Ukraińcy wyciągnęli asa z rękawa. Dla Neptunów wybrali dobry cel

Właściwie nie mając floty, Ukraina zdołała co najmniej poważnie uszkodzić największy rosyjski okręt na Morzu Czarnym. To wydarzenie na pewno zapisze się w historii. Wszystko wskazuje na to, że Ukraińcy sięgnęli po trzymane w rezerwie systemy Neptun, a lekceważący przeciwnika Rosjanie zapłacili za swoje zadufanie.

Efekt jest taki, że na krążowniku rakietowym typu Sława o nazwie Moskwa doszło według samych Rosjan do eksplozji amunicji i pożaru. Załoga musiała opuścić okręt. Co spowodowało taką katastrofę, tego oficjalnie nie podali. Zapewniają przy tym, że po około dziesięciu godzinach pożary ugaszono, a okręt jest holowany do portu.

W relacji Rosjan są dwie oczywiste dziury. Po pierwsze co mogłoby spowodować eksplozję amunicji i pożar poważny na tyle, że nastąpiła ewakuacja załogi? Okręty niezwykle rzadko eksplodują same z siebie. Po drugie ewakuacja załogi z płonącego okrętu oznacza w praktyce niemal zawsze jego koniec. Ogień musiał być na tyle poważny, że nie było szans na jego opanowanie. Czyli musiał następnie wiele godzin szaleć bez przeciwdziałania, najpewniej czyniąc z okrętu wypalony wrak. Nawet gdyby akurat Rosjanie mieli pod ręką jakiś duży holownik wyposażony w sprzęt pożarniczy, to lejąc wodę z zewnątrz, nie byłby w stanie opanować pożarów trawiących wnętrze krążownika. Do realnej walki o przetrwanie okrętu musi być na pokładzie dobrze wyszkolona załoga. Po niekontrolowanym pożarze kadłub może nadal utrzymywać się w  wodzie, jednak to nie znaczy, że okręt został uratowany.

Jeśli Rosjanie mówią prawdę z holowaniem okrętu do portu, to pozostaje tylko czekać na zdjęcia z jego wejścia do Sewastopola. Wówczas skala uszkodzeń będzie jasna. Jak dotąd, rzecznik Pentagonu John Kirby przekazał, że Moskwa nie zatonęła, ale jest uszkodzona.

Archiwalne nagranie z ćwiczeń krążownika Moskwa

Zobacz wideo

Stary, przeciążony i kiepsko zabezpieczony

Wracając jednak do przyczyn eksplozji amunicji na Moskwie, to wersja wydarzeń przedstawiana przez Ukraińców wydaje się prawdopodobna. Rosyjski krążownik miał zostać zaatakowany w środku nocy przy pomocy rakiet przeciwokrętowych Neptun. Nie wiadomo, ile wystrzelono, ale dwie miały trafić. Neptuny nie mają wielkich głowic, bo te zawierają tylko około 150 kilogramów materiału wybuchowego, jednak tyle może wystarczyć w połączeniu z siłą uderzenia i szansą na zapalenie się resztek paliwa rakietowego. Współczesne okręty są praktycznie nieopancerzone. Na dodatek te radzieckie, a Moskwa jest jednostką zbudowaną na przełomie lat 70. i 80. w ZSRR (w stoczni w dzisiaj ukraińskim Mikołajowie, który broni się przed rosyjskim najazdem), tradycyjnie były ciężko uzbrojone w relacji do swoich rozmiarów. W ocenach zachodnich marynarzy, którzy mogli odwiedzać okręty tupu Sława w latach 90., były też kiepsko zaprojektowane jeśli chodzi o radzenie sobie z uszkodzeniami. Na przykład za dużo materiałów palnych i za mało systemów przeciwpożarowych jak na standardy flot NATO.

Na zdjęciach krążownika wyraźnie widać między innymi 16 bardzo dużych wyrzutni ciężkich rakiet przeciwokrętowych P-500 (lub ich nowszej wersji P-1000, ale nie ma co do tego pewności) zamontowanych na obu burtach w dziobowej części okrętu. Trafienie w nie mogło zaowocować serią potężnych eksplozji wtórnych rakiet. Tak samo w rufowej części okrętu znajduje się duży przedział dla wyrzutni rakiet morskiej wersji systemu przeciwlotniczego S-300. Znajduje się w nim do 64 gotowych do odpalenia pocisków, właściwie zupełnie nieosłoniętych od siebie, co jest poważnym ryzykiem w przypadku trafienia i pożaru.

Współczesne okręty polegają raczej na niedopuszczeniu do trafienia przez rakietę. Od tego są systemy walki elektronicznej i samoobrony. Moskwa teoretycznie też je miała, jednak reprezentowały poziom ZSRR lat 70. Ukraińcy twierdzą, że dodatkowo rozproszyli załogę, wlatując w zasięg jej radarów dronem TB2 Bayraktar. Niszczenie tego sprzętu jest jednym z priorytetów rosyjskich okrętów, zwłaszcza że Bayraktary mogą służyć do wskazywania celów lądowym wyrzutniom rakiet. Kolejnym istotnym czynnikiem mogło być to, że rosyjska flota ewidentnie lekceważy swojego przeciwnika. Okręty Floty Czarnomorskiej są widoczne na zdjęciach satelitarnych pływające samotnie, bez wzajemnego osłaniania się, czasem nawet stojące w dryfie, jakby nie brały udziału w wojnie, ale jakiejś operacji blokowania wybrzeża upadłego państwa rozwijającego się (bo tak na Ukrainę chciałoby patrzeć w swojej pysze rosyjskie przywództwo).

Opracowane w szybkim tempie dokładnie na taką sytuację

Ukraińcy, owszem, faktycznie nie mają floty. Po aneksji Krymu przez Rosję w 2014 roku została tylko jedna eksradziecka fregata Hetman Sahajdaczny. Do tego trochę niewielkich jednostek przybrzeżnych. W momencie wybuchu wojny fregata akurat była na remoncie w Mikołajowie i wobec niezdolności do wyjścia z portu została w nim samozatopiona. Nie był to jednak koniec zdolności Ukraińców do działania na morzu. Został im schowany w rękawie as w postaci systemów Neptun.

Neptuny to ukraińskie dalekie rozwinięcie radzieckich pocisków przeciwokrętowych Ch-35, opracowanych w latach 80. w ZSRR. Prace kontynuowano w latach 90. po rozpadzie imperium i dopiero w 2004 roku Ch-35 trafiły do służby w rosyjskim wojsku. W pracach nad systemem uczestniczyły liczne ukraińskie przedsiębiorstwa, wobec czego miały na jego temat bardzo dużo wiedzy. Po rosyjskiej agresji w 2014 roku zdecydowano, że pozyskanie analogicznego systemu, choć unowocześnionego (według Ukraińców głównie w zakresie elektroniki), ma znaczenie strategiczne wobec przytłaczającej przewagi Floty Czarnomorskiej. Prace trwały do 2020 roku, kiedy przeprowadzono ostatnie próbne strzelania i ogłoszono gotowość do produkcji. W 2021 roku elementy prototypowej baterii trafiły do wojska. Na przełom marca i kwietnia tego roku zapowiedziano wejście do służby pierwszego dywizjonu w docelowym kształcie.

Domniemanie ekspertów jest takie, że Ukraińcy dotychczas trzymali Neptuny w rezerwie na wypadek zmasowanego rosyjskiego desantu morskiego w rejonie Odessy. Nigdy nie ukrywano, że cały system w ogóle stworzono z myślą o takiej sytuacji. Po półtora miesiąca wojny i niepowodzeniach Rosjan na kierunku odeskim stało się jednak ewidentne, że nie ma ryzyka desantu. To mogło skłonić Ukraińców do zaryzykowania i wyciągnięcia Neptunów z ukrycia, w celu zapolowania na rosyjskie okręty prowadzące blokadę morską ich kraju. Ich załogi mogły być natomiast mniej czujne, wobec ponad miesiąca spokojnego patrolowania morza bez żadnych ataków.

Pociski RK-360 systemu Neptun są odpalane z dużej wyrzutni posadowionej na czteroosiowym ciężkim pojeździe terenowym (początkowo Kraz, teraz Tatra). W momencie startu ważą niecałą tonę. Lecą do celu z prędkością około 900 km/h, czyli samolotu pasażerskiego. Trasa lotu może być złożona i zakładać szereg manewrów, aby uniknąć wrogich radarów i stref obrony. Pocisk zmierza do wyznaczonego w momencie startu rejonu, gdzie uruchamia swój własny radar i zaczyna poszukiwać celu. Po jego zlokalizowaniu i zidentyfikowaniu naprowadza się nań. Większość trasy pokonuje na wysokości kilkudziesięciu metrów, aby utrudnić wykrycie przez radary. Może pokonać do 280 kilometrów.

Z obserwacji systemu i ukraińskich deklaracji wyłania się obraz bardzo przyzwoitego systemu przeciwokrętowego, nieodstającego od światowego standardu w tej klasie, choć też niebędącego w awangardzie. Pokonanie wiekowych systemów obrony Moskwy zdecydowanie było w zasięgu jego możliwości, zwłaszcza jeśli załoga okrętu nie działała sprawnie.

Okręt może być stracony, nawet jak pływa

Ze względu na sprzeczne informacje trudno jednak jednoznacznie określić, co się stało z Moskwą. Ukraińskie twierdzenia są realne. Rosjanie mogą też mieć rację, że okręt utrzymuje się na powierzchni. Współczesne rakiety przeciwokrętowe, zwłaszcza takie w rodzaju Neptuna, mają za zadanie swój cel przede wszystkim obezwładnić i uczynić niezdolnym do prowadzenia działań bojowych. O zatopienie trudniej, bo trafiają w kadłub i nadbudówki nad linią wodną. Czyli nie wybijają dziur pod wodą, które skutkują zalewaniem i w końcu zatonięciem.

Tak naprawdę utrzymanie się Moskwy na wodzie, choć może umniejszy sukces Ukrainy w wymiarze propagandowym, w praktyce będzie problemem dla Rosjan. To stary okręt, na którego modernizację nie było pieniędzy. Teraz trzeba będzie go ratować, zadbać o to, aby utrzymywał się na wodzie, a potem albo remontować, albo zezłomować. Tak czy inaczej, będzie to oznaczało istotne dodatkowe obciążenie finansowe. Czyli coś, na co obłożona sankcjami i uwikłana w kosztowną wojnę Rosja wolałaby unikać. Jak by nie patrzeć, to jeśli rzeczywiście rosyjski okręt trafiły ukraińskie rakiety, był to ogromny sukces Ukraińców.

Zobacz wideo
Więcej o: