Dywersanci w Rosji? Możliwe, ale bardziej prawdopodobna jest kombinowana operacja Ukraińców

W Rosji raz po razie coś wybucha, pali się albo zawala. Przypadki? Po części pewnie tak, bo Rosja nie jest państwem dbającym o infrastrukturę. Jednak w rejonie przy granicy z Ukrainą jest jak najbardziej możliwe, że Ukraińcy prowadzą skrytą wojnę podjazdową.

- Czysto teoretycznie wysłanie do Rosji jakichś ukraińskich grup dywersyjno-rozpoznawczych jest wykonalne. Nie zdziwiłbym się gdyby Ukraina, spodziewając się wojny, poczyniła odpowiednie przygotowania - mówi Gazeta.pl dr Michał Piekarski z Instytutu Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Wrocławskiego.

Zobacz wideo

Pożary, zawalenia, same wypadki

Pytania na temat jakiejś szeroko zakrojonej dywersji w Rosji zaczęły się nasilać w minionym tygodniu, po tym jak jednego dnia, 22 kwietnia, wybuchły dwa silne pożary. Jeden w wojskowym instytucie badawczym w Twerze, a drugi w zakładach chemicznych w Kinszemie, około pół tysiąca kilometrów dalej. Tego samego dnia zawaliła się też zapora wodna na rzece Kubań na południu Rosji. Oficjalnie wszystko wypadki. O takie co do zasady w Rosji nie jest trudno. Kraj nigdy nie słynął z wysokich standardów BHP, jakości i trwałości wykonania, czy systematycznego inwestowania w infrastrukturę odziedziczoną po ZSRR. Na przykład zapora została zbudowana w latach 60. i miała wytrzymałość obliczoną na pół wieku. Od kilku lat jej stan uznawano za krytyczny wobec niestabilnych fundamentów, jednak dopiero w 2021 roku zaczęto prace. 22 kwietnia zawaliły się w większości nowe, już wyremontowane fragmenty zapory.

- Oczywiście nie można wykluczyć, że te niewyjaśnione pożary czy wypadki, to tylko tyle. Przypadki. Nie mamy dowodów, że było inaczej. - mówi dr Piekarski. W jego ocenie nawet jeśli któryś z tych wypadków został wsparty przez Ukraińców, to ci raczej nie będą się skutecznymi działaniami dywersantów chwalić. - To mogłoby zaszkodzić ich wizerunkowi państwa broniącego się przed agresją i toczącego wojnę sprawiedliwą - uważa ekspert.

Z drugiej strony Rosja może chcieć ukrywać ewentualne dowody, żeby nie pokazywać słabości. - Takie instalacje jak składy paliwa czy ważne ośrodki badawcze powinny być w przypadku wojny specjalnie chronione. Nie tylko przez policję, ale też Rosgwardię, czyli coś w rodzaju rosyjskich wojsk wewnętrznych. Tylko teraz znaczna część Rosgwardii jest w Ukrainie, gdzie poniosła poważne straty w pierwszym okresie wojny - mówi dr Piekarski.

W jego ocenie, gdyby Ukraińcy chcieli prowadzić jakąś akcję dywersji i sabotażu w Rosji, to nie wymagałoby to wyszukanych rozwiązań. - Po prostu kilka osób zaopatrzonych w fałszywe dokumenty, tablice rejestracyjne i trochę broni. Rosja i Ukraina są jednak mocno powiązane kulturowo oraz społecznie. Wspólny język, zachowania, często więzi rodzinne. W połączeniu z dużą skalą korupcji w Rosji, skuteczne działanie takich grup dywersantów jest możliwe - uważa ekspert.

Dron Switchlade 300 w locieUkraińska armia robo-kamikadze szybko rośnie.

Wybuchy bez komentarza władz

Do innej kategorii "wypadków" w Rosji należą różne pożary i wybuchu w rejonie granicy z Ukrainą. Wszystko wskazuje na to, że Ukraińcy prowadzą na małą skalę, ale jednak operację wymierzoną w różne obiekty strategiczne. Głównie składy paliw i lotniska. - Jak najbardziej może być to połączone działanie grup rozpoznawczych, lotnictwa, dronów i rakiet balistycznych Toczka-U - mówi dr Piekarski.

Najnowszy przykład efektów tej kampanii to eksplozje i pożary w Briańsku w nocy z 24 na 25 kwietnia. Miasto znajduje się około stu kilometrów od granicy z Ukrainą, w rejonie gdzie rosyjskie wojsko wycofało się na własne terytorium pod koniec marca. Nocne nagrania wykonane przez mieszkańców Briańska pokazują najpierw eksplozje, a potem silne pożary w cywilnym składzie paliw oraz położonej niedaleko jednostce wojskowej, gdzie między innymi przeładowywane są paliwa.

Nagrania z kamer przemysłowych pokazują ewidentnie eksplozje między zbiornikami, które powodują ich późniejszy zapłon. Jedno z nagrań udostępnione przez cywilów pozwala też usłyszeć tuż przed wybuchami coś, co brzmi jak silniki odrzutowe. Oficjalnie rosyjskie władze nie podały konkretnych informacji na temat przyczyn pożarów, jednak jest bardzo prawdopodobne, że był to ukraiński atak. Czy to przy użyciu rakiety balistycznej Toczka-U (która sięgnęłaby Briańska z terytorium Ukrainy na granicy swojego zasięgu) czy lecących na minimalnej wysokości samolotów, na przykład bombowców Su-24.

Szeroki wachlarz możliwości

Nalot na cele Briańsku byłby dla ukraińskich pilotów bardzo ryzykowny, choć nie niewykonalny. Ukraińcy już pokazali, że da się to zrobić. W nocy z 31 marca na 1 kwietnia para śmigłowców bojowych Mi-24 zaatakowała rakietami niekierowanymi skład paliwa w mieście Biełgorod, położonym około 30 kilometrów od ukraińskiej granicy w rejonie Charkowa. Przed wojną mało kto by dopuścił możliwość, że Rosjanie nie będą w stanie skutecznie obronić tego rodzaju strategicznych celów przed prostymi atakami przy pomocy starych śmigłowców. Jednak tak się stało, co wiele mówi o ich możliwościach oraz o kreatywności i odwadze Ukraińców.

Uderzenia rakietami Toczka-U na cele w Rosji to też nic niezwykłego. Ukraińcy przeprowadzają je od początku wojny, choć bardzo rzadko. Udało im się trafić między innymi bazę lotniczą Millerowo drugiego dnia wojny. Zniszczeniu uległ na pewno jeden myśliwiec Su-30. Pierwszego marca rakieta lub rakiety spadły na lotnisko Taganrog, gdzie prawdopodobnie zniszczeniu uległ jeden samolot transportowy Ił-76.

W pierwszych godzinach wojny Ukraińcy zdołali też przeprowadzić prawdopodobnie dwa ataki na pociągi z paliwem, które Rosjanie podprowadzili blisko granicy w celu sprawniejszego zaopatrywania atakujących oddziałów. Oba miały paść ofiarami dronów TB2 Bayraktar. Jeden na Krymie, drugi w rejonie Briańska.

Nie ulega przy tym wątpliwości, że Ukraińcy wysyłają swoje drony nad Rosję. Tej samej nocy, kiedy w Briańsku coś wybuchło, lokalne rosyjskie władze obwodu Kurskiego donosiły o zestrzeleniu dwóch ukraińskich maszyn. W przeszłości prezentowano zdjęcia szczątków dronów z ukraińskimi oznaczeniami, które spadły na rosyjskie terytorium. Regularnie pojawiają się też zdjęcia rosyjskich rakiet przeciwlotniczych, które wybuchły w powietrzu nad rejonami przygranicznymi. Trudno powiedzieć, do czego je wystrzelono, ani w co ewentualnie trafiły.

Poza maszynami TB2 Bayraktar Ukraińcy oficjalnie nie mają żadnych dużych uzbrojonych dronów, które byłyby w stanie wlatywać nad Rosję na dziesiątki kilometrów i atakować strategiczne obiekty w rodzaju składów paliwa w Briańsku. Pozostają ryzykowne rajdy lotnictwa, ataki rakietami Toczka i Wilcha na  dystans odpowiednio maksymalnie 120 i 70 kilometrów oraz być może dywersanci. Nie są to operacje mogące poważnie wpłynąć na bieg wojny, ale o istotnym znaczeniu propagandowym i utrudniające Rosjanom lokalnie logistykę. O szczegółach być może dowiemy się lata po konflikcie.

- Bardziej prawdopodobne niż zakrojona na dużą skalę dywersja jest jednak to, że wszystkie te wypadki i przypadki w Rosji w pobliżu ukraińskiej granicy, to połączenie działań grup rozpoznawczych, rakiet, dronów i lotnictwa - uważa dr Piekarski.

Zobacz wideo
Więcej o: