących. Na przykład ani Rosja, ani Ukraina, nie przystąpiły dyskusji o zakazie używania tej drugiej.

Wspomniana konwencja CWC była owocem dyskusji i negocjacji z drugiej połowy lat 70. Formalnie weszła w życie w 1983 roku. Do dzisiaj jej stroną jest 125 państw. Nie przystąpiła większa część państw Afryki i Azji Południowo-Wschodniej. Ukraina i Rosja są stronami. Pomimo zwrotu "o zakazie stosowania" w nazwie, Konwencja raczej ogranicza użycie szeregu broni, a tylko części wprost zakazuje. Do dzisiaj ma pięć protokołów, trzeci dotyczy broni zapalających. Wprost zabrania jej użycia tylko w dwóch sytuacjach: jeśli jedynym i wyłącznym celem ataku jest ludność cywilna albo jeśli atak ma zostać przeprowadzony w pobliżu skupiska ludności cywilnej przy użyciu amunicji zapalającej zrzucanej z samolotów. - Kiedy formułowano te zapisy, codziennością były obrazy z Wietnamu, gdzie na wioski spadały bomby z napalmem. Była to bardzo niecelna metoda ataku, której w ten sposób chciano zabronić. Jednak co istotne, konwencja nie zakazuje użycia broni zapalającej ogólnie przeciwko miastom czy terenom zabudowanym - mówi kmdr por. Goździewicz.

Co więcej, pokazywane przez Ukraińców nagrania użycia broni zapalającej to w zdecydowanej większości efekt działania rakiet niekierowanych 9M22S. Są one odpalane salwami z wyrzutni potocznie nazywanych Grad. - Jest to broń artyleryjska, nie lotnicza, więc tym bardziej jej użycie nie jest zakazane. Dodatkowo użytą w niej substancją zapalającą jest termit, a nie biały fosfor, który spalając się, emituje silnie trujące gazy, mogące powodować trwałe uszkodzenia dróg oddechowych. Termit tego nie robi, wobec czego budzi relatywnie mniejsze kontrowersje - tłumaczy specjalista.

W praktyce, kiedy Rosjanie odpalają salwę kilkudziesięciu takich rakiet na jakąś wioskę w Donbasie, w której są okopani Ukraińcy, nie łamią żadnego prawa. Nawet jeśli gdzieś w okolicy żyją jeszcze cywile i któryś zginie lub zostanie poparzony. Rosjanie zawsze mogą powiedzieć, że celem były pozycje ukraińskiego wojska i to kończy dyskusję na temat legalności ataku. Ocena moralna to zupełnie inna sprawa.

Odpalenie pocisku Brimstone z ukraińskiego dostawczaka bojowegoUkraiński dostawczak śmierci zrobiony po kosztach

Ogólne zasady prowadzenia wojny

- Oczywiście każdej broni, w tym zapalającej, należy używać zgodnie z czterema podstawowymi zasadami prawa humanitarnego: konieczności wojskowej, proporcjonalności, rozróżnienia i humanitaryzmu - zaznacza kmdr por. Goździewicz. Ta pierwsza oznacza, że państwo może przestać przestrzegać prawa międzynarodowego, jeśli inaczej nie będzie w stanie uchronić się od poważnego niebezpieczeństwa, albo osiągnąć celu wojny. Druga oznacza, że należy zapewnić równowagę pomiędzy tym, co konieczne z wojskowego punktu widzenia, a dbaniem o humanitarne prowadzenie wojny. Trzecia nakazuje zawsze dbać o rozróżnienie cywilów i wojskowych oraz obiektów cywilnych i wojskowych. Czwarta zakłada ochronę ofiar wojny niezależnie od tego, z której są strony konfliktu, oraz unikanie powodowania zbędnego cierpienia.

- Najwięcej wątpliwości w naszym przypadku jest związanych z tą ostatnią, bo można uznać, że broń zapalająca powoduje nadmierne obrażenia i zbędne cierpienie, co nie jest humanitarne. Tylko w praktyce z punktu widzenia prawa te wątpliwości dość łatwo rozbroić. Wystarczy powiedzieć, że użycie broni zapalającej było koniecznością wojskową. Czyli nie było innej możliwości skutecznego zniszczenia danego obiektu, a śmierć lub ranienie kombatantów w nim przebywających nie była zasadniczym powodem użycia broni zapalającej. Udowodnienie, że było inaczej, jest bardzo trudne. Z takiego wytłumaczenia korzystali w przeszłości choćby Amerykanie czy Izraelczycy - tłumaczy specjalista.

W praktyce Ukraińcy często zarzucają Rosjanom, że atakują cele stricte cywilne, niemające żadnego przeznaczenia militarnego. - To byłaby zbrodnia wojenna. Jednak udowodnić to przed trybunałem byłoby trudno - stwierdza kmdr por. Goździewicz. Tłumaczy, że trzeba by mieć wiedzę, na podstawie jakich informacji rosyjscy dowódcy nakazywali przeprowadzenie ataku na ten czy inny obiekt. - Zgodnie z prawem międzynarodowym, ze zbrodnią mielibyśmy do czynienia tylko wtedy, kiedy rzeczywiście by wiedzieli, iż jest to obiekt stricte cywilny, niepełniący żadnej funkcji wojskowej, albo by się nie starali zdobyć na ten temat wiedzy - mówi specjalista. Odnosi się to zarówno do ataków bronią dalekiego zasięgu na ukraińskie miasta, jak i do ostrzeliwania ukraińskich pozycji we wsiach w pobliżu linii frontu.

W teorii dowódca wydający rozkaz o takim ataku powinien przed podjęciem decyzji przeanalizować ją pod kątem konieczności wojskowej i proporcjonalności (zasady humanitarnego prowadzenia wojny). Powinien to zrobić na podstawie danych dostępnych dla niego w danej chwili albo takich, które mógł z łatwością pozyskać. - Sama analiza późniejszych skutków ataku nie może być uznawana za rozstrzygającą, bo niektórych skutków po prostu nie da się przewidzieć lub wymodelować, nawet przy zachowaniu należytej staranności wymaganej przez prawo konfliktów zbrojnych - mówi kmdr por. Goździewicz. Czyli w praktyce, aby móc Rosjanom udowodnić zbrodnię wojenną, trzeba by wykazać, że wydając rozkaz ataku, oficer X wiedział, że celuje w obiekt cywilny, albo nie zadbał o sprawdzenie, czy takim on jest. Czy to bronią zapalającą, czy to rakietą dalekiego zasięgu. Takie jest prawo. Można narzekać na to, jak jest niedoskonałe, ale problem w tym, że takie musi być, jeśli chcemy skłonić do jego uznania kluczowe państwa. Każde z nich chce mieć bowiem możliwie dużą swobodę w prowadzeniu wojny. Lepsze więc takie nieidące daleko ograniczenia, które są jako tako przestrzegane, niż daleko idące zakazy, których i tak nikt nie respektuje.

Zobacz wideo
Więcej o: