USA. 267 masowych strzelanin w 166 dni. Senat robi pierwszy krok, by zatrzymać hegemonię broni palnej

Wiktoria Beczek
Ponadpartyjne porozumienie w Senacie ma być pierwszym krokiem do przełamania hegemonii broni palnej w Stanach Zjednoczonych. Szczegóły nie są na razie znane, a republikanie mogą jeszcze próbować wyrwać ustawie (i tak niezbyt ostre) zęby. Ale politycy zdają się w końcu rozumieć, że myśli i modlitwy nie zatrzymają setek masowych strzelanin w roku, a najmłodsze dzieci powinny uczyć się, jak przechodzić przez ulicę, a uczą się, jak zachować się, gdy do szkoły wedrze się napastnik.

W ataku na szkołę podstawową w Uvalde zginęły 22 osoby - 19 dzieci, dwóch nauczycieli i sprawca. Napastnik miał 18 lat, półautomatyczny karabin kupił w sieci tuż po swoich urodzinach. Łącznie kupił też 1657 sztuk amunicji. Do ataku w Uvalde doszło zaledwie 10 dni po ataku w Buffalo, gdzie 18-letni napastnik zabił 10 czarnoskórych osób w supermarkecie Tops. Nastolatek kupił wcześniej dwie sztuki broni - strzelbę i karabin. W obu przypadkach broń była kupiona legalnie.

Strzelaniny, w tym strzelaniny masowe (czyli takie, w których giną co najmniej cztery osoby, nie licząc sprawcy), to w USA problem, który należy nazwać powszechnym. Tylko w tym roku od broni palnej zginęło już ponad 19,5 tys. osób. Większość, prawie 11 tys. to samobójstwa, ale kolejne prawie 9 to zabójstwa, morderstwa, trafienia przypadkowe i użycie w obronie. Masowych strzelanin jest więcej niż dni w roku - piszę to 166. dnia roku, a licznik strzelanin wskazuje 267 i liczba ta codziennie - dosłownie codziennie - rośnie.

W 2021 roku doszło do 692 masowych strzelanin. Liczba ta wzrosła znacznie od 2019 roku, kiedy wynosisła 417. W 2014 roku takich tragedii było "zaledwie" 269.

Przypadki śmierci od broni to setki czerwonych kropeczek na mapie. Więcej jest ich na wschodnim i zachodnim wybrzeżu, mniej w centrum kraju, gdzie ludność jest dużo bardziej rozproszona. Na interaktywnej mapie zdarzeń z bronią, tylko w ciągu 72 godzin (11-13 czerwca) zaznaczono 23 zdarzenia w Detroit i okolicach, 18 w Filadelfii, 14 w Milwaukee, 13 w Waszyngtonie, 12 w Los Angeles i Nowym Jorku, 10 w Houston. Tylko 13 czerca zginęło 20 osób, a 59 zostało rannych.

Z roku na rok rośnie też liczba zabijanych dzieci - w ubiegłym roku zabito 313 dzieci w wieku do 11 lat i 1247 nastolatków w wieku 12-17. W tym roku tragiczny licznik już wskazuje 164 zabitych młodszych i 592 zabitych starszych dzieci.

Columbine. Synonim strzelaniny w szkole

Nazwą miejscowości, która stała się tożsama ze strzelaniną w szkole, jest Columbine. Liceum w Kolorado zaatakowali dwaj jego uczniowie - Eric Harris i Dylan Klebold. Broń kupiła im starsza koleżanka i koledzy z pizzerii, w której dorabiali. Przygotowali też 99 ładunków materiału wybuchowego - od przerobionych na bomby butli z gazem i bomb rurowych po koktajle Mołotowa. Ich planem było wysadzenie bomb na szkolnej stołówce w godzinie lunchu, co miało zabić setki osob. Tych, którzy przeżyli, planowali zabijać z broni palnej. Zginąć miały też służby - od bomb pozostawionych w samochodach przed szkołą. W stołówce tego dnia było 488 uczniów. Bomby jednak nie eksplodowały.

O 11:19 Harris i Klebold zaczęli strzelać. Pierwszymi ofiarami byli uczniowie, którzy jedli lunch na trawie przed budynkiem. Napastnicy strzelali do kogo popadnie. Nauczycielowi Dave'owi Sandersowi udało się wyprowadzić około stu uczniów ze stołówki, sam został postrzelony, a następnie Klebold rzucił w niego bombą rurową. Inna nauczycielka zdołała wciągnąć Sandersa do klasy i z pomocą uczniów przez trzy godziny udzielała mu pomocy, kolejni uczniowie oddawali swoje ubrania, by tamować krwotok z pleców i szyi nauczyciela.

Najgorsze wydarzyło się w bibliotece, gdzie Harris i Klebold wdarli się, gdy w środku ukrywało się ponad 50 uczniów, dwoje nauczycieli i dwoje bibliotekatrzy. Napastnicy dobrze się bawili - chodzili od stolika do stolika (pod nimi ukrywali się uczniowie), wybierając sobie ofiary, w tym czarnoskórego ucznia, z którego najpierw kilka chwil szydzili, a potem zastrzelili. Do kogoś innego krzyknęli "akuku" przed oddaniem strzałów. Nie zabili wszystkich prawdopdobnie tylko dlatego, że wciąż wydawali się przekonani, że niebawem wysadzą całą szkołę. W bibliotece zginęło 10 osób, a 12 zostało rannych.

Harris i Klebold udali się potem na stołówkę, gdzie za pomocą broni palnej i koktajlu mołotowa próbowali zdetonować największe bomby. Jedyne, co udało im się osiągnąć, to mały pożar, który ugasiły uruchamiane automatycznie zraszacze. Następnie wrócili do biblioteki, skąd większość osób udało się już ewakuować. O 12:05 ogień ustał. Kilka minut później obaj napastnicy popełnili samobójstwo. Dwa wyspecjalizowane oddziały SWAT weszły do szkoły dopiero ponad godzinę później. Do nauczyciela, który wyprowadził uczniów ze stołówki, służby dotarły dopiero około 15. Przniesiono go do lepiej dostępnego pomieszczenia, a następnie wysłano tam ratowników, jednak Sanders zmarł od odniesionych ran. Oprócz niego w Columbine zginęło 12 uczniów i napastnicy.

Zignorowane sygnały

Motywy napastników nie są do końca jasne i pojawiały się na ten temat różne teorie - od zaburzeń psychicznych, przez zemstę za prześladowanie w szkole, terroryzm na tle politycznym, aż po fascynację i inspirację Marilynem Mansonem i gry wideo.

Columbine miało i wciąż ma wielu naśladowców. Tylko w ubiegłym roku zatrzymano dwóch nastolatków na Florydzie, którzy planowali atak na szkolę w 25. rocznicę Columbine i 15-latkę z Utah, która rówież planowała masową strzelaninę inspirowaną Harrisem i Kleboldem.

Do ataku w Columbine mogło nie dojść. Abstrahując od kwestii dostępu do broni, służby miały sygnały o problemach obu nastolatków z prawem. Po wspólnym włamaniu z kradzieżą Harris i Klebold zostali wcześniej zwolnieni z programu zajęć dla osób nieradzących sobie z gniewem, a w przypadku gróźb wobec szkolnego kolegi, które w sieci umieszczał Harris, biuro szeryfa przygotowało, ale nigdy nie skierowało do sądu wniosku o przeszukanie. Motywy przemocy i zabijania pojawiały się też w szkolnych pracach nastolatków. Mówi się wręcz, że one zwiastowały masakrę.

Zakaz sprzedaży broni szturmowej na 10 lat

Jakkolwiek źle to brzmi, po Columbine był dobry czas na polityczne działania. W 1994 roku wszedł w życie Federal Assault Weapons Ban, który zakazał produkcji, przekazywania i posiadania półautomatycznej broni szturmowej oraz przekazywania lub posiadania broni z magazynkiem na więcej niż 10 nabojów. Autorką przepisów była senatorka Dianne Feinstein, a przez izbę przeprowadzał je nie kto inny, jak ówczesny senator, dziś prezydent Joe Biden. 

Ustawa była daleka od ideału - zakazywała tylko konkretnych modeli i nie działała wstecz, więc wyprodukowaną przed jej wejściem w życie broń wciąż można było posiadać, a nawet sprzedawać. Nie wprowadzała też tego, na czym dziś skupiają się aktywiści - powszechnej weryfikacji nabywców broni.  Zakaz miał jednak przede wszystkim inną wadę - miał obowiązywać przez dekadę.

Analiza danych, którą przeprowadziło w 2019 roku stowarzyszenie zrzeszające chirurgów urazowych, wskazała, że mimo luk zakaz istotnie wpłynął na liczbę strzelanin. Przed 1994 roku liczba śmierci w masowych strzelaninach stale rosła (stąd zresztą wzięła się inicjatywa polityczna). Przez dekadę z zakazem, nawet wliczając w to Columbine, liczba masowych strzelanin i liczba ofiar spadła. Z kolei po 2004 doszło do gwałtownego wzrostu - między 2004 a 2017 rokiem w masowych strzelaninach ginęło średnio 25 osób rocznie. Dla porównania - przed 2004 roku była to liczba 7,2 osoby rocznie, a w trakcie obowiązywania zakazu - 5,3 osoby.

Zobacz wideo LeDuff do Polaków: "Nie róbcie u siebie tego, co widzieliście u nas na Kapitolu"

Chirurdzy wyliczyli, że ryzyko śmierci w masowej strzelaninie było o 70 proc. niższe w czasie obowiązywania zakazu. I dalej - gdyby zakaz obowiązywał przez zakres czasu poddany analizie, czyli w latach 1981-2017, możnaby zapobiec 314 z 448 masowych strzelanin, do których doszło w czasie, gdy zakaz nie obowiązywał. To optymistyczne dane, bardziej sceptyczna była agencja rządowa National Institute of Justice, która stwierdziła, że w sześciu miastach, w których przeprowadzano badania, liczba przestępstw z użyciem broni półautomatycznej spadła o 17 proc. Badania prowadzono jednak wcześnie, w 2004 roku, i sam Instytut stwierdzał, że jest za wcześnie na konkluzje.

Jak przypomina "The New York Times", w 2004 roku zakaz wygasł po cichu, bez większych działań demokratów. - Dziś, po Buffalo i Uvalde jest na to ciśnienie, ale w 2004 roku demokraci w ogóle nie byli zainteresowani odnowieniem zakazu - powiedział "NYT" Brian Malte, działacz na rzecz kontroli broni, który wówczas walczył o przedłużenie przepisów. Malte dodaje, że do 2004 roku wszyscy zdążyli się otrząsnąć po Columbine.

- Brak woli demokratów, by zainwestować kapitał polityczny w powszechne poparcie dla zakazu broni szturmowej i przerobienie go na presję polityczną, przyczynił się do kryzysu, z którym mamy dziś do czynienia - uważa z kolei Igor Volsky, założyciel organizacji Gun Down America.

W tym czasie republikanie wraz z lobby zbrojeniowym uczynili z zamiłowania do broni szturmowej centralny element identyfikacji konserwatystów.

Święta druga poprawka do Konstytucji

Republikanie przekonują, że nasilający się problem ze strzelaninami nie ma związku z dostępem do broni i zrzucają winę na problemy psychiczne. Republikański gubernator Teksasu mówił dokładnie o tym po Uvalde - trzeba ułatwiać dostęp do pomocy psychiatrycznej.

To zasłona dymna. Problemy ze zdrowiem psychicznym mają ludzie na całym świecie, a jednak w żadnym innym kraju od broni nie ginie 20 osób w jeden dzień. Z cytowanych przez Vox wyliczeń Small Arms Survey z 2018 roku wynika, że na 100 Amerykanów przypadało ponad 120 sztuk broni. Dziś jest to prawdopodobnie jeszcze wyższa liczba, bo w czasie pandemii broń zakupiło 1 na 5 gospodarstw domowych. Nie oznacza to, że każdy Amerykanin posiada broń. Połowa wszystkich egzemplarzy jest w rękach zaledwie trzech procent społeczeństwa. To tzw. superposiadacze, którzy posiadają po kilkanaście sztuk.

Tuż po strzelaninie w Uvalde pisaliśmy o tym, jak inne kraje poradziły sobie z dostępem do broni. Nowa Zelandia, zaledwie miesiąc po masakrze w Christchurch, była gotowa do prowadzenia ustawy, która zakazała broni. Co więcej, rząd odkupił broń od tych Nowozelandczyków, którzy ją posiadali.

Amerykańscy republikanie i lobbyści są jednak jak rzep psiego ogona uczepieni drugiej poprawki do Konstytucji Stanów Zjednoczonych, która zakłada, że obywatele USA mają prawo do posiadania i noszenia broni. Absurdalne jest jednak podchodzenie do niej bezkrytycznie! W 1791 roku, kiedy pooprawka wchodziła w życie, bronią palną były różnego rodzaju garłacze i muszkiety, których samo załadowanie (przez lufę) chwilę trwało. Dziś, popularny karabinek szturmowy AR-15 może wystrzelić kilkadziesiąt nabojów bez przeładowania. Tego rodzaju broni użyli napastnicy m.in. w szkole Sandy Hook w 2012 roku (prawie 30 ofiar, głównie kilkuletnich dzieci) i w liceum w Parkland (17 ofiar).

Ponadpartyjne porozumienie, pierwsze od prawie 30 lat

W Kongresie trwają obecnie prace nad ponadpartyjnym projektem zaostrzającym przepisy o dostępie do broni. Demokraci nie mogą przegłosować bardziej radykalnych zmian sami ze względu na tzw. filibuster (pomyślany jako bezpiecznik zapewniający uwzględnienie głosu mniejszości, pozwala dziś zablokować niemal wszystkie reformy partii rządzącej). Senator Chris Murphy po strzelaninach zadeklarował, że przekona do swoich racji 10 republikanów i dotrzymał słowa - w pracach bierze udział po 10 senatorów z obu partii. 

Wiadomo już, że w porozumieniu nie znajdzie się zakaz sprzedaży broni szturmowej, bo nie ma szans, by taki projekt zyskał poparcie republikanów. Murphy wyjaśnił, że politycy zgodzili się co do finansowania dla poszczególnych stanów, by uchwaliły i wprowadziły tzw. red-flag laws. Chodzi o umożliwienie służbom tymczasowego odebrania broni osobom, co do których jest uzasadnione podejrzenie, że mogą stanowić zagrożenie dla siebie lub innych. Miliardy dolarów mają być też przeznaczone na bezpieczeństwo szkół i psychiatrię, w tym ogólnokrajowy plan rozbudowy lokalnych przychodni zdrowia psychicznego.

Przepisy o "czerwonych flagach" mają być punktem spornym. Może się okazać, że w pracach w Senacie przepis zostanie złagodzony i wprowadzenie prawa w życie będzie dla władz stanowych opcjonalne. Murphy twierdzi, że nie można karać stanów, które się na to nie zdecydują. W takim przypadku dotacje federalne miałyby finansować służby porządkowe i psychiatrię. Wstępnie jednak przewodniczący mniejszości republikańskiej w Senacie Mitch McConnell poinformował, że odpowiada mu porozumienie i jeśli ustawa będzie zgodna z przedstawionymi założeniami, to ją poprze. Za jego opinią powinni pójść pozostali senatorowie.

Rygorystyczna weryfikacja najmłodszych nabywców broni

Kluczowe zmiany miałyby dotyczyć weryfikacji każdej osoby, która chce nabyć broń pod kątem tego, czy w przeszłości dokonywała przestępstw lub była sprawcą przemocy domowej. 

Chodzi zwłaszcza o kontrolę osób poniżej 21. roku życia. Ustawa ma wprowadzić rygorystyczną weryfikację nabywców w wieku 18-21 lat, którzy od licencjonowanego dilera mogą kupić broń długą, taką jak strzelba. Szczegóły nie są jeszcze znane, ale redakcja The Trace, portalu, który zajmuje się wyłącznie przemocą z użyciem broni, zakłada, że FBI i inne agencje rządowe, które zajmują się przeprowadzaniem takiej weryfikacji, będą kontaktować się z lokalnymi służbami porządkowymi, by sprawdzić rejestry młodocianych przestępców i poufne rejestry z informacjami nt. zdrowia psychicznego.

Senator Murphy zapowiedział, że czas na weryfikację będzie wydłużony. O co chodzi? Prawo federalne zakłada obecnie, że służby mają tylko trzy dni na przeprowadzenie weryfikacji i nawet jeśli jej nie zakończą, sprzedawca ma prawo wydać broń. Potocznie mówi się o tym "luka Charleston" od strzelaniny w tym mieście w 2015 roku. 21-letni biały suprematysta zamordował tam dziewięć czarnoskórych osób. Ustawa miałaby wydłużyć czas, który służby mają na przeprowadzenie dochodzenia. Jak podaje kongresmen James Clyburn, przez problem z ukończeniem weryfikacji w ciągu trzech dni od 1998 roku ponad 75 tys. sztuk broni dostało się w ręce osób, które nie powinny mieć prawa jej nabyć.

The Trace zauważa jednak, że Kongres nie może zmusić stanów do przekazywania informacji FBI, a ponadto poszczególne stany mają różne prawa dotyczące np. poufności informacji dot. wykroczeń popełnianych przez nieletnich i zdrowia psychicznego. Nie jest więc jasne, jak senatorowie chcą wprowadzić nowe przepisy.

W ustawie ma zostać też usunięta luka dotycząca przemocy domowej (ang. boyfriend loophole). Dotychczas broni nie mógł kupić sprawca przemocy w sformalizowanych związkach, teraz do zakazu włączeni zostaną też sprawcy przemocy wobec nieformalnych partnerów.

Kupienie broni online i na targach będzie trudniejsze

Ustawa ma też zabronić kupowania broni dla osób trzecich i dać władzom federalnym narzędzia do walki ze sprzedawcami, którzy kupują broń tam, gdzie jest to legalne i sprzedają niezgodnie z prawem w stanach z bardziej rygorystycznym podejściem do jej sprzedaży. 

Zmienić ma się też definicja sprzedawców broni tak, by każdy, kto czerpie zyski z regularnej sprzedaży broni (a nie tylko podmiot, dla którego jest to głównym źródłem utrzymania), przeprowadzał weryfikację nabywcy. W większości przypadków już dziś nabywca musi przejść ten proces, ale około 1 na 5 sztuk broni odbywa się bez tej kontroli, np. przy sprzedaży online lub na targach broni. Bez kontroli broń kupił zabójca siedmiu osób w Midland i Odessie w 2019 roku. Wcześniej licencjonowany dealer odmówił mu sprzedaży broni ze względu na informację o jego problemach psychicznych.

- Czy to wystarczy, by zakończyć epidemię przemocy przy użyciu broni? Nie, ale to ważny krok. Oznaczał będzie też przełamanie 30-letniego zatoru i pokaże, że demokraci i republikanie mogą współpracować tak, by ratować ludzkie życie - mówił Murphy. Polityk poinformował, że senatorowie chcą przeprowadzić ustawę przez Kongres przed przerwą z okazji Dnia Niepodległości 4 lipca. 

Prezydent Joe Biden ocenił, że przepisy, choć skromne - prezydent życzyłby sobie zakazu sprzedaży broni szturmowej, powszechnej weryfikacji nabywców i podniesienia wieku osób mogących legalnie nabyć broń do 21 lat - są krokiem w dobrą stronę. Jak w pandemii COVID-19 znaczenie ma każda zaszczepiona osoba, tak w epidemii strzelanin w USA, każde zaostrzające dostęp prawo odrobinę zmniejsza liczbę ofiar strzelanin. "Ponadpartyjna zgoda ws. broni to mniej, niż życzyliby sobie tego demokraci po rasistowskiej masakrze w Buffalo i masowej strzelaninie w szkole podstawowej w Uvalde, ale to zdecydowanie więcej, niż się spodziewali" - ocenia "The New York Times". 

Hegemonia broni palnej

Amerykanie, wbrew powszechnemu europejskiemu przekonaniu, nie są wcale takimi zwolennikami broni. Problem polega na tym, że są większością milczącą. Przeciwnicy kontroli są - według badań Kristin Goss z Duke University - bardziej zmobilizowani, zaangażowani politycznie i zoorganizowani wokół potężnych grup lobbystycznych, jak National Rifle Assosciation. Grupy z przeciwnej strony barykady stosunkowo niedawno zaczęły się formalizować i są "Dawidem przy Goliacie lobby zbrojeniowego".

Pokolenia Columbine i Parkland, dzisiejsi czterdziestolatkowie i dwudziestukilkulatkowie, dorastały w traumie. Dziś wysyłają do szkół swoje dzieci i mają wszelkie podstawy ku temu, żeby się o nie bać. Bo choć większość Amerykanów chce kontroli dostępu do broni, choć demokraci mają swojego prezydenta i większość w Kongresie, to ludzie wciąż będą umierać w strzelaninach, póki lobby i posłuszni mu republikanie będą utrzymywać hegemonię broni palnej.

Więcej o: