Skansen późnego ZSRR jako baza do ataku na Odessę. Ukraińcy zagrożenie bagatelizują i mają ku temu powody

Rzekomy zamach na budynki rządowe w separatystycznej stolicy Tyraspolu. Wysadzenie dużych nadajników radiowych kontrolowanych przez Rosjan. Nalot na strategiczny ukraiński most w pobliżu. W Naddniestrzu robi się niespokojnie, a stacjonuje tam rosyjskie wojsko.

Tak więc pomimo częstego przedstawiania w mediach tego kierunku jako źródła zagrożenia dla południa Ukrainy i Odessy, to jest ono tak naprawdę bardzo dyskusyjne. Sami Ukraińcy wydają się być bardzo pewni siebie w tym temacie, albo przynajmniej takie chcą stworzyć wrażenie. - Jeśli Mołdawia zwróci się do Ukrainy w tej sprawie, możemy przejąć kontrolę nad Naddniestrzem - stwierdził Ołeksij Arestowycz, doradca prezydenta Wołodymira Zełeńskiego.

Zobacz wideo

Siły nierobiące wrażenia

Naddniestrze to separatystyczna republika powstała na początku lat 90. na terytorium Mołdawii. Jest wciśnięta pomiędzy rzekę Dniestr a Ukrainę. Jej powstanie i przetrwanie było możliwe dzięki wydatnemu wsparciu 14. Armii wojska radzieckiego, a potem rosyjskiego, która stacjonowała na tym terenie w okresie rozpadu ZSRR. Bez jej ludzi, broni i ostatecznie bezpośredniego wsparcia w postaci ostrzału artyleryjskiego sił mołdawskich, separatyści najpewniej ponieśliby porażkę w 1992 roku. Naddniestrze do dzisiaj jest zależne od Rosji.

Na terytorium republiki separatystycznej stacjonują rosyjskie "siły pokojowe". To resztka 14. Armii, którą rozwiązano po wojnie w latach 90. W Naddniestrzu znajduje się też duży skład broni i amunicji radzieckiej. W latach 90. określano go największym we Wschodniej Europie, a jego zawartość szacowano na 20 tysięcy ton. Były to zapasy po części dla 14. Armii, a po części różnych oddziałów armii radzieckiej, które wycofywano z terytorium Czechosłowacji i NRD. Nie wiadomo, ile z tych 20 tysięcy ton dotrwało do dzisiaj w użytecznym stanie. Skład jest zapuszczony, stanowił przez lata źródło wyposażenia dla separatystów i znajduje się w bardzo skorumpowanym parapaństwie, gdzie kupienie poradzieckiej broni czy amunicji nigdy nie było problemem. Według rządu Mołdawii użyteczne może być około dziewięciu tysięcy ton.

Podobne wątpliwości są co do jakości rosyjskich oddziałów stacjonujących w Naddniestrzu. Wbrew podawanym przez część źródeł informacjom o ich liczebności sięgającej kilkunastu tysięcy ludzi, to faktycznie mowa o maksymalnie 1,5 tysiąca. Dwa bataliony zmotoryzowane, pozbawione czołgów, artylerii i broni przeciwlotniczej. Na dodatek od zawsze znajdujące się w ogonie rosyjskich sił zbrojnych jeśli chodzi o przydział wartościowych ludzi i sprzętu. Wśród tych 1,5 tysiąca tylko wąska kadra dowódcza ma być Rosjanami z Rosji. Reszta to miejscowi, którzy otrzymali rosyjskie paszporty i zaciągnęli się do służby. Ich chęć do walki w Ukrainie w imię imperialnych ambicji Kremla może być nikła.

Pożar zbiorników paliwa w Briańsku. 25 kwietnia ranoUkraińscy dywersanci w Rosji są możliwi

Teoretycznie Rosjanie mogliby liczyć na wsparcie sił zbrojnych Naddniestrza, ale są one równie niskiej jakości. Liczą na papierze 5,5 tysiąca ludzi, ale bardzo słabo wyszkolonych i uzbrojonych. Najcięższy sprzęt to kilkanaście czołgów i kilkadziesiąt starych transporterów opancerzonych. Do tego symboliczna artyleria i brak obrony przeciwlotniczej. Przy próbie wkroczenia Ukraińców na ich terytorium może podjęliby walkę, jednak udział w ofensywie u boku Rosjan? To już nie byłoby nic pewnego.

Reportaż fotograficzny z parady w Dniu Zwycięstwa w Tyraspolu.

Na dodatek siły rosyjskie są odcięte od jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz. Z jednej strony nieprzychylna Mołdawia, z drugiej Ukraina. Rosja nie ma więc w Naddniestrzu sił, które byłyby poważnym zagrożeniem. Dwa bataliony zmotoryzowane niskiej jakości, pozbawione istotnego ciężkiego uzbrojenia. Może kilka tysięcy jeszcze mniej wartych sił lokalnych. Gdyby Moskwa chciała je rzucić do ataku na Ukrainę z nowego kierunku, to nie zdziałałyby wiele. Ukraińcy najpewniej trzymają w rejonie strategicznie ważnej Odessy jakieś siły, które przy wsparciu lokalnej obrony terytorialnej najpewniej by sobie poradziły z tym zagrożeniem. Na dodatek akurat na tym teatrze ich lotnictwo mogłoby działać względnie swobodnie, a Rosjanie na swoje nie mogliby raczej liczyć.

Ryzyko, albo przydatne napięcie

Niezależnie od tego napięcie w Naddniestrzu podniosło się do poziomu niewidzianego od wojny na początku lat 90. Rosjanie twierdzą, że zamach w Tyraspolu i wysadzenie nadajników w Maiac to prowokacje Ukrainy oraz NATO, obliczone na wywołanie konfliktu w tym rejonie. W sieci publikowane są też nagrania amerykańskiego wojska w Rumunii podczas ćwiczeń, z podpisami sugerującymi, że zmierzają w kierunku granicy z Mołdawią. Władze separatystyczne ogłosiły wprowadzenie najwyższego stanu zagrożenia terrorystycznego.

Nagranie ataku na siedzibę separatystycznych służb bezpieczeństwa w Tyraspolu

Jednocześnie rosyjskie wojsko na przestrzeni dwóch dni przy pomocy rakiet manewrujących poważnie uszkodziło strategiczny most na południe od Odessy w miejscowości Zatoka, utrudniając potencjalne ruchy ukraińskiego wojska w południowo-zachodnim rogu kraju. Zniszczenie mostu zerwało jednak także połączenie kolejowe rejonu Odessy z Rumunią, co mogło być rzeczywistym zamiarem rosyjskiego ataku.

Napięcia stawiają w bardzo trudnej sytuacji Mołdawię, która pod rządami prezydent Mai Sandu obrała kurs mocno prozachodni. Kraj nie należy jednak do UE i NATO, a posiada tylko symboliczne siły zbrojne, na papierze nieco silniejsze niż separatyści z Naddniestrza. Kiszyniów deklaruje więc, że bardzo pragnie nie zostać wciągnięty w wojnę Rosji i Ukrainy.  Moskwa chciałaby jednak mieć jakieś sposoby nacisku na Mołdawię, aby utrudnić jej integrację z Zachodem. Podniesienie napięć może temu służyć. Zwłaszcza biorąc pod uwagę ubiegłotygodniową wypowiedź rosyjskiego generała Rustama Minniekajewa, p.o. dowódcy Centralnego Okręgu Wojskowego. Otwarcie stwierdził on, że celem działań rosyjskiego wojska jest między innymi zajęcie całego wybrzeża Ukrainy i dotarcie do Naddniestrza. Wówczas Mołdawia nagle okazałaby się graniczyć z wywierającą na nią silną presję Rosją.

Otwarcie nowego frontu w Naddniestrzu wydaje się być jednak z perspektywy Rosjan bardzo ryzykownym pomysłem. Zwłaszcza teraz, kiedy rosyjska ofensywa w kierunku Odessy już dawno się załamała. Tak jak mówi Arestowycz i co wydaje się być realistyczne, Ukraina miałaby duże szanse pokonać odosobnione rosyjskie oddziały stacjonujące na terytorium separatystów. Może Rosjanom chodzi tylko o to, żeby niepewnością zmusić Ukraińców do ciągłego trzymania w rejonie Odessy i Naddniestrza sił rezerwowych, które inaczej mogłyby zostać rzucone do walki w rejonie Cherosnia, gdzie ukraińskie wojsko od pewnego czasu odnotowuje systematyczne postępy.

Z drugiej strony, po co Ukraińcy mieliby atakować Naddniestrze i otwierać sobie dodatkowy front, kiedy muszą sobie radzić z poważną rosyjską ofensywą dalej na wschód? Po co Kijów miałby wchodzić w buty agresora, co na pewno ostudziłoby zapał wielu krajów do wspierania go w wojnie z Rosją?

Największe ryzyko pozostaje takie, że na Kremlu zostanie podjęta decyzja, która z naszej perspektywy wydaje się nie mieć sensu. Tak jak to już wiele razy się stało na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy. Nie jest wykluczone, że Władimir Putin usłyszał od swoich doradców zupełnie inną ocenę sił rosyjskich w Naddniestrzu i perspektyw ich wsparcia, oraz ukraińskich sił w rejonie Odessy. Wówczas otwieranie nowego frontu mogłoby się wydawać z perspektywy Kremla warte spróbowania.

Zobacz wideo
Więcej o: