Chiny wystrzeliły rakiety w pobliżu Tajwanu. Ekspert: Pekin musi zrobić bardzo dużo szumu

- Pekin musi dzisiaj zrobić bardzo dużo szumu i wystrzelić bardzo dużo fajerwerków po to, żeby udowodnić własnej opinii publicznej, że coś robi, że walczy z amerykańskim imperializmem i marionetkami na Tajwanie - ocenia napięcie na linii Chiny-Tajwan i Chiny-USA Michał Bogusz z Ośrodka Studiów Wschodnich. Ekspert mówi w rozmowie z Gazeta.pl, jak jego zdaniem w najbliższych tygodniach i miesiącach może rozwinąć się sytuacja na Pacyfiku.

Tajwan poinformował, że w środę wieczorem nad archipelagiem Kinmen pojawiły się niezidentyfikowane drony. Władze w Tajpej podały również, że doszło do cyberataku na stronę internetową resortu obrony. W środę swoją wizytę na wyspie zakończyła przewodnicząca Izby Reprezentantów USA Nancy Pelosi. Wizyta odbyła się przy ostrym sprzeciwie Pekinu, który prowadzi ćwiczenia wojskowe w rejonie wyspy. - Chiny zapędziły się przed wizytą Nancy Pelosi na Tajwanie w próbę zablokowania tej wizyty - stwierdza Michał Bogusz.

Więcej aktualnych informacji z kraju i ze świata na stronie głównej Gazeta.pl

Zobacz wideo Karetka dla Ukrainy. "Pomyślcie o tym, że dziecko spotka się z ojcem w domu. To nie tylko stos żelaza i sprzętu"

Michał Bogusz: Chiny wyładowują frustrację

- To było z góry skazane na niepowodzenie, ponieważ nie ma takiej opcji, żeby Amerykanie zgodzili się, żeby to Pekin dyktował, kto może, a kto nie może jechać na Tajwan albo w żadne inne miejsce z Waszyngtonu - podkreśla Michał Bogusz. Specjalista Ośrodka Studiów Wschodnich tłumaczy, że ten błąd Chiny wynika z kilku powodów. 

Pelosi miała lecieć na Tajwan w kwietniu i wtedy wizytę odwołano z powodu COVID-19. Sądzę, że w Pekinie uznano, że koronawirus był tylko pretekstem, a skutek przyniosły ich protesty. Teraz założono, że podobna operacja odniesie analogiczny skutek. Wynika to ze złej kalkulacji i oceny sytuacji w kwietniu. Ale jak już raz rozpętano histerię narodową z powodu wizyty Pelosi, to już nie można się wycofać. I teraz mamy tego konsekwencje, czyli podgrzewanie atmosfery wokół Tajwanu

- wyjaśnia nasz rozmówca.

Michał Bogusz ocenił, że napięcia w regionie potrwa przynajmniej do jesieni, do XX zjazdu Komunistycznej Partii Chin albo do marca kolejnego roku, kiedy sesja parlamentu w Pekinie będzie musiała zaakceptować zmiany personalne ze zjazdu KPCh. - Czeka nas gorąca jesień i zima wokół Tajwanu. Ale to wszystko moim zdaniem są fajerwerki, szum, wyładowywanie frustracji, wynikającej z bezsilności, żeby zrobić przedstawienie dla własnej opinii publicznej, że "walczymy, jesteśmy silni, zwarci, gotowi i wszyscy muszą się z nami liczyć". Po drugie: to gra na Amerykanów, by ograniczyć ich apetyt w przyszłości na podobne wizyty, a może nawet próbować coś wytargować, np. zniesienie dodatkowych taryf nałożonych przez Donalda Trumpa - uważa ekspert OSW.

Michał Bogusz: Dzisiaj chińska armia nie jest w stanie opanować Tajwanu

W rozmowie z Gazeta.pl Michał Bogusz zaznacza, że nigdy nie można wykluczyć scenariusza, w którym Xi Jinping i jego otoczenie uznają, że Chiny są już na tyle potężne, że mogą rzucić wyzwanie USA, Zachód się kończy i kiedy tylko chiński żołnierz postawi stopę na Tajwanie, to będzie po wszystkim.

- Nie można wykluczyć, że w to wierzą. Ale z tego co wiemy, jak sytuację oceniają średniego szczebla chińscy wojskowi, analitycy, to oni zdają sobie sprawę z braków chińskiej armii. Wiedzą, że dzisiaj chińska armia nie jest w stanie opanować Tajwanu. Byłaby w stanie przeprowadzić zmasowane ataki rakietowe na wyspę, mogłaby się pokusić o zajęcie wysepek i innych obszarów, które są pod administracją Tajpej. Mogłaby próbować przeprowadzić blokadę morską i powietrzną wyspy. Ale nie wiadomo, czy byłaby w stanie wygrać i skutecznie blokować wyspę, szczególnie gdyby USA i sojusznicy zdecydowali się na przełamanie i doszłoby do poważnej wojny morskiej - ocenia nasz rozmówca.

Michał Bogusz uzupełnia, że Chiny nie są w stanie technicznie przeprowadzić zmasowanej akcji desantowej na wyspę.

Z drugiej strony mają świadomość, że mają tylko jedną szansę. Jeśli zdecydują się na wojnę, to będzie wojna o wszystko. Będą musieli nie tylko szybko opanować Tajwan, ale zadać też Amerykanom tak duże straty, że ci będą musieli się wynieść z zachodniego Pacyfiku. Na dzisiaj Chiny ani gospodarczo, ani technologicznie, ani militarnie nie są gotowe na tak dużą wojnę, która byłaby nie tylko wojną o Tajwan, ale też wojną ze Stanami Zjednoczonymi i ich sojusznikami na zachodnim Pacyfiku

- sądzi ekspert.

Michał Bogusz: Ambicje Chin sięgają dalej niż tylko Tajwan

Tajwan podał, że w środę wieczorem doszło do ataku hakerskiego (DDoS) na stronę internetową resortu. W czwartek po północy jej działanie zostało przywrócone. - Wojna informacyjna działa w dwie strony. Przykładowo, wielu Chińczyków zaczęło wyrażać w mniej lub bardziej zawoalowany sposób obawę przed wojną. Pisali, że gdyby do niej doszło, to sprawy ułożą się niekorzystnie dla Chin. Cenzura zaczęła wszystko czyścić. Nie zmienia to faktu, że sytuacja nie jest jednoznaczna. Pekin ma bardzo dużo narzędzi do prowadzenia wojny informacyjnej, do kontrolowania własnej przestrzeni informacyjnej, ale ma też problemy z wpływaniem na przestrzeń informacyjną poza Chinami. Mimo tego, że dużo się uczy i próbuje to robić. Potrafi neutralizować pewne informacje i zapobiec szybkiemu rozpowszechnianiu się niektórych wiadomości - uważa Michał Bogusz.

Nie ma też wątpliwości, że rosnące napięcia pomiędzy Pekinem i Tajpej oraz Pekinem i Waszyngtonem trzeba rozpatrywać przez pryzmat ambicji Chin. - Jeżeli ktoś się łudzi, że "oddamy Chinom Tajwan i one się tym zadowolą i będzie spokój", to jest to ta sama kategoria myślenia, że Rosja zadowoli się oddaniem Krymu. Ambicje Xi sięgają daleko i muszą sięgać daleko. To jest jeden z elementów stałych systemu autorytarnego, który musi się rozrastać, musi eliminować wszelkie "zagrożenia", które dany reżim dostrzega - tłumaczy.

Nasz rozmówca uważa, że Tajwan jest zagrożeniem dla władzy KPCh nie tylko dlatego, że blokuje możliwość realizacji ambicji międzynarodowych, ale także pokazuje, że w obrębie chińskiej cywilizacji istnieje alternatywa, że całkiem dobrze może funkcjonować demokracja. - Zatem Tajpej przeczy temu, że demokracja liberalna nie jest dobrym rozwiązaniem dla Chin - zapewnia Bogusz.

Ekspert zwraca uwagę na dużą transformację świadomościową, która w ciągu ostatnich 30 lat zaszła w społeczeństwie Tajwanu. - Formułuje się naród tajwański, świadomość narodowa. To jeszcze nie jest zakończony proces, musi okrzepnąć. Oczywiście proces nie dotyczy wszystkich mieszkańców wyspy, ale postępuje. Pekin ma tego świadomość i widzi, że możliwość zjednoczenia bezpowrotnie zanika. Jeszcze 30 lat temu ok. 70 proc. Tajwańczyków uznawało, że są Chińczykami lub mają podwójną tożsamość chińsko-tajwańską. W tej chwili niektóre badania mówią o tym, że prawie 80 proc. mieszkańców wyspy uważa się tylko za Tajwańczyków - relacjonuje Bogusz.

Michał Bogusz: Xi Jinping nie zdecyduje się na rozmowę z Wołodymyrem Zełenskim

W czwartek prezydent Ukrainy w wywiadzie dla gazety "The South China Morning Post" zaapelował do chińskich władz o wywieranie nacisku na Rosję w kwestii przestrzegania prawa międzynarodowego. Przyznał, że chciałby porozmawiać z prezydentem Xi Jinpingiem.

- Nie sądzę, żeby przewodniczący XI się zdecydował na taką rozmowę. Przynajmniej nie w najbliższym czasie. Nie miałby na tym nic do wygrania - ocenia specjalista OSW.

Michał Bogusz dodaje, że Pekin próbuje udawać neutralność, ale nie zmienia to faktu, że jest globalnym sojusznikiem Rosji. - Dosyć specyficznym sojusznikiem, który nie chce ponosić żadnych większych kosztów tego sojuszu. Więzi Chin i Rosji są bardzo silne. Wynikają z postrzegania Zachodu, demokracji, wolności jako największego, fundamentalnego zagrożenia dla obu reżimów. Rozumiem oczywiście Zełenskiego, który prowadzi wojnę na śmierć i życie. Jednak moim zdaniem jego wysiłki w kierunku chińskim są skazane na niepowodzenie - przekonuje rozmówca Gazeta.pl.

Pomóż Ukrainie, przyłącz się do zbiórki. Pieniądze wpłacisz na stronie pcpm.org.pl/ukraina >>>

Więcej o: