Pilot, który dostarczał pomoc do zakładów Azowstal w Mariupolu: Byliśmy pewni, że zginiemy

- Byliśmy świadomi tego, że na 90 proc. zginiemy (...). Zrealizowanie takiej misji wydawało się wręcz niemożliwe. W tym samym momencie przychodziła jednak refleksja, że musimy zawieźć pomoc i zabrać stamtąd rannych, dlatego podejmowaliśmy ryzyko - mówi pilot, uczestnik misji do oblężonych zakładów Azowstal w Mariupolu. Nagranie jego relacji opublikowały ukraińskie wojska lądowe.

Jak tłumaczy pilot, największa trudność polegała na dostarczeniu pomocy do miejsca położonego w głębi terenu zajętego przez wroga, znajdującego się ponad 100 km od ukraińskich pozycji. Na całym tym odcinku gęsto rozmieszczono rosyjskie systemy obrony przeciwlotniczej. Tylko w pobliżu oblężonych zakładów Azowstal znajdowały się trzy takie systemy. 

- Byliśmy świadomi tego, że na 90 proc. zginiemy, ale w tym samym momencie przychodziła jednak refleksja, że musimy zawieźć pomoc i zabrać stamtąd rannych, dlatego podejmowaliśmy ryzyko - mówi.

- Zrealizowanie takiej misji wydawało się wręcz niemożliwe. Gdy dotarło do nas, że wszystko się powiodło i jesteśmy żywi, to czuliśmy się królami świata. Wydawało nam się, że już zwyciężyliśmy i wszystko będzie dobrze - dodaje uczestnik misji.

Jak relacjonuje mężczyzna, w trakcie lotu powrotnego, jakieś trzy minuty po starcie, został trafiony rosyjskim pociskiem. Jeden z silników przestał działać, ale można było kontynuować lot. - Pilot drugiego śmigłowca, lecącego za mną, miał mniej szczęścia. Ich maszyna runęła w dół, cała załoga zginęła - dodaje.

Zobacz wideo

- Dlatego kiedy mnie trafili, dostałem strzał adrenaliny, ale potem już tylko wykonywaliśmy nasze zadania - mówi mężczyzna. Jak dodaje, na pokładzie przewoził 20 rannych, więc musiał wylądować w miejscu, które umożliwiało ich ewakuację. -  Dlatego po prostu lecieliśmy dalej - kontynuuje.

Pilot zaznacza, że przed rozpoczęciem misji wszyscy jej uczestnicy podpisali dokumenty, że są świadomi ryzyka i godzą się na udział.

Więcej najnowszych informacji przeczytasz na stronie głównej Gazeta.pl.

25 maja szef ukraińskiego wywiadu wojskowego (HUR) Kyryło Budanow poinformował, że do obleganego przez siły rosyjskie kombinatu Azowstal w Mariupolu wykonano siedem misji powietrznych z dostawami broni i żywności.

W akcji wzięło udział 16 śmigłowców Mi-8, z których siłom rosyjskim udało się zestrzelić dwa. Budanow nie sprecyzował, ile osób poniosło śmierć. Z kolei prezydent Wołodymyr Zełenski w wywiadzie z okazji trzeciej rocznicy objęcia urzędu powiedział, że w trakcie operacji zginęło "bardzo wielu lotników".

Wojna w Ukrainie - zdjęcie ilustracyjneUrzędnik Pentagonu o czterech błędach armii Putina. "Recepta na katastrofę"

Mariupol zagrożony epidemią. Liczba ofiar może przekroczyć 22 tysiące

Według mera Mariupola Wadyma Bojczenki, liczba ofiar wojny może przekroczyć zapowiadane wcześniej 22 tysiące osób. Okupacyjne rosyjskie władze układają ciała w masowych grobach, a na miejscowym cmentarzu znacząco rośnie liczba pochówków.

Matka z dziećmi, Ukraina, 24 maja 2022 rokuZorganizowali propagandowe obchody. "Jak się nazywa prezydent? Putin"

Wadym Bojczenko poinformował także, że w mieście nie ma wody pitnej, a wraz ze wzrostem temperatury i masowym rozkładem zwłok grozi to epidemią. Rosjanie zaczęli sprowadzać wodę z kontrolowanej przez siebie Donieckiej Republiki Ludowej, co jednak również nie zaspokaja potrzeb."Po prostu nie rozdają tej wody pitnej, którą wczoraj przywieźli do Mariupola. To znaczy zmuszają ludzi do pójścia do pracy, rozbiórki gruzów i pomocy w grzebaniu zabitych. Ludzie po prostu są zmuszeni pracować za wodę" - mówił mer Mariupola.

Samorządowiec zauważył, że co najmniej 100 tysięcy mieszkańców jest przetrzymywanych jako zakładnicy i nie mogą wejść na wolne tereny. Rosjanie nie otwierają zielonych korytarzy i nie dostarczają jedzenia - wbrew temu, co pokazuje ich propaganda.

Więcej o: