"Wojtek z Zanzibaru" nagle ogłosił przerwę, ale problemy narastały od dawna. "To, co zastaliśmy, to dramat"

Coraz więcej osób - klientów i byłych pracowników Pili Pili - opowiada o tym, co miało dziać się w ostatnich tygodniach i miesiącach w obiektach prowadzonych przez polskiego hotelarza Wojciecha Żabińskiego. Żabiński, znany w sieci jako "Wojtek z Zanzibaru", w lutym ogłosił nagłą przerwę w przyjmowaniu turystów. Ma ona potrwać do 4 czerwca. Przedsiębiorca przyznał jednocześnie, że sytuacja nie jest różowa. Polscy inwestorzy, którzy sfinansowali zaplanowaną przez Żabińskiego budowę domów i apartamentów obawiają się, czy odzyskają pieniądze i zastanawiają nad pozwami.

Popularnego przedsiębiorcę Wojciecha Żabińskiego znają niemal wszyscy, którzy interesują się branżą turystyczną i podróżami. Hotelarz od kilku lat prowadzi obiekty pod marką "Pili Pili", a swoimi przemyśleniami dzieli się na facebookowym profilu "Życie na Zanzibarze". Żabińskiego chętnie też odwiedzały polskie gwiazdy showbiznesu. Przedsiębiorca nie tylko przyjmował turystów z Polski, ale także zatrudniał dziesiątki polskich pracowników.

Żabiński dla niektórych był symbolem człowieka sukcesu, który z powodzeniem prowadzi biznesową działalność. Niektórzy turyści przylatujący na Zanzibar postrzegali go wręcz jako gwiazdę, a możliwość zjedzenia z nim posiłku lub zrobienia zdjęcia traktowali jako atrakcję.

Więcej treści znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl >>>

W grudniu ubiegłego roku opisaliśmy nieznane fakty z życia hotelarza. Ujawniliśmy, że Żabiński w związku ze swoją poprzednią działalnością biznesową został skazany na dwa lata i dwa miesiące więzienia przez polski sąd m.in. za oszustwo. Sąd Apelacyjny w Gdańsku zdecydował, że mężczyzna ma w maju stawić się w zakładzie karnym. Żabiński złożył kasację do Sądu Najwyższego. Kasacja wciąż czeka na rozpatrzenie, jednocześnie Sąd Najwyższy nie wyraził zgody na wstrzymanie wykonania wyroku.

Wojciech ŻabińskiNieznana twarz "Wojtka" z Zanzibaru. Hotelarz skazany na więzienie

Byli pracownicy obiektów hotelowych Pili Pili opowiadali nam również o opóźnieniach w wypłatach pensji oraz zaległościach wobec dostawców i touroperatorów. Żabiński tłumaczył to nam wówczas m.in. kwestiami formalnymi, a z jego wypowiedzi można było wnioskować, że nie mierzy się z problemami finansowymi.

Czarnych chmur nad głową Żabińskiego było jednak więcej. Realizowana przez niego budowa setki domów nad oceanem, współfinansowana przez kilkadziesiąt osób z Polski, zalicza wielomiesięczne opóźnienie. I w tym wypadku Żabiński wyjaśniał, że to nie kwestia finansów, a np. problemów z dostawami materiałów budowlanych.

W ubiegłym tygodniu Żabiński ogłosił nagle, że obiekty hotelowe działające na Zanzibarze na kilka miesięcy wstrzymują działalność. Przyznał jednocześnie, że Pili Pili znajduje się "w trudnym momencie", sugerował też, że straciło swój "blask" sprzed miesięcy. 

Wojciech ŻabińskiPili Pili przerywa działalność na Zanzibarze na kilka miesięcy

W praktyce oznaczało to, że nagle odwołano pobyty turystów, którzy mieli przylecieć na Zanzibar w okresie od końca lutego do początku czerwca. Jeszcze kilka dni wcześniej - 14 lutego - Pili Pili ogłaszało promocję na loty na Zanzibar i z powrotem w terminach 26 marca - 4 czerwca. Oferowano również promocje na sam pobyt w kwietniu i maju. 4 lutego "Życie na Zanzibarze" zachęcało do spędzenia "Wielkanocy pod palmami" lub "majówki nad oceanem".

Żabiński informował także, że kupione przez turystów vouchery i Pili Pili Punkty (umożliwiające płacenie na miejscu za różne usługi) pozostają bezterminowe. We wpisie nie znalazła się jednak informacja, czy będzie możliwość zwrotu wpłaconych pieniędzy. W związku z tym w komentarzach na grupach powiązanych z Pili Pili pojawiły się liczne głosy zaniepokojonych, a niekiedy wręcz wściekłych turystów.

"Nie dam satysfakcji osobom, które tylko uległy panice i z nerwami krzyczą "straciłem, straciłam wszystko…". Póki co nikt w Pili Pili nic nie stracił… a jeśli zamiast rezerwować i zmieniać termin woli zajmować się krzyczeniem, że coś stracił… to już jego prywatna, osobista sprawa. Całe szczęście jest mnóstwo osób, które nie ulegają takim stadnym zachowaniom i robią swoje… zmieniły termin… i czekają na swoje wakacje" - skomentował 25 lutego Żabiński na Facebooku.

Zobacz wideo Gazeta.pl na Antarktydzie. Raport z miasta Ushuaia

"Wojtek mydli mi oczy"

Decyzja o zawieszeniu działalności Pili Pili odbiła się również na sytuacji kilkudziesięciu polskich pracowników (m.in. managerów), którzy nagle zostali zwolnieni. Jednocześnie, jak udało nam się nieoficjalnie dowiedzieć, przekazano im, że zaległe części wypłat za grudzień i styczeń będą otrzymywali w ratach. Z informacji, do których dotarliśmy, wynika także, że nie otrzymali gwarancji, iż zostaną całkowicie spłaceni w terminie do końca marca.

Goście Pili Pili nagle pozostali tym samym bez opieki polskiej obsługi. Jak mówili nam obecni na Zanzibarze polscy turyści, sami zaczęli robić zrzutki na jedzenie, dawali też pieniądze lokalnym pracownikom, by ci chociaż przez kilka dni pozostali w pracy.

Wojciech ŻabińskiProblemy Pili Pili. Pracownicy zwolnieni, niepewna sytuacja turystów

 - Pracownicy zostali zwolnieni z dnia na dzień, ok. 40 osób, z informacją, że możemy wracać w najbliższy weekend. Część pracowników z Polski zaczęło od razu wracać do kraju na swój koszt - mówi nam była już pracowniczka Pili Pili, prosząca o anonimowość.

Jak relacjonuje kobieta, firma zalega z wypłatą jej wynagrodzeń za grudzień i styczeń. Łączna suma zaległości sięga, jak twierdzi, kilkunastu tysięcy dolarów. Była pracowniczka Pili Pili dostała w styczniu część wypłaty: 500 dolarów.

Podobną historię słyszmy od innego byłego pracownika Pili Pili. - Od października zaczęło się robić coraz gorzej. W końcu odszedłem, bo potrzebowałem stałego dochodu, którego Wojtek nie był w stanie mi zapewnić - mówi nam mężczyzna.

- Nie otrzymałem pensji za grudzień i styczeń, miałem też dostać odprawę za luty. Od 2,5 miesiąca próbuję wywalczyć swoją zaległą pensję. Jakieś 3-3,5 tygodnia temu otrzymałem zaliczkę, 500 dolarów. Jestem w kontakcie z Wojtkiem, ale mydli mi oczy - relacjonował nam w drugiej połowie lutego. Z relacji mężczyzny wynikało, że Pili Pili jest mu winne ok. 5 tys. dolarów. Niedługo po naszej rozmowie otrzymał część wynagrodzenia.

- Po zakończeniu współpracy przez kilka miesięcy upominałam się o swoje zaległe wynagrodzenie. Ciągle byłam zwodzona, że pieniądze przyjdą w przyszłym tygodniu, potem w następnym. Ostatecznie wypłatę dostałam po 2,5 miesiącach - mówi nam inna z osób.

We wpisie na Facebooku z 27 lutego Żabiński potwierdził, że coś jest na rzeczy.  "Na wyspę wracam niebawem, jestem w kontakcie z pracownikami, jak również najbardziej nurtujący problem - pensje, dzięki temu, że jestem poza wyspą, będą mogły być wypłacone w przyszłym tygodniu" - napisał wówczas.

"To, co zastaliśmy w tym roku, to nie spadek jakości. To dramat"

O tym, że imperium Żabińskiego chwieje się, mogło świadczyć też to, co działo się w hotelach na kilka, kilkanaście tygodni przed nagłym zawieszeniem działalności.

- Byliśmy w Pili Pili dwa razy. Pierwszy raz w lutym 2021 r., drugi raz w styczniu. W ubiegłym roku nie brakowało nam absolutnie niczego. Polecaliśmy Pili Pili wielu osobom, które pojechały na wakacje. Natomiast to, co zastaliśmy w tym roku, to nie spadek jakości. To dramat - słyszmy od jednej z turystek.

- Braki we wszystkim. W napojach, jedzeniu. Brakowało nawet jajek. Na obiad zamówiliśmy stek. "Brak". No to ryba. "Brak". Słyszeliśmy tłumaczenie od obsługi, że kury i krowy są chude, dlatego nie ma mięsa - dodaje.

Jak przekazała nam turystka, gościom tłumaczono, że braki wiążą się z problemami z transportem, niezależnym od hoteli. - Proszę mi wierzyć, że na wyspie wszystko jest. Wszystko. W sklepach, restauracjach. Nigdzie niczego nie brakuje - zaznacza.

Tę wersję potwierdzają też nasi inni rozmówcy. - Pierwszego dnia trafiliśmy na późne śniadanie, zaskoczył nas ograniczony wybór produktów. Nie chodziło nam już nawet o produkty takie jak sery, wędliny, które muszą być dowiezione, ale typowo lokalne, np. banany, mango, kokosy. Uznaliśmy, że może się skończyły. Później okazało się, że to stały problem - słyszymy.

Jak relacjonuje jedna z osób, która na początku roku odwiedzała Pili Pili, "kiedy dało się napiwek jednemu czy drugiemu kelnerowi, to dostawało się produkt "spod lady". - Z czasem dostępność lokalnych produktów się poprawiła - mówi.

- Kiedy pytałam o rosół, słyszałam, że nie ma, pomidorowa - też nie było. Ryby? Również brak. Małemu dziecku zaoferowano pizzę. To, co ostatecznie serwowano, było jednak smaczne. Problem był po prostu z dostępnością produktów - dodaje turystka.

Kobieta chciała umieścić krytyczne komentarze na profilu "Życie na Zanzibarze". Twierdzi, że została zablokowana, choć jej wpisy nie były wulgarne ani niekulturalne.

Inna z osób wylicza, że w trakcie jej pobytu brakowało m.in. owoców morza, wołowiny, a nawet mleka. - Pierwszy tydzień był jako taki, ale w drugim zaczęło brakować jedzenia. Deseru z karty nie było przez cały pobyt i nikt nam nie zaproponował niczego w zamian. Warunki noclegowe były bardzo dobre. Było czysto. Obsługa w hotelu była super, mimo tego, że już wtedy zalegano im z wypłatami - słyszmy.

- Tłumaczyli się brakami u dostawców. A w hotelach już mówiono o tym, że firma ma długi - dodaje nasza rozmówczyni.

- Byliśmy w Pili Pili do połowy lutego. W naszym przypadku spadek jakości był odczuwalny, ale nie był drastyczny. Na pewno duże braki w zaopatrzeniu spożywczym. Czasami nie było dużej części karty - mówi nam inna osoba.

- W mediach społecznościowych widziałam olśniewające zdjęcia jedzenia, na miejscu okazało się, że jest inaczej. Przynajmniej było świeże. Kiedy barman robi tam drinka, to kroi smaczne, słodkie mango. Soki były wyciskane codziennie ze świeżych owoców i dostępne na barze przez cały dzień. Natomiast było widać, że w ostatnim czasie coś się zadziało w kwestii dostaw - twierdzi z kolei Polka, która była na wyspie na przełomie stycznia i lutego.

- Dzieci w kółko musiały jeść makaron. Przez pierwszy tydzień menu dziecięce obowiązywało, ale w drugim tygodniu kartę zmieniono i wypadło. Śniadanie za to ok, bufetowe i nie było problemu. Do restauracji w naszym hotelu przychodziły pielgrzymki turystów z innych obiektów Pili Pili, bo mówili, że w ich restauracjach jedzenia nie ma. No ale nikt też głodny nie chodził - dodaje.

"To nieprawda, że towar nie dociera. Problemem są zaległości"

Byli pracownicy Pili Pili potwierdzają w rozmowie z Gazeta.pl, że problemy z dostawami nie wynikały z przyczyn formalnych, jak tłumaczył nam w ubiegłym roku Żabiński, ale zwyczajnie z powodu braku pieniędzy.

- W wakacje zaczęły docierać do mnie sygnały o zaległościach w płatnościach dla dostawców. Jesienią, w okolicach października, listopada, można było mówić wręcz o strajku dostawców. Musieliśmy tłumaczyć gościom, że to Afryka, że to wyspa. Natomiast nie było problemu z dostawami towarów na wyspę, chodziło po prostu o kwestie płatności dla dostawców przez Pili Pili - słyszymy od jednej z osób, która pracowała u Wojciecha Żabińskiego.

Była pracowniczka twierdzi, że zaległości u niektórych dostawców wynosiły nawet kilkadziesiąt tysięcy dolarów. - Nie jest prawdą, że problemy w dostawach wynikają z faktu, że jest to wyspa i towar nie dociera. Towar na wyspie jest, problemem są zaległości u dostawców - potwierdza inna.

Informację o zaległościach potwierdził portalowi Gazeta.pl jeden z tanzańskich przedsiębiorców. Jak przekazał nam, firma jest mu winna ponad 20 tys. euro.

O pieniądze mieli dopominać nie tylko dostawcy, ale również lokalni organizatorzy usług dla turystów.

- Odczuwało się irytację przewoźników, obsługi. Coś wisiało w powietrzu, jakieś napięcie związane z nazwą "Pili Pili". Organizatorzy części atrakcji prosili turystów, żeby płacić gotówką, a nie Pili Coinami ["waluta" wprowadzona przez Żabińskiego, później zastąpiona Pili Punktami - red.]. Być może obawiali się, że będą mieli później problem z wymianą ich na pieniądze - słyszymy od jednej z turystek.

W lutym oświadczenie ws. zadłużeń Pili Pili wydała prowadzona przez Polaków na Zanzibarze - Tusię i Daniela Witkowskich - szkoła kiteboardingu. Witkowscy współpracowali z Żabińskim. Jak twierdzą, mieli otrzymywać od przedsiębiorcy "niekończące się serie kłamstw i zapewnień o nadchodzących spłatach, które się nie wydarzyły". Dziś twierdzą, że polityka jego firmy "jest oparta na kłamstwach, wyzysku oraz braku poszanowania dla klientów i pracowników".

Witkowscy na razie odmawiają rozmów z mediami.

Polscy inwestorzy zaniepokojeni

Sytuacja, z jaką borykali się pracownicy i turyści, może być ważnym sygnałem dla Polaków, którzy na Zanzibarze zainwestowali niemałe pieniądze, nawet setki tysięcy dolarów, marząc o własnym domu lub apartamencie w Afryce. Do Gazeta.pl docierają głosy zaniepokojonych osób, które czekają na jasną, konkretną informację od Żabińskiego, czy ich środki są bezpieczne. Wiemy też, że niektórzy już rozważają podjęcie kroków prawnych, np. skierowania sprawy do sądu lub złożenia zawiadomienia do prokuratury.

- Nikt nie wie, na czym stoi. Jest duża grupa inwestorów, która wierzy, że to tylko chwilowe - usłyszeliśmy od jednej z osób, która zainwestowała swoje oszczędności.

Przypomnijmy: Żabiński rozpoczął dwie inwestycje - Natural Park (setka willi stojąca nad oceanem w dziesięciu rzędach) i Orient Beach Resort (kompleks apartamentów i kilku domów). Schemat był następujący: polski inwestor wpłaca pieniądze, po wybudowaniu obiektu mieszkają w nim turyści, a inwestor co miesiąc otrzymuje czynsz. Może przy tym korzystać z nieruchomości przez kilka tygodni w roku.

Żabiński oferował również możliwość wypłacania czynszów także wówczas, gdy obiekt jeszcze nie istniał. Pod warunkiem, że inwestor wpłaci całą kwotę. Przykładowo, domy w "Naturalu" kosztowały od 170 do 250 tys. dolarów.

Obie inwestycje zaliczają wielomiesięczne opóźnienia. Z naszych ustaleń wynika, że według stanu na luty powstały dwa pierwsze rzędy domów w Natural Parku, a budowa trzeciego była na poziomie ok. 40 proc. Żabiński deklarował wcześniej, że trzy rzędy będą gotowe do połowy ubiegłego roku.

Do końca lutego miał zostać oddany pierwszy rząd obiektów w "Oriencie". W drugiej połowie lutego był jeszcze w surowym stanie, bez dachów.

Tematowi stanu inwestycji finansowanych przez Polaków na Zanzibarze wciąż się przyglądamy. Do tej kwestii będziemy jeszcze wracać.

23 lutego skierowaliśmy do Wojciecha Żabińskiego i jego współpracowników ponad dwadzieścia pytań. Pytaliśmy m.in. o zaległe wypłaty pracowników, o kwestie długów u lokalnych firm, a także o sytuację inwestorów z Polski. Prosiliśmy o jak najszybszą odpowiedź. Do tej pory jej nie otrzymaliśmy.

Więcej o: