Rosjanie utknęli. Jeśli chcą wygrać, mają tylko jedną opcję: mobilizację

Rosyjskie wojsko nie daje rady w Ukrainie i nic nie wskazuje na to, aby miało wygrać. - Po prostu zaatakowali zbyt małymi siłami, nie przewidując tak silnego oporu - mówi Gazeta.pl analityk Konrad Muzyka. Chcąc odnieść totalne zwycięstwo, mają wobec tego tylko jedną opcję: wysłać do Ukrainy znaczące dodatkowe siły.

- Mogą to teoretycznie zrobić, bo zdecydowanie nie wykorzystali jeszcze pełni swoich możliwości. Nie byłoby to jednak łatwe - uważa Muzyka, założyciel firmy Rochan Consulting, który między innymi przewidział rosyjską inwazję z dokładnością do kilku dni.

Zobacz wideo

Muszą skądś wziąć więcej ludzi

Początkowo Rosjanie wysłali do walki około 180 tysięcy żołnierzy, w tym 120 batalionowych grup taktycznych, czyli podstawowych związków uderzeniowych rosyjskiego wojska. Mniej więcej 700-800 ludzi, 10 czołgów, 40 transporterów opancerzonych i artyleria każda. Tyle ewidentnie nie wystarczyło. – Rosjanie nie mają już rezerw i sił do przeprowadzania ofensyw na większą skalę – ocenia Muzyka. Te ograniczone posiłki, jakie przysłali w ciągu ostatniego miesiąca, ewidentnie nie przeważyły szali. 

- Chcąc coś zmienić, najpierw mogliby zaangażować w wojnę absolutnie wszystkie oddziały swoich regularnych wojsk lądowych. Zostało im ich jeszcze teoretycznie trochę, choćby na przykład cała dywizja z Obwodu Kaliningradzkiego - mówi Muzyka. Rosjanom zostało jeszcze mniej więcej 30 procent całych wojsk lądowych. Muzyka zaznacza jednak, że istotna część z tych jeszcze nieużytych sił jest rozmieszczona w miejscach newralgicznych dla Rosjan. Jak na przykład właśnie Obwód Kaliningradzki. Wobec napiętej sytuacji, zwłaszcza w relacjach z NATO, najpewniej nie zdecydują się ich ruszyć. - Można szacować, że w praktyce i przy maksymalnym wysiłku, do walk mogliby skierować  dodatkowych 20-30 batalionowych grupach taktycznych, wobec około 120 już walczących w Ukrainie. Nie wydaje mi się jednak, żeby to były posiłki, które przeważyłyby szalę - stwierdza Muzyka. 

- Działaniem, które na pewno znacząco zmieniłoby sytuację, byłaby mobilizacja. Czyli powołanie pod broń rezerwistów, uzbrojenie ich w sprzęt wyciągnięty z magazynów, przyśpieszone przeszkolenie i rzucenie na front - mówi analityk. Zakładając, że broni się około 300 tysięcy Ukraińców, to do zdecydowanego przełamania ich obrony trzeba by mieć trzy-cztery razy tyle Rosjan. Czyli mobilizacja musiałaby objąć blisko milion ludzi, wobec około 200 tysięcy już walczących. - Tak to przynajmniej powinno wyglądać zgodnie ze sztuką - stwierdza Muzyka. 

Ukraińskie kontrataki w rejonie KijowaW rejonie Kijowa to Ukraińcy teraz atakują

Sięgnięcie po rezerwy

Problem w tym, że taka mobilizacja na wielką skalę byłaby trudna politycznie. Kreml nieustannie przekonuje, że "operacja specjalna" w Ukrainie idzie zgodnie z planem i zwycięstwo jest nieuchronne. Na razie trwa więc mobilizacja skryta. Na małą skalę. - W niektórych regionach Rosji, raczej tych biednych i odległych, powoływani są rezerwiści i ogłaszane są intratne finansowo oferty podpisania kontraktu na krótką, roczną służbę, konkretnie w Ukrainie. Tylko to wszystko na małą skalę i raczej w celu uzupełnienia poniesionych strat - mówi Muzyka. 

Mobilizacji na dużą skalę nie dałoby się ukryć przed społeczeństwem. Wymagałaby decyzji politycznej na najwyższym szczeblu i odpowiedniego przygotowania ludzi przez propagandę. Do tego oznaczałaby duże obciążenie dla gospodarki i tak już mocno nadwyrężonej sankcjami. Setki tysięcy mężczyzn musiałoby przestać pracować, trzeba by zabrać z przemysłu ogromne ilości ciężarówek i innych pojazdów, a kolej musiałaby zostać sparaliżowana przez rekwizycje lokomotyw oraz wagonów i przejazdy ogromnej ilości eszelonów. Trzeba by jeszcze jakoś te masy ludzi zaopatrzyć w żywność w stopniu choćby podstawowym.

- Mobilizacja byłby ogromnym wysiłkiem logistycznym. Zebranie tych niecałych 200 tysięcy ludzi do obecnej inwazji zajęło Rosjanom prawie rok. Zebranie teraz dodatkowych kilkuset tysięcy, nawet zakładając skrócenie do absolutnego minimum przeszkolenia i robienie tego w wielkim pośpiechu, oznaczałoby na pewno miesiące - uważa Muzyka. Co więcej, jakość tych dodatkowych oddziałów byłaby na pewno niska. Słabo wyszkoleni i zmotywowani ludzie na sprzęcie zalegającym w magazynach w większości od czasów ZSRR. - Straty w walce na pewno byłby horrendalne, a logistyka by ledwo dawała radę. Bo już teraz rosyjscy żołnierze miejscami chodzą głodni i proszą cywilów o jedzenie - stwierdza analityk.

Zdobyty przez Ukraińców rosyjski bojowy wóz piechoty BMP-3Nawet 10 tysięcy zabitych Rosjan. Straty są potężne

Na razie mobilizacji na dużą skalę nie widać

Nie można jednak wykluczyć, że Kreml zdecyduje się na tak trudne i kosztowne rozwiązanie, bo nie wydaje się być skłonny do cofnięcia się z już obranego kursu. Chcąc naprawdę odnieść totalne zwycięstwo nad Ukrainą i zmusić do uległości Ukraińców, Władimir Putin nie będzie miał natomiast w praktyce innej alternatywy, niż po prostu rzucić do walki znaczące dodatkowe siły. Pomijając skrajne scenariusze w rodzaju użycia broni masowego rażenia.  

W ocenie Muzyki sama masa zmobilizowanych setek tysięcy ludzi powinna przeważyć szalę. Razem z nimi ruszyłyby dziesiątki tysięcy czołgów, transporterów opancerzonych i dział. - Nie powiedziałbym, że mobilizacja na dużą skalę to gwarancja sukcesu dla Kremla, ale wysokie jego prawdopodobieństwo owszem - uważa analityk. 

Na razie nie ma jednak sygnałów, aby Rosjanie taką zmasowaną mobilizację rozpoczynali. Pentagon w swoich komunikatach dla mediów niezmiennie twierdzi, że nie obserwuje niczego, co by wskazywało na organizowanie znaczących posiłków i ich kierowanie do Ukrainy. Najpewniej Kreml jeszcze albo nie zrozumiał, jak zła jest sytuacja, albo nie chce na razie sięgać po rozwiązania tak trudne politycznie. - Jest ewidentne, że ta wojna będzie trwałą jeszcze długo, jeśli nie dojdzie do jakiegoś przełomu politycznego. Obecne siły obu stron nie pozwalają na zwycięstwo, a rosyjska mobilizacja, jeśli nastąpi, zajmie miesiące - stwierdza Muzyka.

Zobacz wideo
Więcej o: