Franciszek nie nazywa bestii bestią. Teolog: Uważałem, że jest zdolny do prorockich gestów

- W tym momencie piętnowanie agresora powołującego się bluźnierczo na Ewangelię jest dużo ważniejsze, niż mówienie o krzywdzie rosyjskich żołnierzy, z całym szacunkiem dla ich cierpienia. Jestem pewien, że ten problem podskórnie wyczuwa wielu katolików - mówi w Gazeta.pl dr Sebastian Duda, teolog.

Daniel Drob, Gazeta.pl: Dlaczego Franciszkowi tak trudno nazwać agresora? 

Sebastian Duda*: Widzę dwa główne powody i, powiedzmy, metapoziom tej bolesnej sytuacji. Po pierwsze - sposób, w jaki od dłuższego czasu działa watykańska dyplomacja. To rzecz charakterystyczna dla ubiegłego stulecia, ale jak się okazuje i obecnie do głosu doszły dawne schematy. W XX wieku standardem było, że w przypadku konfliktów papież, kuria, a nawet poszczególni biskupi w miejscach, gdzie dochodziło do przemocy, powstrzymywali się od wskazywania zbrodniarzy. Najbardziej znany przykład to oczywiście Pius XII w czasie II wojny światowej, choć jego poprzednik, Pius XI potrafił jednak w encyklice Mit brennender Sorge jednoznacznie potępić nazizm.

Co do zasady jednak agresorów nie wymieniano z nazwiska, nawet tych, którzy przyczyniali się do prześladowań Kościoła katolickiego na świecie. Dość powiedzieć, że w oficjalnych dokumentach soboru watykańskiego II nie pojawiała się kwestia komunizmu, choć w Związku Radzieckim chrześcijan, w tym katolików, spotykał terror. Na tym polegała Ostpolitik Watykanu w drugiej połowie XX wieku - broń Boże nie krytykować ZSRR i jego krajów satelickich.  

Żeby nie zaogniać sytuacji? 

Istniała obawa, że drażnienie tego niedźwiedzia będzie miało zgubne skutki dla katolików, którzy żyli, a często się ukrywali, w krajach bloku wschodniego. To był zwyczajny strach przed odwetem. 

Żyjemy w trzeciej dekadzie XXI wieku, Związku Radzieckiego nie ma, za to w Ukrainie odkrywane są masowe groby cywilów.  

Ale jest Rosja, w której Kościół katolicki, mimo różnych przeszkód, zaczął się po upadku komunizmu rozwijać. I zapewne istnieje obawa w Watykanie, że rosyjscy katolicy mogliby być prześladowani, gdyby papież jednoznacznie potępił Putina.  

Dzisiejsza postawa Watykanu jest pewną zaszłością, powiedzmy, instytucjonalną - kurialiści rzymscy nie chcą ostrzej reagować, bo uważają, że nie wolno w żadnej sytuacji zamykać ścieżek dyplomatycznych. Teraz nie mówię akurat o papieżu, a o jego najbliższych współpracownikach, przede wszystkim o kard. Pietro Parolinie. Od razu chcę zaznaczyć, że to nie jest żadne usprawiedliwianie, tylko próba pokazania mechanizmów, których trzyma się dyplomacja Watykanu. 

Drugi powód?  

Łączy się z pierwszym, jest w pewnym sensie pochodną uwikłań watykańskiej dyplomacji. Chodzi o dialog ekumeniczny.  

Dialog z patriarchą Cyrylem, który błogosławi wojnę. 

Dialog z prawosławiem jest dla Kościoła katolickiego priorytetem od dawna, ponieważ doktrynalnie jest ono najbliższe katolicyzmowi. A największym kościołem prawosławnym na świecie jest cerkiew moskiewska. Tymczasem sytuacja jest taka, że Putin napadł na Ukrainę, a patriarcha Cyryl wsparł jego "specoperację". Dlaczego wsparł? Bo dla niego ta wojna jest wystąpieniem przeciwko "zgniłemu Zachodowi" i jego aksjologii. Ów Zachód chciał w Ukrainie zbudować swoją forpocztę. Cyryl ma na myśli przede wszystkim sprawy emancypacyjne, obyczajowe. To jest ta "gejEuropa", o której słyszymy w propagandzie. 

Chce "chronić" prawosławnych Ukraińców przed tą zepsutą Europą? 

W optyce cerkwi moskiewskiej Zachód, przyjmując Ukrainę do NATO lub Unii Europejskiej, próbuje instytucjonalnie wprowadzić swój system wartości na obszarze, który patriarcha Cyryl uznaje za własne terytorium kanoniczne. Musimy pamiętać, że - przynajmniej do wybuchu wojny - ok. 40 procent parafii patriarchatu moskiewskiego znajdowało się w Ukrainie. Święta Ruś, której w swoim mniemaniu przewodzi Cyryl, zrodziła się przecież na terenie dzisiejszej Ukrainy. Próba wyemancypowania się Ukrainy w kierunku zachodnim jest przez niego postrzegana jako atak na coś, co kanonicznie jest jego domeną. A Kościół katolicki chce mimo wszystko podtrzymywać dialog ekumeniczny z Moskwą, a więc znowu - broń Boże! - nie drażnić. W ostatnich tygodniach ta postawa zaowocowała rozmową Franciszka z Cyrylem. Powiedzieli sobie, że są wspólnie "pasterzami ludu bożego" i będą "dążyć do pokoju". Tak napisano w komunikacie. Oczywiście to absurd, bo Cyryl błogosławił wojska idące na Ukrainę.   

Mamy jednoznaczne dowody na ogrom rosyjskich zbrodni, a papież za wszelką cenę stara się nie drażnić duchownego, który popiera wojnę. Te relacje są aż tak ważne?  

Już wspominałem, że dialog ekumeniczny z prawosławiem to sprawa priorytetowa i był bardzo istotny także dla poprzednich papieży. Jan Paweł II chciał pojechać do Rosji, do czego nie doszło ze względu na wyraźny sprzeciw patriarchatu moskiewskiego. Pewne próby w budowaniu relacji podejmował też Benedykt XVI. Dopiero papieżowi Franciszkowi udało się spotkać z patriarchą Moskwy. Na lotnisku w Hawanie podpisali nawet wspólną deklarację. W głowie Franciszka zapewne pojawiła się wizja, że w końcu nawiązanie bliższych kontaktów może się udać. Myślę, że on się tej wizji do tej pory trzyma i nawet mentalnie jest mu trudno od niej odejść, porzucić dorobek, który udało się wypracować w ostatnich latach.  

I tylko o ten dorobek chodzi? 

Ważny jest poziom teologiczny. Trzeba pamiętać, że to, iż nie ma jedności chrześcijaństwa, dla wielu wiernych jest skandalem. Tymczasem dialog ekumeniczny doszedł w zasadzie do ściany. Katolicy z prawosławnymi spotykają się na konferencjach, czasem na wspólnych modlitwach, ale wyraźnego postępu nie widać. A to jest ważna sprawa także w obliczu sekularyzującego się świata. Mamy przecież do czynienia z  sytuacją, gdy coraz więcej ludzi odchodzi od katolicyzmu, od prawosławia zresztą też. Wobec tego wydaje się ważne, by chrześcijaństwo było jak najbardziej zjednoczone, a nie trwało w sporach i kłótniach. I to są schematy myślenia, z których bardzo trudno papieżowi wyjść, nawet w obliczu grozy, z którą się obecnie stykamy. 

To usprawiedliwia Watykan? 

Ja tak nie uważam, to nie jest żadne usprawiedliwienie. Trwa wojna i trzeba głośno mówić, kto ją wywołał. 

Papież Franciszek swoje poglądy na temat wojny sformułował przed obecną agresją. Mogliśmy się spodziewać takiej postawy? 

W encyklice Fratelli tutti wyłożył to, co jest obecne w katolicyzmie od bardzo dawna.  

Papież Jan XXIII w 1963 roku ogłosił słynną encyklikę Pacem in terris, w której mocno podkreślił autentyczne, charakterystyczne dla chrześcijaństwa dążenia do pokoju. Program tam wyłożony miał związek z traumą II wojny światowej i zimnowojennym wyścigiem zbrojeń. W pewnym momencie Kościół uznał, że rozwój technologiczny doszedł do takiego momentu, że wojna nuklearna byłaby katastrofą całej ludzkości i należy wobec tego wyciągnąć wnioski, także doktrynalne. We Fratelli tutti Franciszek w zasadzie to powtarza: wojna niesie za sobą zagładę. Z takim ogólnym stwierdzeniem moglibyśmy się zgodzić, problem w tym, że u Franciszka widać pewne doktrynalne zapętlenie.  

Co to znaczy? 

W zachodnim chrześcijaństwie, mniej więcej od czasów św. Augustyna, istniała doktryna wojny sprawiedliwej, zgodnie z którą pewne konflikty są agresywne, niesłuszne, a inne są sprawiedliwe - to odpowiednio: wojna obronna, wojna interwencyjna, która ma na celu zakończenie już trwającego zła i wojna prewencyjna, mająca złu zapobiec. Na ten temat pojawiały się bardzo wyrafinowane refleksje, które przeszły zresztą do myśli laickiej. Rozważania na temat wojny sprawiedliwej są toczone w środowiskach akademickich, także wśród intelektualistów próbujących wpływać na politykę, również dzisiaj.

Papież Franciszek podczas mszy na stadionie w Nikozji na Cyprze.Dziś Franciszek jest kiepskim dyplomatą. Nie jest papież, a człowiekiem w bieli

Tymczasem we Fratelli tutti papież napisał wprost, że odstępuje od tej koncepcji, bo w obecnych warunkach cywilizacyjnych żadna wojna nie może być już sprawiedliwa. Uznał, że nazywanie wojny sprawiedliwą jest jedynie maskowaniem przemocy, a dziś właściwie każda wojna obronna jest w istocie maskowaną wojną agresywną. Receptą na to ma być dążenie do trwałego pokoju, to jest sprawa priorytetowa, a nie rozważania na temat sprawiedliwości wojny. Minęło zaledwie kilka lat i teoretyczny, doktrynalny problem stał się palącym wyzwaniem. Tyle tylko, że w tej wojnie Rosji z Ukrainą ewidentne jest, kto napada, a kto się broni. I choć sprawa jest jasna, to papież Franciszek agresora nie wskazuje. Mówi o wojnie, mówi o cierpieniu, ale nie o sprawcy. 

Papież zamyka w encyklice "furtki" do wojny obronnej?  

Moim zdaniem zamyka. Pisze wprost, że wojny sprawiedliwej nie ma, a skoro tak, to odrzuca również wojnę obronną. Owszem, papież nie był na tyle nieroztropny, aby napisać, że w przypadku napaści mamy podnieść ręce do góry i się poddać, pozwolić na gwałty i zabójstwa. Wprost oczywiście czegoś takiego nie napisał, ale nie mówimy o konkretnych wskazaniach, a ogólnych ramach tego rozumowania. 

Czyli dzisiaj Franciszek jest po prostu konsekwentny. Jego czyny układają się w logiczną całość. 

Taką postawę nazywam parnasistowskim czytaniem Ewangelii - wyrzekamy się przemocy i niemal dosłownie nadstawiamy drugi policzek. Ale czy zgoda na przemoc w instytucjonalnym zakresie to coś, do czego powołani są chrześcijanie? Czy raczej powinni ze wszystkich sił dążyć do powstrzymywania przemocy względem niewinnych? Ja nawet na to nadstawienie policzka mógłbym się zgodzić, choć mimo wszystko nie oznacza to zgody na eskalację przemocy. Ale tutaj dochodzi jeszcze jeden szokujący aspekt.  

Jaki? 

Putin, wysyłając wojska do Ukrainy, powołuje się na chrześcijaństwo. Podczas poddańczej manifestacji na Łużnikach zacytował jeden z najważniejszych fragmentów Ewangelii Janowej: "nie ma większej miłości nad tę, gdy ktoś życie oddaje za przyjaciół swoich" (J 15,13). To jest po prostu bluźniercze! Jeśli ktoś tak traktuje chrześcijaństwo, to jak mamy nadstawiać drugi policzek? A nawet jeśli, to czy najpierw nie powinno się głośno powiedzieć, że agresor przedstawia bluźnierczą perspektywę? Przecież nikt, kto papieża krytykuje w kontekście wojny, nie mówi, że powinien pobłogosławić wojska ukraińskie, ale przeciwstawianie się przemocy to jedno z zadań misji prorockiej w chrześcijaństwie. Nadstawianie drugiego policzka nie oznacza, że nie wskazujemy sprawcy zła. Trzeba pytać, dlaczego ktoś dopuszcza się napaści. Ale żeby postawić takie pytanie, trzeba wskazać jej źródło. Nie da się inaczej. 

W artykule dla "Więzi" w kontekście Łużników przywołuje pan figurę fałszywego proroka.  

Nasuwa mi się obraz bestii z Apokalipsy św. Jana. Bestia pierwsza odpowiada Putinowi w tej analogii: występuje z przemocą i miota bluźnierstwa. Druga to fałszywy prorok, który żyruje poczynania bestii pierwszej, przedstawiając się jako Chrystus. Miałem z tym duży kłopot, bo papież żyruje poczynania Cyryla tym, że nie nazywa sprawcy, nie nazywa bestii bestią, tylko mówi o ogólnej sytuacji apokaliptycznego wstrząsu, przemocy, cierpieniu. Mówi na dodatek, że cierpienia dotyczą wszystkich, co jest do pewnego stopnia prawdą, bo na pewno cierpią też rosyjscy żołnierze. Ale te stwierdzenia są bardzo nieszczęśliwe w sytuacji, gdy nie nazywa się sprawcy przemocy i nie zwraca się uwagi, że przemoc została uzasadniona Ewangelią. Z punktu widzenia chrześcijaństwa to jest ogromna nadużycie. Uważam, że w tym momencie piętnowanie agresora powołującego się bluźnierczo na Ewangelię jest dużo ważniejsze niż mówienie o krzywdzie rosyjskich żołnierzy, z całym szacunkiem dla ich cierpienia. Jestem pewien, że ten problem podskórnie wyczuwa wielu katolików.  

Trudno nie mieć wrażenia, że Kościół rozmija się z rzeczywistością, skoro nie potrafi nazywać rzeczy oczywistych. 

To się wiąże z metapoziomem, o którym wspomniałem na początku, a mianowicie kwestią instytucjonalnego upadku systemu klerykalnego. Dla mnie postawa Watykanu, ta niemożność etycznego i uczciwego działania, jest kolejnym dowodem takiej zapaści. Jej pierwsze oznaki bardzo wyraźnie objawiły się przy okazji ujawniania skandali pedofilskich w Kościele. W imię iluzorycznego dobra Kościoła tuszowano przestępstwa i nie walczono o sprawiedliwość dla ofiar. Reakcja Watykanu na wojnę też wynika z inercji związanej z wadliwą teologią kapłaństwa urzędowego. W niej mieści się pojęcie autorytetu jako reprezentacji Chrystusa, która staje się powodem rozgrzeszenia duchownych w sytuacjach, gdy dopuszczają się oni nieprawości bądź ewidentnych zaniedbań w czynieniu dobra. 

Papież Franciszek na nabożeństwie z okazji Niedzieli Palmowej w WatykaniePapież znów nie wskazał winnego wojny. Prosił o wybaczanie oprawcom

Bezwarunkowo? 

Duchowni mówią tak: "My wiemy, co jest dobrem Kościoła i świata, więc macie nas słuchać. W końcu urzędowo reprezentujemy Chrystusa. Jeśli robimy coś złego albo nie mówimy uczciwie, to czynimy tak dla dobra Kościoła, którego wy, zwykli wierni, nie pojmujecie". To jest bardzo niedobre myślenie i na przykładzie wydarzeń w Ukrainie widać, że przez nie ten system po prostu upada. Jego wewnętrzna inercja jest coraz bardziej porażająca. Ja nie mam powodów, aby twierdzić, że papież Franciszek jest nieuczciwym człowiekiem, po prostu system instytucjonalny uniemożliwia mu zdecydowane działanie. Bo "dobro" ponoć jest w dialogu ekumenicznym z cerkwią moskiewską, bo "dobro" jest w dążeniu do pokoju, a nie w mówieniu o jakiejś sprawiedliwej wojnie, bo "dobro" jest w dyplomacji i nie wolno zamykać nawet największym zbrodniarzom drogi do nawrócenia. Takie rozważania kierują człowieka na fałszywe ścieżki i to dotyczy wielu zwierzchników kościelnych. System jest po prostu wadliwy.  

I dopiero teraz to widać? 

Wizja hierarchicznego kapłaństwa, z księdzem jako drugim Chrystusem, zrodziła się w dojrzałym średniowieczu, ale dopiero dzisiaj sakralizacja władzy ukazała swoją perwersję. Polega ona na wskazywaniu dobra tam, gdzie go nie ma. 

Rozmawiamy teraz o Rosji, a proszę sobie przypomnieć, jak to było z Donaldem Trumpem. Wielu ludzi, w tym ja, zastanawia się, dlaczego Franciszek mógł powiedzieć poprzedniemu prezydentowi USA, że nie może nazywać się chrześcijaninem ten, kto buduje mur zabezpieczający przed imigrantami na granicy, a nie mówi wprost nic Putinowi, który dla uzasadnienia swej agresywnej wojny cytuje Ewangelię. Moim zdaniem to wynik wewnętrznej mechaniki klerykalnego system kościelnego. Wszystko inne - dyplomacja, doktrynalne zapętlenie, o którym mówiłem - to są przypisy. 

Kościół przed chwilą zaliczył poważny wstrząs związany ze skandalami pedofilskimi, teraz wierni widzą tę niezrozumiałą zachowawczość papieża. Czym to się skończy? 

Jestem przekonany, że obecna sytuacja jest skandaliczna dla bardzo wielu katolików i to może być powodem dużych zmian instytucjonalnych w Kościele.  

Bo Kościół zdaje sobie sprawę, że czeka go dalszy odpływ wiernych? 

Może sobie zdawać z tego sprawę, ale może też zakładać, że ci wierni, którzy odchodzą i tak by odeszli. Jest mnóstwo poziomów usprawiedliwień, fałszywa świadomość tym się charakteryzuje, że widzi dobro tam, gdzie go nie ma. Gdyby system, o którym rozmawiamy, nie był tak perwersyjny, to mógłbym się po prostu zajmować tylko kompromitacją papiestwa oraz powolnym upadkiem kurialnych instytucji. Ale papiestwo kompromitowało się przecież w dziejach nie raz i nie raz też potrafiło się podnosić. Jestem jednak przekonany dziś o jednym: po skandalach pedofilskich i dzisiejszej reakcji Watykanu na wojnę Kościół nie będzie mógł już dalej trwać dokładnie w takiej samej formie.  

Pomijając etykę i prawdę o wojnie, ktoś mógłby zapytać, po co to całe naciskanie na papieża. Przecież jak Franciszek nazwie Putina zbrodniarzem, to on i tak się nie cofnie.  

Może i się nie cofnie, ale mielibyśmy jasność, że gdy mówi "nie ma większej miłości nad tę, gdy ktoś życie oddaje za przyjaciół swoich" i wysyła żołnierzy, którzy gwałcą i mordują, to to nie jest żadna Ewangelia. Ale papież tego nie mówi i to jest naprawdę skandal. Brak reakcji na fałszywe, bluźniercze cytowanie Ewangelii musi budzić zgorszenie u wierzących. Ciągle wracam do demonstracji na Łużnikach, do słów Putina i obsesyjnie zadaje sobie pytanie: jeśli w obrębie chrześcijaństwa dochodzi do bluźnierstwa, to kto ma je wskazać, jeśli właśnie nie głowa największego chrześcijańskiego Kościoła? Przecież w pierwszej kolejności papież został powołany, by reagować na takie występki, a nie zajmować się polityką zagraniczną. Zwłaszcza, że dotychczasowa strategia dyplomatyczna Watykanu okazuje się nieskuteczna. 

Może ten pacyfizm ma jakiś głębszy sens, który nam umyka? 

Słyszałem takie głosy, także wśród księży. Mówią: "Przecież Franciszek pokazuje w ten sposób, co jest prawdziwym przesłaniem Ewangelii - nadstawianie drugiego policzka". Już mówiłem, że ja się nawet mogę godzić na policzkowanie, ale chcę jednoznacznie mówić, kto mnie policzkuje. Wskazywać i pytać, jak Jezus policzkującego go sługę arcykapłana: "Dlaczego mnie bijesz, dlaczego występujesz z przemocą wobec mnie?".

Osobiście czuje się pan zawiedziony Franciszkiem? 

Do pewnego stopnia na pewno. Uważałem, że jest zdolny do prorockich gestów, które są czytelne. W tym sensie jak najbardziej czuję się zawiedziony, bo okazało się, że Franciszek milczy o złu w imię iluzorycznego dobra. 

— 

*Sebastian Duda - doktor teologii, filozof, członek redakcji "Więzi". Autor książek "Reformacja. Rewolucja Lutra" i "Przesilona wątpliwość". 

Więcej o: