Taktyczna broń jądrowa. Straszak Putina, o którym niewiele wiadomo

Rosyjski arsenał taktycznej broni jądrowej jest owiany tajemnicą. Ten strategiczny podlega umowom rozbrojeniowym z USA, więc Rosjanie musieli dużo o nim ujawnić. Taktyczny nie podlega i wiadomo niewiele.

W aktualnych gorących dyskusjach na temat potencjalnego użycia przez Rosję broni jądrowej wobec Ukrainy to właśnie taktyczna broń jądrowa odgrywa rolę straszaka. Teoretycznie takiej należałoby użyć do relatywnie niewielkiego uderzenia, mającego na celu raczej zastraszyć Ukraińców i świat, niż wywołać destrukcję na masową skalę. Tylko tak naprawdę w takim scenariuszu ta broń taktyczna, taktyczną by być przestała.

Co jest czym

Wynikałoby to z faktu, że podział broni jądrowej na strategiczną i taktyczną nie wynika z jakichś ich konkretnych właściwości. To nie jest tak, że głowica o mocy 300 kiloton (czyli o mocy wybuchu odpowiadającej 300 tysiącom ton trotylu, około 20 bomb zrzuconych na Hiroszimę) jest zaliczana do strategicznych, a o mocy 250 kiloton to już taktyczna. Na przykład amerykańskie głowice W76 montowane na rakietach balistycznych Trident dla okrętów podwodnych, mogą mieć moc od 100 kiloton, do zaledwie 5-7 kiloton (zależy od wersji). Bomby lotnicze B61 mogą mieć natomiast moc do ponad 300 kiloton (zależy od wersji i ustawienia mocy eksplozji). Jednak to ta pierwsza broń jest określana jako strategiczna, a ta druga jako taktyczna.

To nie jest też tak, że oba rodzaje jakoś różnią się zasadą działania lub efektami. Głowica termojądrowa, to głowica termojądrowa. Każda ma taki sam mechanizm działania, a efekty ich wybuchu zależą tylko od mocy i sposobu użycia, co oznacza głównie wysokość wybuchu. Inne skutki będzie miała eksplozja na granicy atmosfery, na kilkuset metrach, na poziomie gruntu, albo po wbiciu się na kilka, kilkanaście metrów.

O tym, jaka broń jądrowa jest taktyczna, a jaka strategiczna, decyduje cel jej użycia. W uproszczeniu strategia wojskowa to przygotowywanie, planowanie i prowadzenie wojny w skali makro. Na poziomie całego państwa i całego wojska. Taktyka to planowanie i prowadzenie działań wojennych na niższym szczeblu, na polu bitwy. Stratedzy myślą o tym, jakie należy mieć siły i w jaki sposób ich użyć do pokonania przeciwnika jako całości. Taktycy myślą o tym jak wykorzystać posiadane siły, aby pokonać przeciwnika na polu walki.

Analogicznie z bronią jądrową. Ta strategiczna służy do osiągnięcia celów bardzo ogólnych, czyli zniszczenie całego państwa przeciwnika, zmuszenie go do uległości, zniszczenie jego potencjału do prowadzenia wojny. Taktyczna służy natomiast do niszczenia sił przeciwnika już na polu walki. I to jest istota podziału. Nie to ile kilometrów kwadratowych konkretna głowica jest w stanie obrócić w skażone pobojowisko. Ten podział dyktuje też pewne różnice w konstruowaniu głowic taktycznych i strategicznych, a przede wszystkim w ich tak zwanych środkach przenoszenia. Czyli rakietach, samolotach i innych urządzeniach, które dostarczają je do miejsca, gdzie mają wybuchnąć.

Zobacz wideo

Bomba termojądrowa w plecaku

Broń strategiczna zazwyczaj jest oczywiście silniejsza. Obecny standard to od około 100 do 350 kiloton. Rzadko trafiają się już silniejsze głowice, choć podczas zimnej wojny były też takie o mocy kilku megaton (kilka milionów ton trotylu, to już setki Hiroszim). Konstruowano jeszcze potężniejsze, ale były za ciężkie i nieporęczne w użyciu, więc zniknęły z arsenałów. Podstawowym zadaniem współczesnych strategicznych sił jądrowych jest uderzenie w swojego odpowiednika po drugiej stronie barykady. Czyli zniszczenie sił jądrowych wroga. Do tego jego systemu łączności oraz dowodzenia, ewentualnie kluczowych baz wojskowych, zakładów przemysłowych i punktów infrastruktury transportowej. Na całym terytorium państwa wroga. Środki przenoszenia broni strategicznej to głównie duże rakiety balistyczne zdolne pokonać wiele tysięcy kilometrów i bombowce strategiczne.

Broń taktyczna zazwyczaj jest słabsza. Zazwyczaj od kilku kiloton do okolic stu kiloton. Środki jej przenoszenia są najróżniejsze. W czasie zimnej wojny głowice termojądrowe starano się wykorzystać do właściwie wszystkiego. Najbardziej klasyczne zadanie to niszczenie oddziałów przeciwnika (czyli rakietą balistyczną, albo bombą lotniczą w miejsce, gdzie na przykład zbierał się do ataku duży oddział liczący kilkadziesiąt czołgów i kilkaset innych pojazdów), przez uderzenia na jego zaplecze (punkty dowodzenia, składy amunicji, rejony działania artylerii przeciwlotniczej, ważne mosty, stacje kolejowe itp.). Jednak to tylko wierzchołek góry lodowej. Więcej głowic było do innych zadań. Montowano je powszechnie w rakietach przeciwlotniczych i powietrze-powietrze, aby jednym wybuchem likwidować całe formacje wrogich samolotów. Montowano je też w przeciwrakietach, które miały zestrzeliwać wrogie rakiety z głowicami jądrowymi eksplozją swojej. Stosowano je też w torpedach, bombach głębinowych, pociskach wystrzeliwanych z dział. Stosowano je nawet jako miny, zakopując na spodziewanych trasach natarcia przeciwnika, aby je zdetonować w odpowiednim momencie. Stworzono też plecaki dla dywersantów, zawierające niewielkie ładunki termojądrowe.

Rakieta balistyczna Trident IID5 po odpaleniu z zanurzonego okrętu podwodnego2,3 biliona złotych w dekadę. Amerykanie dyskutują, czy warto

Według oficjalnych deklaracji Rosji i USA, które w czasie zimnej wojny wyprodukowały dziesiątki tysięcy ładunków taktycznych, większość została zdezaktywowana i zniszczona. Nie trzyma się ich też już w gotowości do użycia, na przykład na okrętach. Szczegóły nie są jednak znane, bo nie ma traktatów nakazujących je ujawniać, a z dobroci serca nikt tego nie zrobi. Informacje są więc szczątkowe. Według analizy bardzo wiarygodnej w tym zakresie instytucji "Federation of American Scientists", Rosjanie w 2009 roku mieli około 5,4 tysiąca taktycznych ładunków jądrowych. Z tego 3,4 tysiąca w magazynach, niegotowych do użycia i oczekujących na rozmontowanie. Tylko około dwóch tysięcy miało być sprawnych i w arsenałach, czekających na ewentualny rozkaz wydania jednostkom.

Co istotne, spośród tych dwóch tysięcy, żadna głowica nie miała być przeznaczona dla wojsk lądowych. Czyli na przykład dzisiaj niesławnych rakiet Iskander. Około 1/3 miało być przeznaczone dla obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej (głównie system obrony rejonu Moskwy). Kolejne 1/3 dla lotnictwa (bomby i rakiety do atakowania celów w rejonie walk), a ostatnie 1/3 dla floty (torpedy, rakiety i bomby głębinowe).

Do dzisiaj ogólna liczba ładunków taktycznych miała się zmniejszyć, ale nie wiadomo do jakiego poziomu. Rosja posiada około 4,5 tysiąca zmagazynowanych głowic jądrowych, z czego 1,5 tysiąca starych i oczekujących na likwidację. Nie wiadomo ile z pozostałych 3 tysięcy to strategiczne, a ile taktyczne. Co istotne w obecnej sytuacji, najpewniej znalazłoby się kilkadziesiąt, a może i nawet kilkaset nadających się do zrzucenia przez lotnictwo na Ukrainę.

Rosyjska samobieżna wyrzutnia rakiety międzykontynentalnej Jars. Takie są zarezerwowane na USA"Groźby nuklearne Putina trzeba traktować poważnie, ale na chłodno."

Nie byłaby to powtórka Czarnobyla

Biorąc jednak pod uwagę fakt, że o tym czy dana broń jest taktyczna, czy strategiczna, decyduje głównie cel jej użycia, to dla Rosjan dzisiaj każda głowica termojądrowa jest strategiczna. Gdyby Putin rozkazał użycie tej broni wobec Ukraińców (co według ekspertów jest obecnie bardzo mało prawdopodobne), to liczyłby na osiągnięcie celu o charakterze strategicznym, czyli odstraszenie ukraińskiego wojska od dalszych ataków, a państw Zachodu od wspierania Ukrainy. Konsekwencje też byłby o skali strategicznej, bo niezależnie od mocy użytego ładunku, najprawdopodobniej cały świat byłby w szoku, a krytyka oraz ostracyzm byłyby globalne.

Z czysto polskiej perspektywy użycie jednej, czy nawet kilku niewielkich głowic termojądrowych na wschodzie, czy południu Ukrainy, nie oznaczałoby jakichś katastrofalnych konsekwencji. Na przykład już dość duże ładunki o mocy stu kiloton, wyrządziłyby poważne szkody w promieniu maksymalnie kilku kilometrów. Jedynym zagrożeniem byłaby chmura skażenia. Kierunek jej rozprzestrzenienia się zależałby od wiatrów panujących w momencie detonacji. Nie byłyby to jednak chmury śmierci lecące nad całym kontynentem. Awaria w Czarnobylu wyrzuciła w powietrzę więcej skażenia, niż wyrzuciłaby w powietrze jedna niewielka głowica termojądrowa.

W historii przeprowadzono około pół tysiąca testów broni jądrowej w powietrzu lub na powierzchni. Ich łączna moc jest szacowana na ponad pół gigatony (ponad 500 megaton, ponad 30 tysięcy Hiroszim). Wszystkie skutkowały wielkimi chmurami skażonego pyłu kształtującego się w charakterystyczne grzyby, następnie rozwiewanymi przez wiatr. Bezpośrednio śmierć powodowały jedynie w nielicznych wyjątkowych sytuacjach, kiedy popełniono jakieś ewidentne błędy w przygotowaniu testów i osoby postronne znalazły się zbyt blisko miejsca eksplozji, dodatkowo na trasie opadu radioaktywnego pchanego wiatrem. Wpływ długofalowy tego całego szaleństwa testowania można było oszacować jedynie bardzo ogólnie. Według amerykańskiej Narodowej Akademii Nauk owe pół gigatony testów przełożyło się na od 2 do 25 dzieci z wadami genetycznymi na każdy milion, w generacji urodzonej po najintensywniejszym okresie wybuchów.

Nie należy się więc obawiać, że użycie jednej lub kilku mniejszych głowic jądrowych w rejonie walk w Ukrainie będzie miało jakiś katastrofalny wpływ na Ziemię, albo nawet Europę czy Polskę. Dla Ukraińców, już doświadczonych Czarnobylem, sprawa na pewno wyglądałaby inaczej. Dlatego nie pozostaje nic innego, jak usilnie przekonywać Putina, że taki ruch przyniósłby mu więcej strat, niż korzyści.

Więcej o: