Historię mężczyzny opisują "Washington Post" i "New York Times". Jak podają amerykańskie gazety, Perebyinis natknął się w internecie na zdjęcie fotografki Lynsey Addario z "NYT". Na wykonanej pod Kijowem fotografii widać zwłoki czterech osób. "Oto brutalne żniwo wojny. Matka i jej dwoje dzieci zginęły podczas próby ucieczki znaną drogą ewakuacyjną z Irpienia do Kijowa" - opisywała Addario na Instagramie, gdzie zamieściła wstrząsającą fotografię.
Zdjęcie szybko obiegło media. Serhiy Perebyinis miał je po raz pierwszy zobaczyć na Twitterze. Wśród zamordowanych przez Rosjan ludzi rozpoznał swoją żonę i dzieci. Jak sam przyznał, zidentyfikował bliskich po rzeczach osobistych. W rozmowie z dziennikarzami wyjaśnił, że gdy doszło do tragedii, opiekował się swoją matką w Doniecku.
Jego żona miała 43 lata, syn 18, a córka 9. Czwartą ofiarą, którą widać na zdjęciach, jest 26-letni kościelny wolontariusz, który szedł razem z rodziną. - To zbrodnia wojenna i ktoś musi zostać pociągnięty do odpowiedzialności - powiedział mężczyzna w rozmowie z "Washington Post". - Straciłem wszystkich i straciłem sens życia - dodał. Dziennik informuje, że do tragedii doszło w niedzielę. Miasto według doniesień było ostrzeliwane moździerzami. Ukraińskie władze zarzucały wówczas Rosjanom łamanie ustaleń dotyczących korytarzy humanitarnych.
- Zginęła moja żona, dwoje dzieci, dwa psy. Zostałem sam. Żyliśmy szczęśliwie przez 23 lata - powiedział Perebyinis.
***
Trwa rosyjska wojna przeciwko Ukrainie. Są informacje o zniszczonych domach, rannych i zabitych. Potrzeby rosną z godziny na godzinę. Dlatego Gazeta.pl łączy sił z Fundacją Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM), by wesprzeć niesienie pomocy humanitarnej Ukrainkom i Ukraińcom. Każdy może przyłączyć się do zbiórki, wpłacając za pośrednictwem Facebooka lub strony pcpm.org.pl/ukraina. Więcej informacji w artykule: