Incepcja Łukaszenki. Sprawia wrażenie przygotowań do wojny, żeby od tej wojny się wymigać i nie zatonąć z Putinem

Wojownicze przemówienia Aleksandra Łukaszenki, ćwiczenia mobilizacji, przyjazd dodatkowych rosyjskich żołnierzy. Mogłoby się wydawać, że Białoruś pod presją Rosji szykuje się do zaatakowania Ukrainy. - Jest wręcz przeciwnie - przekonuje Anna Maria Dyner, analityczka Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

- Białoruś nie przeprowadzi inwazji na Ukrainę. Przynajmniej nie na obecnym etapie wojny - mówi w rozmowie z Gazeta.pl ekspertka. To, co dzieje się na Białorusi, jej zdaniem należy odczytywać odwrotnie, niż wydawałoby się na pierwszy rzut oka.

Pozoracja zaangażowania

Wzmożenie poczucia zagrożenia ze strony Białorusi nadchodzi cyklicznie. Łukaszenka wygłasza jakieś przemówienie, w którym mówi o konieczności podniesienia gotowości sił zbrojnych w celu wzmocnienia bezpieczeństwa kraju, nakazuje jakieś ćwiczenia i przesunięcia oddziałów. Tak też stało się na przestrzeni minionego tygodnia. Do tego doszło ogłoszenie stanu zagrożenia terrorystycznego w całej Białorusi i przeprowadzenie ćwiczeń z zakresu przeprowadzania mobilizacji. Na dokładkę ogłoszono skierowanie na białoruskie terytorium dodatkowych rosyjskich żołnierzy. Wywołało to falę komentarzy sugerujących, że sytuacja u północno-zachodnich granic Ukrainy staje się niebezpieczna i wzrasta ryzyko bezpośredniego przyłączenia się Białorusi do wojny.

- Wręcz przeciwnie. Łukaszenka robi teraz co tylko może, aby się nie wikłać bezpośrednio w wojnę - mówi Dyner. Jak tłumaczy ekspertka, paradoksalnie temu właśnie służą te wszystkie wojownicze wypowiedzi, które regularnie padają z ust Łukaszenki. - Warto zwrócić uwagę, że białoruski dyktator skupia się w nich na zagrożeniu ze strony NATO. Konkretnie Polski i państw bałtyckich. O Ukrainie tylko czasem wspomina - mówi ekspertka. Łukaszenka skupia się na rzekomym zagrożeniu ze strony NATO już od dwóch lat, czyli od sfałszowanych wyborów prezydenckich w 2020 roku. W jego narracji wówczas to Zachód, a zwłaszcza sąsiadujące z Białorusią państwa Sojuszu, starały się go obalić.

Białoruś grozi Polsce, Ukrainie, LitwieBiałoruś grozi Polsce: Nie prowokujcie nas

Jak mówi Dyner, przesłanie o zagrożeniu ze strony NATO jest skierowane do Kremla. Można je streścić do: "zobaczcie przyjaciele, jak ten groźny Zachód nam zagraża, musimy go odstraszać od agresji wszelkimi dostępnymi środkami, czyli trzymać nasze wojsko na zachodzie i północy kraju, nie mamy czego skierować na granicę z Ukrainą". - Kremlowi trudno taką argumentację teraz odrzucić, skoro od dwóch lat ją akceptował - stwierdza analityczka PISM.

Łukaszenka wydaje się więc mówić Rosjanom, że robi co może. Zabezpiecza granice Państwa Związkowego (istniejąca od 2000 roku organizacja mająca prowadzić do integracji Białorusi i Rosji) przed potencjalną agresją NATO i jednocześnie wspiera rosyjską agresję na Ukrainę, udostępniając Rosjanom swoje terytorium, bazy, zapasy i różne zasoby takie jak szpitale. - No ale na więcej sił nie ma - opisuje Dyner.

Ryzyka wewnętrzne dla Łukaszenki

Po stronie białoruskiego dyktatora raczej nie należy szukać entuzjazmu dla angażowania się w sposób bezpośredni w wojnę. - Łukaszenka zdaje sobie sprawę, że to nie byłoby dla niego dobre. Może w pierwszych trzech dniach wojny myślał inaczej, kiedy mógł mieć nadzieję na wspólną z Rosją "defiladę zwycięstwa" w Kijowe, ale teraz już raczej nie ma złudzeń - uważa analityczka PISM. Jej zdaniem białoruski przywódca na pewno nie chce pójść na dno razem z Putinem. Trzymając się z dala od bezpośredniego zaangażowania w wojnę, zwiększa swoje szanse przetrwania i pole manewru w przyszłości. - Jest jednak różnica w międzynarodowym postrzeganiu Rosji, jako bezpośredniego agresora, a Białorusi, która jedynie pośrednio tę agresję wspiera - stwierdza ekspertka

Utrzymywać taki kurs pomaga na pewno Łukaszence fakt, że nie może być pewnym swojego społeczeństwa oraz wojska. Od masowych protestów po sfałszowanych wyborach prezydenckich w 2020 roku jego sytuacja jest trudna, bo u sterów władzy musi się trzymać siłą służb bezpieczeństwa. Na razie trzymają one społeczeństwo w kajdanach, ale na jak długo? Wplątanie Białorusi w wojnę mogłoby zagrozić tej niepewnej stabilizacji.

- Można być właściwie pewnym, że Białorusini są zdecydowanie przeciwni wojnie z Ukrainą. Sondaże mówią o nawet ponad 90 proc. badanych, którzy byliby przeciw bezpośredniemu udziałowi w niej białoruskiej armii - mówi Dyner. Jak tłumaczy, Białorusini są zdecydowanie pacyfistyczni. Taka zresztą była polityka państwa od uzyskania niepodległości. Zdecydowane odrzucenie wojny. - Gdyby teraz Łukaszenka zdecydował się na bezpośrednie zaangażowanie w agresję na Ukrainę, to konsekwencją mógłby być wybuch społeczny i ludzie na ulicach - stwierdza analityczka.

Dodatkowo problemem mogłoby być samo wojsko. Od początku wojny nie brakuje sugestii ze strony białoruskiej opozycji, że w przypadku wydania rozkazu ataku na Ukrainę doszłoby do buntów i dezercji. Dyner uważa, że Łukaszenka nie może być pewny swojego wojska. - Generalnie Mińsk stara się przekonać Kreml, że wysłanie białoruskiego wojska do Ukrainy byłoby błędem. Zdestabilizowałoby Białoruś, stworzyło zarzewie poważnych problemów na zachodniej flance Rosji, a w zamian niewiele dało - tłumaczy analityczka.

Militarnie sensu na razie to nie ma

Niewiele, ponieważ wartość białoruskiego wojska nie jest wielka. - W najlepszym wypadku trzy brygady, maksymalnie 15 tysięcy ludzi - mówi Dyner. Na dodatek słabo uzbrojone, ponieważ Białoruś od początku swojej niepodległości przeznaczała na wojsko skromne sumy. Od dekady było to nieco ponad 1 procent PKB. Na dodatek Rosjanie teraz kanibalizują wojsko swojego nominalnego sojusznika. Jeszcze latem z części białoruskich magazynów amunicji pociągami wywożono do Rosji określone typy pocisków, których najbardziej brakowało rosyjskiemu wojsku (np. do haubic 122 mm). Teraz według białoruskiej opozycji jest już nawet wywożony ciężki sprzęt w postaci zmagazynowanych czołgów T-72. - Na dodatek granica Białorusi i Ukrainy to bagna Polesia, teren bardzo trudny do ataku, a Ukraińcy od pół roku szykują tam pozycje obronne - stwierdza Dyner.

Białoruski dyktator Alaksandr ŁukaszenkaRosja sięga po białoruską broń. ISW: Nie zaatakują Ukrainy z Białorusi

Analityczka tłumaczy też, że nieprawdą są twierdzenia o tworzeniu teraz jakichś nowych sił białorusko-rosyjskich na terenie Białorusi, które mogłyby zaatakować Ukrainę. W minionym tygodniu Łukaszenka stwierdził, że nastąpi "rozwinięcie regionalnego zgrupowania wojsk", co jest cytowane jako zapowiedź tworzenia czegoś nowego. - Tylko Regionalne Zgrupowanie Wojsk istnieje ciągle od początku istnienia Państwa Związkowego, czyli od 2000 roku - mówi Dyner. W jego skład wchodzi wojsko Białorusi i wydzielone oddziały rosyjskie. Zgrupowania bojowe są tworzone na potrzeby ćwiczeń, albo jeśli jakiś członek Państwa Związkowego poczuje się zagrożony agresją zewnętrzną.

- No i Białoruś właśnie deklaruje, że czuje się zagrożona ze strony Polski i państw bałtyckich, więc w odpowiedzi tworzone są oddziały. Adekwatnie do kierunku deklarowanego zagrożenia, rosyjscy żołnierze trafiają na razie na poligony i do baz w centralnej oraz północnej części kraju. Nie na granicę z Ukrainą - mówi analityczka PISM. Dodaje, że nawet jeśli zgodnie z deklaracjami dojedzie  około 9 tysięcy Rosjan i dołączy do tysiąca tych, którzy byli wcześniej na Białorusi, to i tak nie jest to żadna wielka siła. Nawet gdyby doliczyć 15 tysięcy żołnierzy białoruskich. - Warto pamiętać, że w lutym było na tym kierunku 30 tysięcy rosyjskich żołnierzy i sobie nie dali rady, a było to wojsko nieporównywalnie lepszej jakości - stwierdza Dyner.

Analityczka zaznacza jednak, że ta wojna pokazała, iż nie zawsze należy być pewnym rozwoju wypadków zgodnie z tym, co nam się wydaje logiczne. - Białoruś i Rosja mogą zrobić rzeczy, które z naszej perspektywy będą błędem. Tak jak cała ta wojna jest błędem. Jednak nawet czyniąc takie zastrzeżenie, moim zdaniem obecnie Białoruś robi co tylko może, aby uniknąć bezpośredniego uwikłania się w konflikt - podsumowuje.

Zobacz wideo
Więcej o: