Czerwona fala na horyzoncie. USA szykują się na zwrot w prawo i silniejsze turbulencje

Sondaże i praktyka wskazują, że po wtorkowych wyborach do Kongresu Partia Demokratyczna straci nad nim kontrolę. Republikanie mają bardzo duże szanse przejąć Izbę Reprezentantów i znacznie mniejszą, ale jakąś szansę na zdobycie Senatu. Nadchodzą jeszcze trudniejsze czasy dla prezydenta Joe Bidena.

Kto obejmie kontrolę nad Kongresem, nie jest jednak w pełni przesądzone. Republikanie mają przewagę w sondażach, zwłaszcza jeśli chodzi o Izbę Reprezentantów. W wyborach do Senatu w dwóch stanach rywalizacja jest bardzo wyrównana, w granicy błędu sondażowego. Nie jest więc wykluczone, że wynik wyborów nie będzie jednoznaczny. Na pewno będzie dużo emocji. Zwłaszcza że na ostatecznie wyniki głosowania w kilku ważnych stanach możemy poczekać wiele dni.

Porażka zgodna z przewidywaniami

Amerykanie wybierają swoich przedstawicieli do Kongresu co dwa lata. W Izbie Reprezentantów, czyli izbie niższej, odpowiedniku polskiego Sejmu, za każdym razem pod głosowanie trafia wszystkie 435 miejsc. W Senacie kadencje są jednak sześcioletnie i ułożone na zakładkę w ten sposób, że co dwa lata wybierane jest mniej więcej 1/3 składu izby wyższej.

Obecnie Partia Demokratyczna kontroluje Izbę Reprezentantów i Senat, ale bardzo małą przewagą. W izbie niższej jest to 220 do 212 (3 miejsca są nieobsadzone), a w wyższej 50 do 50, przy czym rozstrzygający głos w takiej sytuacji ma demokratyczna wiceprezydentka Kamala Harris. Oznacza to, że nawet niewielkie zmiany w kontroli miejsc mogą prowadzić do zmiany partii dominującej w Kongresie. To może przełożyć się na jeszcze większą bezsiłę Bidena w realizowaniu swoich zamierzeń. Już w ciągu ostatnich dwóch lat szereg jego sztandarowych inicjatyw został albo ograniczonych, albo całkowicie pogrzebanych, ze względu na opór w Kongresie. Wystarczyło kilku wyłamujących się z szeregów demokratów albo skuteczna proceduralna blokada obrad w Senacie przez republikanów (tak zwany filibuster), do którego przełamania demokraci mają za mało głosów.

Niezdolność do przeforsowania sztandarowych inicjatyw w ich maksymalnym kształcie promowanym podczas kampanii wyborczej w 2020 roku, pomimo nominalnej kontroli obu izb Kongresu, jest jednym z powodów aktualnie niskich ocen prezydenta. Głównym powodem są jednak obawy Amerykanów o stan gospodarki, która zmaga się z wysoką (jak na USA, około 8 procent) inflacją. Działania Bidena aprobuje obecnie tylko około 42 procent obywateli, co jest słabym wynikiem, choć bliskim standardu w drugim roku rządów amerykańskich prezydentów.

To standardowo niskie mniemanie Amerykanów o Bidenie przekłada się na równie standardowe spodziewane straty jego partii w wyborach do Kongresu. Jest niemal tradycją, że w takiej sytuacji partia prezydenta traci. Po prostu po dwóch latach od jego wybrania na urząd, wśród obywateli jest spore rozczarowanie powodowane rozdźwiękiem pomiędzy tym, co mówił podczas kampanii wyborczej a tym, co robi na urzędzie. Ponieważ jest główną postacią swojej partii, to nastroje wobec niego przekładają się adekwatnie na nastroje wobec kandydatów do Kongresu.

Wołodymyr Zełenski i Joe BidenRepublikanie wstrzymają pomoc dla Ukrainy? Mieszane deklaracje

Senat na ostrzu noża

Według portalu "270towin.com" zbierającego wyniki sondaży siedmiu najpopularniejszych i uznawanych za najbardziej miarodajnych amerykańskich firm je przeprowadzających, kontrola republikanów nad Izbą Reprezentantów jest bardziej niż prawdopodobna. Badania opinii publicznej wskazują, że z dość wysokim prawdopodobieństwem zdobędą oni 227 miejsc, czyli już większość. Do tego rywalizacja o 9 miejsc jest tak wyrównana, że w granicy błędu statystycznego. Cześć z nich może przypaść republikanom, dodatkowo cementując ich kontrolę nad izbą niższą. Demokraci do utrzymania swojej obecnej pozycji potrzebowaliby bez mała cudu i powszechnych błędów w badaniach opinii publicznej.

Sytuacja w Senacie jest znacznie bardziej wyrównana. Sondaże na razie wskazują równowagę. Obie partie mogą być w miarę pewne 49 miejsc. Tylko dwa wyścigi są uznawane za niepewne, gdzie różnica w spodziewanych wynikach kandydatów jest w granicy błędu statystycznego. Chodzi o po jednym mandacie ze stanu Georgia i Nevada. Bardzo wyrównana rywalizacja (odpowiednio 1 i 1,4 punktu procentowego przewagi kandydata republikanów) w obydwu przekłada się na to, że na oficjalne wyłonienie zwycięzcy trzeba będzie poczekać wiele dni, aż zostanie przeliczona zdecydowana większość głosów. Oba stany należą przy tym do tych, którym to liczenie zajmuje dużo czasu. W rozległej i pustynnej Nevadzie głosowanie odbywa się głównie za pośrednictwem poczty, a przepisy zabraniają liczenia przed dniem wyborów. Dodatkowo za ważne uznaje się nawet te głosy, które dotrą do komisji wyborczej cztery dni po dacie głosowania. Oznacza to, że wynik w Nevadzie możemy poznać dopiero pod koniec tygodnia.

W Georgii może być jeszcze dłużej, bo w tym stanie obowiązuje prawo, według którego jeśli żaden z kandydatów nie dostanie ponad 50 procent głosów (co jest możliwe, biorąc pod uwagę bardzo wyrównaną rywalizację i pewien procent głosów nieważnych, oraz oddanych na kandydata niezależnego), to głosowanie trzeba powtórzyć. Tym razem bez kandydata niezależnego. Ostateczny wynik wyborów w Georgii możemy więc poznać nawet za kilka tygodni. Tyle możemy też czekać na odpowiedź na pytanie, która partia będzie miała kontrolę nad Senatem. Republikanie potrzebują zwycięstwa w obu niepewnych stanach, aby ją przejąć. Demokratom wystarczy tylko jedno, aby utrzymać obecną kruchą kontrolę przy pomocy głosu wiceprezydentki.

Według symulacji portalu "fivethirtyeight.com" szanse na zdobycie przez republikanów obu izb to 57 na 100. Demokratów utrzymujących Senat, ale tracących Izbę Reprezentantów, to 27 na 100. Demokratów utrzymujących obie izby, to 15 na 100. Widać wyraźnie, który scenariusz jest najbardziej prawdopodobny.

Andrzej Kohut gościem Porannej Rozmowy Gazeta.plKohut: Jeśli republikanie zwyciężą, może nas czekać kryzys polityczny w USA

Trudna sytuacja, będzie jeszcze trudniejsza

Należy się więc spodziewać skrętu USA w prawo i częściowego sparaliżowania działań administracji Joe Bidena w drugiej połowie jego kadencji. Co prawda w Stanach Zjednoczonych to prezydent ma najwięcej władzy, ale bez współpracy z Kongresem trudno mu ją egzekwować, bo zostaje praktycznie bez możliwości wprowadzania w życie nowych praw. Przy obecnych silnych podziałach amerykańskiej sceny politycznej i wzajemnej wrogości, zdolność Bidena do wypracowywania jakichś porozumień z republikanami na Kapitolu będzie nikła.

Częściowy paraliż władz USA to natomiast mało optymistyczna wizja dla sojuszników Waszyngtonu na całym świecie. Zwłaszcza wobec wojny w Ukrainie i napięć w Azji. Partia Republikańska dotychczas wspierała w Kongresie inicjatywy Bidena mające na celu wspieranie Ukraińców w ich wojnie z Rosją. Wśród republikanów nie brakuje jednak głosów, że USA robią w tym zakresie zbyt dużo, wydając na tę wojnę dziesiątki miliardów dolarów, podczas gdy sytuacja ekonomiczna w kraju jest trudna. To nastawienie jednoznacznie wyraziła Marjorie Taylor Greene, republikańska członkini Izby Reprezentantów i członkini najbardziej skrajnego prawego skrzydła partii. Zadeklarowana zwolenniczka Donalda Trumpa. Na wiecu wyborczym, na którym był też były prezydent, oznajmiła, iż jeśli republikanie przejmą kontrolę nad Kongresem, to "Ukraina nie dostanie ani jednego centa więcej". Owszem, to skrajne skrzydło Partii Republikańskiej, ale bardzo głośne i mające poważne wpływy za sprawą Trumpa. Postawa USA nie zmieni się z dnia na dzień po wyborach, ale Biały Dom może mieć problemy  z utrzymywaniem skali wsparcia dla Ukrainy w dłuższym okresie. Być może z tego wynikają nieoficjalne sygnały, że Waszyngton naciska na Kijów, aby przyjął bardziej elastyczną postawę i otworzył się na możliwość negocjacji z Rosją.

Wysoce prawdopodobne zwycięstwo w wyborach do Kongresu republikanie na pewno będą się starali wykorzystać do nakręcenia tak zwanej "czerwonej fali". Czerwień to kolor ich partii, a przez falę należy rozumieć nieustępliwe i narastające zjawisko, którego finalnym efektem będzie zwycięstwo w wyborach prezydenckich w 2024 roku, oraz poszerzenie kontroli nad Kongresem w wyborach w tym samym roku. Czyli przejęcie pewnej i totalnej władzy. Trump już wyraźnie daje do zrozumienia, że niebawem ogłosi swoją chęć kandydowania w następnych wyborach prezydenckich. Jego rywalem w walce o nominację partii będzie najpewniej obecny gubernator Florydy, Ron DeSantis. Niegdyś obaj panowie byli sojusznikami, teraz coraz bardziej wrogami. Konflikt pomiędzy nimi może przełożyć się na szerszy konflikt w Partii Republikańskiej pomiędzy trumpistami, a bardziej umiarkowanymi konserwatystami. Najbliższe dwa lata na pewno nie będą w USA spokojne.

Zobacz wideo
Więcej o: