"Powiedziała do synka: 'Ja teraz będę spała'". Rodzice zginęli w ostrzałach, dzieci trafiły do ośrodka

Liczba dzieci, które straciły swoich rodziców w wojnie w Ukrainie, rośnie każdego dnia - wiele z nich trafia do ośrodka niedaleko granicy z Rumunią. Ich dramatyczne historie opowiada nam Katarzyna Kasperek-Drapik z kołobrzeskiej Służby Wolontariackiej. - Jedna z matek - gdy wiedziała, że umiera - zawołała do siebie pięcioletniego syna. Powiedziała mu: "Ja teraz będę spała, a Ty, bardzo proszę, mnie nie budź" - opowiada wolontariuszka. A to tylko jedna z wielu historii.

Wojna w Ukrainie stanowi bezpośrednie zagrożenie dla życia i dobrostanu 7,5 miliona dzieci - alarmuje UNICEF. Aż trzy miliony z nich potrzebuje pomocy humanitarnej. Od początku eskalacji konfliktu, zginęło 234 dzieci, a 330 zostało rannych. Nie ma dokładnych statystyk, które pokazałyby, jak wiele dzieci straciło w czasie wojny swoich rodziców - wiadomo jednak, że liczba ta rośnie z dnia na dzień.

Na początku rosyjskiej inwazji do Polski przybyły tysiące dzieci z ukraińskich sierocińców, co opisywaliśmy na Gazeta.pl. Teraz, niemal trzy miesiące po wybuchu wojny, sytuacja wygląda nieco inaczej. Dzieci, które straciły swoich rodziców w czasie wojny, są rozlokowywane w bezpiecznych ośrodkach na terytorium Ukrainy - bliżej granicy z Rumunią. O sytuacji w jednym z ośrodków opowiada nam Katarzyna Kasperek-Drapik z kołobrzeskiej Służby Wolontariackiej. Jak mówi, niespełna dwa tygodnie temu z prośbą o pomoc zadzwonił pan Roman z Kamieńca Podolskiego. - Błagał o wsparcie dla dzieci, których rodzice zostali zabici przez bomby i ostrzały. W lokalnym ośrodku na tamtą chwilę było ich 40. Po kilku dniach ta liczba wzrosła do 68, a teraz zbliża się do setki - mówi wolontariuszka.

Więcej najnowszych informacji przeczytasz na stronie głównej Gazeta.pl.

Zobacz wideo Katastrofalna eksplozja rosyjskiego czołgu trafionego ukraińskim pociskiem przeciwpancernym Stugna

I dodaje, że sposób niesienia pomocy również się zmienił.

- Cała pomoc z Polski dojeżdża maksymalnie do Lwowa i Kijowa. Dalej zapuszczają się tylko nieliczni, a to właśnie tam pomoc jest dziś najbardziej potrzebna - mówi Kasperek-Drapik.

Jak dodaje, historie ukraińskich sierot są dramatyczne i - wysłuchując ich - często nie sposób powstrzymać łez.

Dzieci nie mogły znieść widoku rozkładających się ciał

- Jedna z Ukrainek, która trafiła do nas w Kołobrzegu, opowiadała, że próbowała wydostać się z ostrzeliwanej miejscowości wraz ze swoimi dziećmi. Mówiła, że drogi były zaminowane, więc wszystkie samochody jechały poboczem, gdzie leżały rozkładające się ciała. Dzieci wymiotowały, nie mogły znieść tego widoku, ale był to jedyny sposób na ucieczkę - relacjonuje.

Nagle zobaczyła stojącą samotnie nastolatkę z pięcioletnim chłopcem. Byli brudni i przeraźliwie smutni. Zapytała, czy potrzebują pomocy i gdy okazało się, że zostali sami, zabrała je ze sobą i zawiozła do wspomnianego ośrodka. 16-letnia dziewczyna dopiero po jakimś czasie odważyła się opowiedzieć swoją historię

- mówi Katarzyna.

"Ja teraz będę spała, a Ty, bardzo proszę, mnie nie budź" 

Mieszkali w dziewięciopiętrowym bloku, więc jedynym bezpiecznym miejscem była piwnica. Chronili się tam przez trzy tygodnie. Nie mieli nic do jedzenia, więc wujek dzieci przez niewielki lufcik łapał gołębie, gotował je na małym ognisku i robił z nich zupę. Niestety od jedzenia gołębi wszyscy się pochorowali, a jedna z sąsiadek po kilku dniach cierpienia - umarła. Po tygodniu jej zwłoki zaczęły się rozkładać. Wujek postanowił wynieść gnijące ciało i pochować je na zewnątrz. Gdy opuścił piwnicę po chwili wszyscy usłyszeli wybuch - okazało się, że mężczyzna nastąpił na minę

- opowiadała wolontariuszce Ukrainka.

- Mama dzieci zachorowała na grypę i z powodu braku leków i głodu zmarła. Gdy wiedziała, że umiera, zawołała do siebie pięcioletniego syna. Powiedziała mu: "Ja teraz będę spała, a Ty, bardzo proszę, mnie nie budź" - mówiła.

Nastolatka poprosiła kobietę, by przytulała swoje dzieci i mówiła im, że je kocha. 

- Niech pamiętają twój zapach. Ja w tym momencie pamiętam tylko, jak pachnie rozkładające się ciało mojej matki - dodała, jak relacjonuje wolontariuszka.

Ukrainka nie mogła zabrać ze sobą sierot do Polski, gdyż jest to nielegalne, a samo przekazanie sierot stronie polskiej to skomplikowany proces urzędniczy. Dzieci przebywają w ośrodku, do którego organizowana jest pomoc.

Ukraińskie dzieci, którym pomagają wolontariusze z Grupy Walentyna"Te dzieci nie tulą się już do ludzi". Rosjanie odebrali im dzieciństwo

Potrzebne są podstawowe rzeczy. Jedzenie i środki czystości

- Przebywają tam niemowlaki, a nawet 14-latki. Najwięcej jest dzieci od 8 do 12,14 lat - dodaje Katarzyna Kasperek-Drapik.

Dzieci pilnie potrzebują:

  • Jedzenia,
  • Środków czystości,
  • Środków higieny mydła, żele i szampony,
  • Proszków do prania dla dorosłych i niemowląt.

Wysyłka Paczek:

Paczkomat KOL09M

Służba Wolontariacka

VI Dywizji Piechoty 61 78-100 Kołobrzeg

Telefon: 517-348-206

Wolontariuszka: W Polakach chęć pomocy zgasła

Jak mówi wolontariuszka kołobrzeskiej Służby Wolontariackiej, w ostatnim czasie chęć pomocy w Polakach nieco zgasła. - To nie jest to, co było na początku. U nas w Kołobrzegu spotykamy się nawet z atakami na Ukraińców. W ludziach jest wiele hejtu - mówi.

Jak dodaje, właściciele obiektów hotelarskich, którzy po rosyjskiej inwazji otworzyli drzwi dla uchodźców, teraz zamykają je w miarę zbliżającego się sezonu wakacyjnego. - Niektóre rodziny z dnia na dzień trafiły na ulicę. Szukamy im lokacji za granicą. Najczęściej w Danii, bo tam przygotowane są specjalne centra pomocy uchodźcom - tłumaczy.

Pomoc dla Służby Wolontariackiej i sierot z Ukrainy można wpłacać pod dwoma linkami:

Więcej o: