Małymi motorówkami ganiali dumę Floty Czarnomorskiej. Ukraińcy użyli starej koncepcji i nowej technologii

Grupa niewielkich zdalnie sterowanych motorówek w weekend ścigała rosyjskie okręty wojenne w Sewastopolu i okolicach. Razem z nimi zaatakowały latające bezzałogowce. Był to pierwszy taki duży, skoordynowany atak na główną bazę rosyjskiej floty na Krymie. Oficjalny komunikat Rosjan wskazuje, że Ukraińskie drony dotarły zaskakująco daleko.

Wydarzenia sobotniego świtu spowija mgła wojny. Informacje są niepełne i nie pozwalają z pełną pewnością opisać przebiegu zdarzeń. Wszystko wskazuje na to, że Ukraińcy nie wyrządzili jakichś wielkich szkód, ale sam fakt przeprowadzania przez nich takiego dużego i zuchwałego ataku na Sewastopol ma niebagatelne znaczenie. Ze szczątkowych informacji wyłania się obraz operacji koncepcyjnie starej, ale bardzo nowoczesnej, jeśli chodzi o zastosowaną broń.

Polowanie na rosyjskie okręty

Według oficjalnego oświadczenia rosyjskiego ministerstwa obrony, Ukraińcy użyli w operacji siedmiu dronów morskich i ośmiu powietrznych. Wszystkie miały zaatakować okręty i bazę morską w Sewastopolu w sobotę nad ranem. Potwierdzają to doniesienia mieszkańców miasta i kilka nagrań przez nich wykonanych. Około godziny piątej rano było słychać pierwsze wybuchy, a jeszcze po wstaniu słońca było widać niezidentyfikowane pożary na terenie wojskowym w rejonie portu i detonacje na redzie.

Ukraińskie wojsko oficjalnie nie przyznało się do operacji, ani nie podało na ten temat żadnych informacji. Jednak w ukraińskich mediach szybko pojawiły się nagrania wykonane przez morskie bezzałogowce. Dziennikarze nie mogli ich dostać inaczej, jak od wojskowych. Na początku pierwszego nagrania widać atak na będącą w marszu rosyjską fregatę typu Admirał Grigorowicz. Kształty okrętu nie pozostawiają wątpliwości. Nagranie wykonano w podczerwieni, wiec widać je wyraźnie. Można domniemywać, że okręt został zaatakowany na redzie Sewastopola, kiedy wchodził, lub wychodził z bazy. Na nagraniu nie widać żadnego przeciwdziałania ze strony Rosjan. Być może nie zauważyli niewielkiego ukraińskiego drona. Niestety, z nagrania nie da się wywnioskować jaki efekt miał atak. Wideo urywa się, kiedy dron jest blisko burty fregaty.

Kolejna część nagrania pokazuje sceny z redy Sewastopola i rufę trudnego do zidentyfikowania okrętu lub statku. Następnie widzimy już wnętrze bazy, z nabrzeżami i zacumowanymi okrętami. Wiele rosyjskich jednostek stoi w Sewastopolu w charakterystyczny sposób, rufami do brzegu. Ostatnie kadry pokazują zbliżającą się burtę jakiegoś okrętu, który najwyraźniej został wybrany za cel. Efektu ataku nie sposób ocenić.

Rosjanie oficjalnie przyznali, że w ataku został uszkodzony stary trałowiec Iwan Gołubiec. To jego burta może być widoczna w drugiej części nagrania. Do tego miała zostać też uszkodzona pływająca zapora w zatoce Jużnaja. To jedna z odnóg głównej zatoki Sewastopolskiej. Cumują w niej między innymi okręty podwodne i to one są otoczone zaporą. Według byłego rosyjskiego marynarza żyjącego w Sewastopolu i piszącego na Twitterze to jedyna taka konstrukcja w tej zatoce. Oznacza to, że ukraińskie motorówki dotarły do samego serca bazy i próbowały ataku na najcenniejsze jednostki Floty Czarnomorskiej, jakimi są nowe okręty podwodne typu Warszawianka. Służą one obecnie głównie do odpalania rakiet manewrujących Kalibr w Ukrainę.

Drugie nagranie opublikowane przez Ukraińców pokazuje działania motorówek już w świetle dnia. Też najpewniej na redzie Sewastopola. Widać na nim, że są pod ostrzałem z krążącego śmigłowca Mi-8 i prawdopodobnie z jakiegoś działa okrętowego sądząc po wielkości jednego ze słupów wody. Celem jest znów fregata typu Admirał Grigorowicz, sądząc po widocznej momentami na horyzoncie sylwetce. Na dwóch różnych ujęciach widać okręt z obu burt, więc być może film sklejono z ujęć wykonanych przez dwie motorówki, atakujące z dwóch stron. Ewentualnie jedna krążyła tak długo, pomimo ostrzału, że zdołała okrążyć fregatę, lub zbliżyć się do drugiej. Ponownie nie sposób ocenić skutków ataku. Na nagraniu nie widać zbliżenia się do fregaty.

Według źródeł proukraińskich jedna fregata typu Admirał Grigorowicz została poważnie uszkodzona, choć nie w sposób zagrażający zatonięciem. Do tego kilka innych jednostek miało zostać lżej uszkodzonych.  Tak naprawdę nie ma na to jednak żadnego dowodu. Być może z czasem pojawią się jakieś przecieki z Rosji.

Najprawdopodobniej zniszczenie jednej z motorówek

Prostota i zaawansowanie dodatki

Brak spektakularnych zatopień licznych okrętów nie może dziwić. Tego rodzaju ataki są trudne w realizacji, choć Ukraińcy użyli do swojej operacji nowoczesnych technologii. I nie było to pierwszy raz. Jeszcze we wrześniu na brzegu w pobliżu Sewastopola odkryto niewielką zdalnie sterowaną łódź bez żadnych oznaczeń. Kilka metrów długości, wykonana z tworzyw sztucznych, napęd prawdopodobnie przeszczepiony ze skutera wodnego, do tego głowica z kamerami, antena do łączności i trudna do określenia ilość materiałów wybuchowych z detonatorem kontaktowym na dziobie. Ta znaleziona najpewniej doznała jakiejś awarii albo wyczerpało się jej paliwo przed dotarciem do celu i została wyrzucona na brzeg przez fale.

Na nagraniach z sobotniego ataku widać elementy zdalnie sterowanych łodzi, które pozwalają stwierdzić, że są takie same jak ta znaleziona we wrześniu. Wszystko wskazuje na to, że Ukraińcy stworzyli sobie flotę niewielkich i stosunkowo prostych zdalnie sterowanych łodzi do ataków dywersyjnych. Zagadką jest, jak dopływają do Sewastopola i jak są kontrolowane. Jeśli są wodowane z kontrolowanego przez Ukraińców wybrzeża, to mają do pokonania prawie 300 kilometrów z rejonu Odessy. To znaczny dystans jak na takie niewielkie motorówki. Ewentualnie mogą być wypuszczane z jakichś większych jednostek cywilnych, wykorzystywanych przez Ukraińców. Trudno sobie jednak wyobrazić, aby Rosjanie to przegapili i nie przeciwdziałali. Choć nie można tego wykluczyć, bo rosyjskie wojsko już wiele razy negatywnie zaskoczyło poziomem działania. Zagadką jest też metoda kontroli. Z nagrań wynika, że ewidentnie są zdalnie sterowane. Mają więc albo technologię umożliwiającą im łączność z operatorem znajdującym się bardzo daleko, albo Ukraińcy mają w Sewastopolu i okolicach jakichś zakamuflowanych operatorów. Zmieszczenie na tak małych łodziach skutecznego systemu łączności pozahoryzontalnej byłoby sporym osiągnięciem. Umieszczenie odpowiedniej liczby operatorów w Sewastpolou również.

Znajdując się już na wodzie, niewielkie ukraińskie łodzie muszą być trudne do dostrzeżenia i trafienia. Niewiele wystają nad wodę i są zwrotne. Przelewająca się przez nie woda musi je dobrze chłodzić, ograniczając też ich widoczność w podczerwieni. Małe gabaryty i konstrukcja z tworzyw sztucznych utrudnia wykrycie radarem.

Ukraiński czołg prowadzący ogień. Zdjęcie ilustracyjneCisza po doniesieniach o ukraińskim ataku w rejonie Chersonia

Trudna walka Floty Czarnomorskiej z państwem, które nie ma floty

Technologia wykorzystana do skonstruowania ukraińskich łodzi jest więc połączeniem prostoty i zaawansowania. Sama koncepcja ich użycia nie jest natomiast niczym nowym. Skutecznie wprowadzili ją do historii wojen morskich Włosi podczas II wojny światowej. Były to niewielkie motorówki serii MT, które mogły rozpędzić się do 33 węzłów (około 60 km/h) z ładunkiem w postaci 330 kilogramów materiałów wybuchowych. W rejon celu dowoziły je większe okręty. Potem sterował nimi człowiek, który miał za zadanie naprowadzić motorówkę na cel, rozpędzić ją i wyskoczyć. Nigdy nie były to urządzenia samobójcze. Jedyny większy sukces motorówek MT miał miejsce w 1940 roku w ich premierowej operacji. Ciężko uszkodziły brytyjski ciężki krążownik HMS York w Zatoce Suda na Krecie. Potem sukcesów już nie było, co dobrze pokazuje, jak problematyczne jest użycie takiej broni. Łodzie najczęściej w ogóle nie docierały w rejon akcji. Jeśli już dotarły, to sternicy mieli problem ze zlokalizowaniem celu w ciemnościach, a nawet jeśli to zrobili, to kompetentny i przygotowany przeciwnik nie miał problemu z ich zniszczeniem. Sukces wymagał zaskoczenia i szczęścia, a to trudne do osiągnięcia na wojnie, na której zazwyczaj wszystko idzie nie tak, jak zaplanowano. Dlatego państwa dysponujące prawdziwymi flotami raczej nie inwestują w tego rodzaju narzędzia jako mało efektywne i trudne w użyciu. Robią to raczej ruchy rebelianckie i terrorystyczne, ale na niewielką skalę i bez spektakularnych sukcesów.

O potencjalnej skuteczności takich ataków przypomniała w 2000 roku Al-Kaida, atakując amerykański niszczyciel USS Cole. Terroryści użyli motorówki wyładowanej materiałami wybuchowymi, kierowanej przez samobójcę. W momencie ataku amerykański okręt stał na kotwicy na redzie portu w Adenie. Załoga została zaskoczona i zapłaciła za to wysoką cenę. Eksplozja wyrwała kilkunastometrową dziurę w burcie okrętu oraz zabiła 17 marynarzy. Niszczyciel odniósł poważne uszkodzenia, ale po naprawach wrócił do służby. Od tego wydarzenia floty większości państw znacznie poważniej podchodzą do bezpieczeństwa na wodach przybrzeżnych i zagrożenia, jakie mogą stanowić małe łodzie motorowe. Do powtórki ataku na USS Cole już nie doszło.

Ukraiński atak na Sewastopol pokazuje, że rosyjscy wojskowi zgodnie ze swoimi standardami nie przykładają się do swoich obowiązków. Zagrożenie ze strony tego rodzaju motorówek jest znanym faktem. Ba, nawet otrzymali miesiąc temu bardzo wymowne ostrzeżenie w postaci wyrzuconej na brzeg ukraińskiej łodzi. Pomimo tego Ukraińcy zdołali swoimi małymi motorówkami przeniknąć do wnętrza sewastopolskiej bazy i podpłynąć pod samą burtę cennej fregaty. Rosjanie mogli jednak mieć szczęście, bo nic nie wskazuje, aby atak wyrządził jakieś spektakularne szkody. Sam fakt jego przeprowadzenia jest jednak kolejnym ciosem w prestiż rosyjskiej floty, która nie radzi sobie z zabezpieczeniem swojej najważniejszej bazy na Morzu Czarnym. Wojując z państwem, które praktycznie nie ma floty.

Zobacz wideo
Więcej o: