Atomowy pociąg, radioaktywne tsunami i promienie śmierci Putina. Sezon na straszenie Rosją w pełni

Nie, żaden pociąg wyładowany głowicami jądrowymi przeznaczonymi do zrzucenia na Ukrainę nie jedzie przez Rosję. Nie, Rosjanie nie szykują odpalenia gigatorpedy, która wywoła radioaktywne tsunami. Nie, Rosja nie strzela potężnymi laserami w satelity. Tak, Rosja próbuje świat straszyć, bo jej wojsko się rozsypuje.

Cała seria doniesień na temat rzekomych apokaliptycznych działań Rosjan zbiega się w czasie z całą serią poważnych porażek Rosjan na froncie. Na wschodzie Ukrainy rosyjskie wojsko cofa się od początku września.Na zachodzie, w rejonie Chersonia, od kilku dni trwa niezwykle udana ukraińska ofensywa, która spowodowała zawalenie się całej linii obrony Rosjan. I końca tych porażek nie widać.

Pociąg, który nie wiezie zagłady

Nie mogąc szybko i istotnie wzmocnić swoich sił w Ukrainie, Kreml stara się zatrzymać Ukraińców innymi środkami. Głównie strachem. Przy czym Rosjanie niekoniecznie chcą przestraszyć samych Ukraińców, bo tylko głupiec liczyłby na to po ponad pół roku wojny, która przyniosła ogrom śmierci, zniszczeń i nienawiści. Celem operacji zastraszenia są społeczeństwa i polityków państw zachodnich, których wsparcie dla Ukrainy ma kluczowe znaczenie dla jej sukcesu na froncie. A jak lepiej zastraszyć obywateli państw europejskich, jeśli nie wizją użycia na ich kontynencie broni jądrowej, której Rosja ma pod dostatkiem? Strach przed atomem i skażeniem jest zawsze silny. Widać to po tym, co się niestety dzieje w europejskich mediach.

Ogromne zainteresowanie wywołała historia o rzekomym "atomowym pociągu", który ma wieźć taktyczne głowice atomowe. Jako pierwsze zaczęły o nim w alarmującym tonie pisać brytyjskie media, zaczynając od "The Times" i "Guardian". Powoływały się przy tym na wpis na Twitterze polskiego analityka zajmującego się rosyjskim wojskiem, Konrada Muzyki. Opisywał on to, co widać na nagraniu krążącym w rosyjskiej sieci, pokazującym pociąg z załadowanymi pojazdami wojskowymi. Na podstawie swojej wiedzy stwierdził, że to pojazdy należące do 12 Głównego Zarządu Ministerstwa Obrony, który odpowiada za wszystko, co jest związane z samymi głowicami jądrowymi. Przejmuje je od zakładów produkcyjnych, transportuje, przechowuje, konserwuje i w razie potrzeby przekazuje jednostkom bojowym do wykorzystania.

- Gdybym wiedział, w jaki sposób mój wpis zostanie wykorzystany i fałszywie zinterpretowany przez brytyjskich dziennikarzy, to w życiu bym go nie napisał. Ostatnie czego chcę, to podsycanie emocji w tak napiętej sytuacji - mówi Gazeta.pl Muzyka. Jak tłumaczy, na podstawie opisanego nagrania nie można stwierdzić, że w pociągu są jakieś głowice jądrowe. Sam to zresztą zaznaczył w swoich kolejnych wpisach. Jego zdaniem widać na nim pojazdy należące do 12 GMUO. I tyle. - Uznałem to za interesujące, ponieważ obserwuje rosyjskie wojsko od lat i widzę takie nagranie pierwszy raz. Moim zdaniem, nie jest to przypadek, że wyciekło akurat teraz - stwierdza analityk, założyciel firmy Rochan Consulting.

Muzyka zaznacza, że gdyby przez Rosję jeździły właśnie jakieś nadzwyczajne składy pod kontrolą 12 GMUO, wiozące głowice jądrowe ze składów do jednostek celem wykorzystania w Ukrainie, to pierwszy wiedziałby o tym wywiad USA, a nie on dzięki filmikowi z sieci. - W interesie Amerykanów byłoby to natomiast maksymalnie nagłośnić, a nic takiego nie robią. Wręcz uspokajają, że takich ruchów nie widzą - mówi analityk.

Torpeda, która nie wywoła tsunami

W tym samym czasie zaczęła krążyć historyjka o rzekomym nadchodzącym teście rosyjskiej "torpedy apokalipsy", czyli systemu Posejdon. Jako pierwszy zaczął ją propagować włoski dziennik "La Repubblica", powołują się na anonimowe źródła w NATO. Autorzy twierdzili, że na Morzu Karskim jest już unikalny atomowy okręt podwodny Biełgorod, który ma odpalić "atomową torpedę", opisując przy tym plastycznie, jak ma ona przy pomocy bardzo silnej głowicy termojądrowej wywołać skażone tsunami, które zdewastuje wybrzeże państw wrogich Rosji. Całość była napisana tak, jakby Rosjanie mieli niebawem naprawdę zdetonować coś takiego. Dodatkowo według informatorów dziennika Biełgorod miał "zniknąć".

Okręt podwodny Oriel typu Antej. Zbudowany na tej samej bazie Białogrod wygląda z zewnątrz bardzo podobnieNajdłuższy w historii okręt podwodny wyszedł na próby

Tymczasem prawda jest znacznie bardziej prozaiczna. Owszem, Biełgorod jest w morzu, ale nigdzie nie zniknął. Okręty podwodne mają to do siebie, że mogą się zanurzyć i na jakiś czas zniknąć z powierzchni. Jednak akurat teraz Biełgorod chodzi po powierzchni w świetle dziennym, a jak wypatrzył analityk H I Sutton, widać go na cywilnych zdjęciach satelitarnych na Morzu Barentsa. Ostatni raz 27 września. Nie jest przy tym wykluczone, że okręt rzeczywiście przeprowadzi jakiś test systemu Posejdon. Rosjanie pracują nad nim już dekadę i nie wiadomo, aby kiedykolwiek rzeczywiście w ogóle wystrzelili wielką torpedę. Być może się do tego właśnie szykują. Morze Barentsa i położone dalej na wschód trudnodostępne Morze Karskie to tradycyjnie obszar, na którym Rosjanie testują swoje okręty podwodne i różne systemy przenoszenia broni jądrowej.

Tylko że nie oznacza to rychłej gigantycznej eksplozji termojądrowej. Test może oznaczać na przykład samo wypuszczenie wielkiej torpedy z okrętu. Ewentualnie wypuszczenie i uruchomienie napędu. Małe kroczki i stopniowe sprawdzanie działania na razie eksperymentalnej broni. Możliwości jest wiele, ale nie są one zwiastunem apokalipsy. NATO na pewno z zainteresowaniem obserwuje ruchy okrętu Bełgorod, ponieważ chce się dowiedzieć o nim wszystkiego, co możliwe. Dlatego niechybnie informacje na ten temat krążą w strukturach Sojuszu.

Zobacz wideo

Promienie lasera, którego nie ma

Na fali doniesień o rzekomych przygotowaniach Rosjan do wszczęcia apokalipsy w nocy z wtorku na środę w sieci zaczęły robić karierę zdjęcia dziwnych słupów światła nad Rosją. W tym w miastach blisko granicy z Ukrainą. Od razu pojawiły się twierdzenia, że oto Putin pozwolił zacząć używać najnowocześniejszych rosyjskich superbroni, czyli w tym wypadku lasera Pierieswiet. Mówiąc delikatnie, nie jest to prawda. To naturalne zjawisko. W odpowiednich warunkach atmosferycznych, przy niskiej temperaturze i wysokiej wilgotności, silne źródła światła na ziemi mogą tworzyć takie słupy światła. Nie trzeba do tego lasera bojowego.

Zwłaszcza że tak naprawdę system Pierieswiet najpewniej jest eksperymentem istniejącym w jednym egzemplarzu. Rosjanie chwalili się nim krótko, w 2018 roku. Włączono go do listy rosyjskich superbroni, którymi w tamtym czasie próbował robić wrażenie Putin. Nie wiadomo jednak tak naprawdę, do czego ów Pierieswiet miałby służyć. Rosjanie oficjalnie tego nie sprecyzowali. Spekulowano o oślepianiu satelitów zwiadowczych, niszczeniu rakiet, dronów i wielu innych możliwościach. Rosjanie są jednak generalnie bardzo zapóźnieni w badaniach nad laserami i można założyć, że to po prostu eksperyment. Jest bardzo mało prawdopodobne, aby znienacka prześcignęli resztę świata i stworzyli pełnoprawny laserowy system bojowy o dużej mocy.

Na dodatek opublikowane nocne zdjęcia pokazują liczne słupy światła. Musiałoby to oznaczać, że Rosjanie wyprodukowali wiele Pierieswietów i potajemnie rozmieścili je w pobliżu granicy. Jedno i drugie jest mało realne, bo na pewno byłyby o tym jakieś informacje. Zwłaszcza że według wcześniejszych oficjalnych zdjęć i nagrań eksperymentalny laser jest zamontowany na ogromnej naczepie, która na pewno wzbudziłaby zainteresowanie rosyjskich cywili, powszechnie nagrywających znacznie mniej interesujące transporty sprzętu.

Nie ma pewności, czy Rosjanie w ogóle mają taktyczne głowice jądrowe do systemów takich jak IskanderRosyjska taktyczna broń jądrowa jest owiana tajemnicą

Sygnału o realnym zagrożeniu brak

Wszystkie te przykłady dobitnie pokazują, jak bardzo podatni jesteśmy na rosyjską kampanię strachu. Możemy się spodziewać jej kontynuacji, bo widać, że są efekty. Zwłaszcza że Rosjanie tradycyjnie na jesieni przeprowadzali ćwiczenia swoich sił strategicznych o zwyczajowej nazwie Grom. Odpalano rakiety, testowano łączność i dowodzenie, oraz transport sprzętu na duże odległości. W obecnej sytuacji te doroczne ćwiczenia mogą zostać przeprowadzone na wyjątkową skalę, aby wysłać wyjątkowy sygnał. Sytuacją na linii frontu w Ukrainie tego wymaga.

Gdyby Rosjanie rzeczywiście szykowali się do użycia broni jądrowej, to możemy być pewni, że USA i NATO jako całość głośno by o tym ostrzegali. Nic takiego nie robią. Wręcz przeciwnie, od początku wojny padają zapewnienia, że nie widać żadnych niepokojących przygotowań. Ruchy oddziałów wspomnianego 12 Głównego Zarządu Ministerstwa Obrony są na pewno pilnie obserwowane. Tak samo jak wszystkie podległe mu magazyny broni jądrowej i powiązanie z nimi bazy, w których są jednostki mające owej broni użyć.

Eksperci podkreślają, że ryzyko wykorzystania przez Rosję broni masowego rażenia jest niewielkie. Niestety nie można go całkowicie wykluczyć, bo jak przekonaliśmy się już dobitnie, Putin potrafi podejmować nielogiczne decyzje, przynoszące mu więcej szkód niż zysków. W takiej sytuacji jedyne co można robić, to zachować spokój i przekonywać rosyjskiego przywódcę, że nic by na tym nie zyskał, tylko stracił. Jeśli ulegniemy teraz jego szantażowi nuklearnemu, to nic go nie zatrzyma przed użyciem go ponownie, a wiele innych państw wrogich NATO i generalnie Zachodowi też zacznie to narzędzie stosować.

Więcej o: