Mobilizacja nie przesądza wyniku wojny. Rosja może się na tym potknąć

Rosyjska mobilizacja nie zmieni drastycznie sytuacji na froncie. Jej efektem nie będzie zalanie Ukrainy falami Rosjan, które potem powędrują na zachód ku Polsce. Podręcznikowa mobilizacja wymagałaby wielu miesięcy, a tych Władimir Putin nie ma. Na razie będą więc półśrodki i łatanie frontu, aby nie dopuścić do kolejnych ukraińskich kontrofensyw.

Samo słowo mobilizacja może brzmieć groźnie i sugerować powołanie pod broń milionów mężczyzn. Zebranie całej siły państwa i przestawienie jej na tory wojenne. To jednak nie ZSRR z okresu II wojny światowej. To putinowska Rosja, która pod wieloma względami jest wioską potiomkinowską. Skrajnie nieefektywną. Ogłoszona mobilizacja nie będzie więc miała natychmiastowych katastrofalnych skutków dla Ukrainy. Owszem, może zmienić sytuację na froncie w perspektywie kilku miesięcy, ale nie jest wykluczone, że jednocześnie doprowadzi do poważnych problemów wewnętrznych w Rosji.

Pierwsze autobusy wyruszyły

Minister obrony Rosji Siergiej Szojgu oficjalnie zadeklarował w wywiadzie, że celem aktualnej "częściowej mobilizacji" jest powołanie 300 tysięcy ludzi. W zdecydowanej większości takich, które mają świeże doświadczenie wojskowe, czy kiedyś byli cennymi specjalistami w obsłudze uzbrojenia. Ma nie być branek przypadkowych młodych ludzi, czy wyciągania studentów z zajęć i wręczania im kamaszy. Zwykli poborowi dalej mają nie być wysyłani do Ukrainy. Wszyscy powołani mają dodatkowo przechodzić przeszkolenie. Tyle teorii.

W praktyce rozporządzenie na temat mobilizacji jest bardzo ogólnikowe. Nie ma nic o 300 tysiącach czy o tym kto zostanie zmobilizowany, a kto nie. Władza będzie więc mogła elastycznie i w zależności od swoich potrzeb wybierać ofiary do wręczenia kart powołania. W czwartek pojawiły się już pierwsze nagrania ładowania powołanych mężczyzn do autobusów i ich pożegnań z rodzinami.

Ponieważ dzieje się to w dobę po ogłoszeniu mobilizacji, to komisariaty wojskowe (coś w rodzaju polskich wojskowych komend uzupełnień) musiały już mieć przygotowane listy ludzi do powołania. Wiadomości o przygotowaniach do takiego scenariusza nadchodziły z Rosji już od wielu miesięcy. Wzywano ludzi do komisariatów celem aktualizacji danych. Teraz szybko można było im wręczyć stosowny papier z informacją o powołaniu pod broń i nakazem stawienia się o godzinie takiej to i takiej w czwartek.

Jest możliwe, że na takich listach do jak najszybszego wcielenia są ludzie uznawani za najbardziej wartościowych. Zgodnie ze słowami Szojgu. Czy to po niedawnym skończeniu zawodowej służby, czy to rezerwiści teoretycznie mający cenne umiejętności w rodzaju kierowca czołgu, czy obsługa bardziej skomplikowanych systemów uzbrojenia. Pojawiają się jednak też doniesienia, że powołania dostają przypadkowi młodzi ludzie, albo uczestnicy protestów. Można się spodziewać, że władza będzie się w ten sposób pozbywać różnych niewygodnych dla niej osobników.

Zobacz wideo

Nie będzie nowych dywizji, ale łatanie dziur

Kluczowe dla efektów mobilizacji będzie jednak to, co z tymi ludźmi Rosja zrobi dalej. W teorii powinna skierować do wyznaczonych do rozwinięcia jednostek, gdzie czekają doświadczeni żołnierze zawodowi i magazyny wyposażenia. Tam powinni zostać poddani intensywnemu szkoleniu i po kilku miesiącach tworzyć znośnie wyszkolony, zgrany oraz uzbrojony oddział. Tak to miało działać w ZSRR i pozwalać uzupełniać straty poniesione w walce przez najlepsze oddziały pierwszego rzutu. Zmobilizowani cywile mieli stanowić coraz większą część każdego kolejnego rzutu wysyłanego na zachód ku spotkaniu z NATO.

Tylko to teoria. Jej wdrożenie w życie zgodnie z podręcznikami wymagałoby utrzymywania w czasie pokoju sprawnego systemu mobilizacyjnego i rozpoczęcia całego procesu przed wybuchem wojny. Rosja Putina robiła to pierwsze na małą skalę, a na to drugie już za późno. Doświadczeni zawodowcy, którzy powinni teraz intensywnie szkolić zmobilizowanych, dawno są na froncie, albo nie żyją czy są ranni. Magazyny z zapasem ciężkiej broni czekającej na mobilizację są już od kilku miesięcy drenowane z tego co najlepsze, a to, co w nich zostało, na pewno jest w kiepskim stanie. Dotychczasowe pół roku wojny dobitnie pokazało, że nawet te najlepsze rosyjskie oddziały, w większości zawodowe, mają problem z wyszkoleniem i jakością wyposażenia. Cóż może czekać zmobilizowanych?

Jens StoltenbergStoltenberg o groźbach Władimira Putina. "Niebezpieczna i lekkomyślna retoryka"

Z tego powodu jest bardziej prawdopodobne, że Rosjanie na razie skupią się na uzupełnianiu tych oddziałów, które już są w rejonie walk. Nie tworzeniu nowych dywizji czy armii. Podstawowym problemem rosyjskiego wojska w Ukrainie jest brak ludzi, zwłaszcza zwykłych piechurów czy załóg czołgów. Wiele oddziałów ma być obsadzonych w połowie, może trochę więcej. Na pewno bez problemu wchłonęłyby szybko kilkanaście tysięcy ludzi, albo i kilkadziesiąt. Zmobilizowani po symbolicznym szkoleniu w Rosji najpewniej będą kierowani ekspresowo na front, gdzie albo szybko przyswoją wiedzę od bardziej doświadczonych kolegów, albo zginą. Takie szybkie łatanie dziur w zamierzeniu Kremla ma najpewniej na celu zamrozić sytuację na froncie, aby Ukraińcy nie byli w stanie przeprowadzać kolejnych kontrofensyw w rodzaju tej charkowskiej, gdzie z łatwością przebili się przez słabo obsadzony rosyjski front.

Mobilizacja ma drugi istotny element. Nie chodzi o powoływanie pod broń nowych ludzi, ale zatrzymanie w wojsku tych, którzy już w nim są. Ponieważ Rosja ciągle nie nazwała wojny wojną i teoretycznie jest w stanie pokoju, to żołnierze zawodowi mogli wypowiadać swoje kontrakty i odmawiać wzięcia udziału w walkach. I robili to na skalę, która była problemem. Teraz problemu nie ma, bo po ogłoszeniu mobilizacji i zmianach w kodeksie karnym, nikt nie może zrezygnować ze służby, a kary za dezercję są znacznie cięższe (za opuszczenie jednostki na kilka dni - pięć lat więzienia, za ponad miesiąc - 10 lat). Dodatkowo nie ma innego istotnego problemu, czyli wygasania kontraktów. Większość rosyjskich wojskowych podpisuje je na określony okres. I w obecnej sytuacji mało było chętnych na ich przedłużanie. Dodatkowo w pierwszych miesiącach wojny wiele osób dało się skusić obietnicami pieniędzy i chwały na podpisanie krótkich kontraktów, zazwyczaj do pół roku. I na jesieni/w zimie by się one kończyły, powodując kolejny poważny odpływ ludzi. Teraz problemu nie ma, bo wszystkie kontrakty zostały przedłużone bezterminowo na czas mobilizacji.

Kolejki w pobliżu granicyTłumy Rosjan opuszczają kraj. Kolejki na granicy z Gruzją [WIDEO]

Na półśrodki już za późno

Te uzupełnienia i powstrzymanie ucieczki nie sprawiają jednak, że Rosja nagle zacznie wygrywać. Co najwyżej będzie miała szansę na ustabilizowanie sytuacji. Przynajmniej w perspektywie najbliższego pół roku. Co będzie dalej, nie sposób prognozować. Utworzenie nowych oddziałów reprezentujących sobą cokolwiek więcej niż tak zwane mięso armatnie, musi zająć wiele miesięcy. Nawet jeśli wiosną 2023 byłyby gotowe do ruszenia na front, to i tak pozostanie problem słabego dowodzenia, dziurawej łączności i braku współpracy z lotnictwem. Do tego pogłębiłyby problemy niewydolnej logistyki, która przy około 150 tysiącach ludzi w rejonie walk działa umownie. Co dopiero przy 300 lub 450 tysiącach? Zawał. Zwłaszcza w miesiącach zimowych. Samo pośpieszne utworzenie kilku nowych dywizji nie będzie więc czymś, co natychmiast skazuje Ukraińców na porażkę.

Co więcej, cały ten proces jest bardzo ryzykowny dla samego Kremla i Putina. Po ponad pół roku wmawiania obywatelom, że to operacja specjalna, która idzie zgodnie z planem, nagle ogłaszana jest mobilizacja. Trudno o bardziej dobitny dowód, że coś jednak nie gra. To uderzenie w autorytet Putina, choć pewnie uznany przez niego samego za mniejsze zło w porównaniu do kolejnych dużych sukcesów Ukraińców na froncie.

Jednocześnie mobilizacja musi doprowadzić do dalszego spadku morale w rosyjskim wojsku, które i tak jest już kiepskie. Żołnierze kontraktowi stają się więźniami i tracą nadzieję na powrót do domu w dającym się przewidzieć czasie. Na dodatek są w defensywie i raz po razie ponoszą porażki. Morale mobilizowanych będzie na pewno znikome. Wojna nie wiadomo po co, która miała iść dobrze, ale jednak idzie źle, ewidentne porażki teoretycznie znacznie lepiej wyszkolonych zawodowców. Do tego liczne dowody na traktowanie jak mięso armatnie mężczyzn zmobilizowanych na okupowanych terytoriach. Kiedy dojdzie do tego najpewniej znikome szkolenie, stare wyposażenie i braki w zaopatrzeniu zimą... Zdemoralizowana i rozżalona armia to natomiast coś, co już kilka razy sprawiło poważne problemy władcom Kremla. To kolejne ryzyko dla Putina.

Rosyjski przywódca nie miał jednak specjalnie alternatywy. Poza czekaniem na kolejne ukraińskie kontrofensywy, a finalnie przyznaniem się do porażki i przystąpieniem do rozmów pokojowych na niekorzystnych warunkach. To jednak coś, na co Putin z własnej woli najpewniej się nie zgodzi. Tak jak pisaliśmy już wiele miesięcy temu, po porażce pierwotnego planu wojny błyskawicznej, Rosjanom nie zostało nic innego jak mobilizacja. Gdyby zarządzono ją wówczas, to sytuacja na froncie w najbliższych miesiącach stała się dla Ukraińców skomplikowana. Na szczęście Kreml długo się przed nią bronił półśrodkami, a efektem był coraz poważniejsze porażki na froncie. Pytanie, czy mobilizacja też będzie prowadzona na pół gwizdka, aby uniknąć zbytniego rozdrażnienia ludności. Retoryka o jej "częściowości" na to wskazuje. Wówczas będzie to coś, co wojnę przedłuży, a nie da Rosji zwycięstwo. O ile zwycięstwo jest jeszcze w ogóle możliwe, co jest wątpliwe. Pytanie jak wiele śmierci i zniszczenia spowoduje Rosja, zanim się z tym pogodzi.

Więcej o: