Analityczka PISM Anna Maria Dyner przyznaje, że zdecydowanie widać wzrost liczby ostrzałów całego terytorium Ukrainy, nie tylko w tych miejscach, gdzie trwają intensywne działania zbrojne. - Szacuje się, że w weekend Rosja wystrzeliła od 60 do 80 pocisków różnego typu w stronę celów nie tylko wojskowych, ale właśnie cywilnych. Warto zwrócić uwagę, że nie zawsze Rosjanie stosują precyzyjną broń. W niektórych przypadkach rozrzut może wynosić nawet kilka kilometrów. Celem może być zupełnie inna infrastruktura, a potem się okazuje, że rakiety trafiają w budynki mieszkalne lub centra handlowo-usługowe - wyjaśnia rozmówczyni Gazeta.pl.
Więcej aktualnych informacji z kraju i ze świata na stronie głównej Gazeta.pl
Intensyfikacja działań wymierzonych w cywilów w ostatnich dniach ma kilka powodów. Wśród nich można wymienić np. spotkanie liderów państw grupy G7 i szczyt NATO, który rozpoczyna się we wtorek w Madrycie. Celem jest maksymalne wyniszczenie Ukrainy.
- Kiedy rozpoczynała się wojna o Donbas, widzieliśmy, że Rosjanie w ogóle nie przejmują się stratami po stronie ukraińskiej. Przeciwnie - chcą, żeby były jak największe – te finansowe, gospodarcze i społeczne, ludzkie. Podejrzewam, że to ma również dodatkowy aspekt psychologiczny. Ci, którzy być może poczuli się nieco bezpieczniej w tych rejonach, które nie są objęte działaniami zbrojnymi, w zasadzie czuć się bezpiecznie nie mogą. To oczywiście źle oddziałuje na ukraińską gospodarkę, to wszystko jest systemem naczyń połączonych - mówi nam analityczka programu Bezpieczeństwo Międzynarodowe PISM.
Rosjanie mogą celowo myśleć o wywoływaniu paniki. To będzie powodowało kolejne fale uchodźców zmierzających po pierwsze - do zachodniej Ukrainy, jako przesiedleńcy wewnętrzni, co będzie bardzo dużym wyzwaniem dla państwa ukraińskiego, a po drugie - w stronę państw unijnych
- zaznacza ekspertka.
Jak podkreśla, ostatnie ataki rezonują na obszarze całej Ukrainy i wszędzie zaburzają poczucie bezpieczeństwa. - Oddziałują niekorzystnie na myślenie o przywróceniu normalności, normalniejszym funkcjonowaniu gospodarki. To też jest związane z tym, że ludzie uciekają, nie chcą otwierać swoich biznesów, nie będą nawet próbowali znajdować namiastek normalności. To jest zastraszanie ukraińskiego społeczeństwa i przez to oddziaływanie na ukraińskie władze - uzupełnia.
W weekend Rosjanie ostrzeliwali okolice Odessy. Zaatakowali port nad Morzem Czarnym z bombowca Tu-22. W wyniku ataku w jednej z wsi zniszczonych zostało kilka domów i budynków gospodarczych, wybuchł pożar. Rannych zostało sześć osób, w tym dziecko.
W przypadku ataków w tym regionie Ukrainy ekspertka Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych podkreśla, że to uderzenia w wizerunek państw zachodnich. - Rosja otwartym tekstem obwinia Zachód o nadchodzący kryzys żywnościowy i wywołanie głodu. To ma duże znaczenie np. w Afryce. Unia Afrykańska już zaczyna mówić językiem rosyjskiej propagandy. Rosjanie podkreślają, że to nie oni blokują porty na Morzu Czarnym, ale że to Ukraińcy je zaminowali. Z punktu widzenia wojskowego trudno dziwić się Ukrainie, która obawia się tego, że jeśli rozminuje podejście do portu, Rosjanie natychmiast to wykorzystają militarnie - podkreśla ekspertka Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.
Anna Maria Dyner dodaje, że Moskwa chce obrócić wprowadzone sankcje przeciwko tym, którzy o nich zdecydowali. Przypomina ostatnie wypowiedzi Władimira Putina o stałej gotowości Rosji do tego, by eksportować zboże.
We wtorek w stolicy Hiszpanii rozpoczyna się szczyt NATO. Już w poniedziałek społeczność międzynarodowa dowiedziała się o pierwszych, najnowszych ustaleniach Sojuszu. Sekretarz Generalny poinformował, że NATO zwiększy siły szybkiego reagowania z ok. 40 tys. do 300 tys. żołnierzy.
- Podejrzewam, że wschodnia flanka będzie "odmieniana przez wszystkie przypadki". Sądzę, że Rosja zostanie wpisana wprost jako zagrożenie dla Sojuszu. O tym przekonamy się w czasie trwania szczytu. Myślę, że tu ważna będzie również odpowiedź państw wschodniej flanki na pytanie o to, jak się dozbrajać. Z jednej strony na pewno popłyną głosy, że Rosja się wykrwawia, że dużo już straciła w Ukrainie. Ale nie możemy lekceważyć Rosji. Im lepiej się uzbroimy teraz, tym trudniej Rosji będzie tworzyć potencjał, który zagrozi NATO - tłumaczy analityczka PISM.
Anna Maria Dyner uważa, że możliwość przystąpienia Białorusi do wojny w Ukrainie nadal jest niewielka. – Tak naprawdę chodzi o apelowanie, by Białoruś była ostrożna i zachowała jakieś pozory swojej własnej niezależnej polityki bezpieczeństwa, bo na razie wygląda na to, że to Rosjanie decydują o tym, jak powinna ona wyglądać. Na razie nie wygląda jednak na to, żeby siły białoruskie miały wziąć udział w walkach. Spodziewałabym się innej rzeczy. Jeśli Rosja znów chciałaby przeprowadzić jakąkolwiek ofensywę na północną Ukrainę, to znowu będzie to musiała zrobić z białoruskiego terytorium i prawdopodobnie wtedy siły zbrojne Białorusi będą wykorzystane jako zaplecze logistyczne - mówi w rozmowie z Gazeta.pl.
Ekspertka przyznała, że to, co może niepokoić, to charakter ćwiczeń białoruskich w ostatnim czasie. Postawiono w nich bowiem na kwestie logistyki. - Nie ma też cienia wątpliwości, że jakieś jednostki rosyjskie zostały na Białorusi. Żadna ze stron nie mówi jednak o tym. Natomiast zakaz wstępu do lasu na terenach przygranicznych jest dość specyficznym posunięciem, zwłaszcza że pogranicze białorusko-ukraińskie to tereny w sporej części od lat wyjęte z użytkowania, co jest pokłosiem katastrofy w Czarnobylu, dokąd można wjechać jedynie za specjalnym pozwoleniem lub nielegalnie - zaznaczyła Anna Maria Dyner.
Pomóż Ukrainie, przyłącz się do zbiórki. Pieniądze wpłacisz na stronie pcpm.org.pl/ukraina >>>