Pożar w elektrowni jądrowej to efekt lekkich starć. Rosjanie musieliby się bardzo postarać, żeby wywołać katastrofę

Starcia na terenie Zaporoskiej Elektrowni Jądrowej i pożar w jednym z budynków, nie były efektem jakichś ciężkich walk. Rosjanie właściwie nie napotkali oporu i już mają sytuację pod kontrolą. Musieliby chcieć wywołać katastrofę jądrową, żeby do niej doszło, a nic nie wskazuje, żeby mieli takie chęci.

W tym momencie Rosjanie kontrolują teren elektrowni jądrowej. Pożar w budynku administracyjnym stojącym na jej terenie ugaszono. Nie ma żadnych informacji o uszkodzeniu samej elektrowni. Zrobić to, czy doprowadzić do jakiejś katastrofy, byłoby i tak bardzo trudno.

Same reaktory w rodzaju tych zainstalowanych w tej elektrowni (wodnociśnieniowe) to gigantyczne żelbetowe bunkry, które są zaprojektowane tak, aby znieść właściwie wszystko, co może wystrzelić taki oddział, z jakim mamy tam do czynienia. Czyli dwa czołgi i kilkanaście-kilkadziesiąt lżejszych pojazdów opancerzonych. Nagrania z nocnych starć pokazywały jedynie ogień z karabinów maszynowych oraz wystrzeliwane flary.

- Żeby wywołać tam jakąś katastrofę, to Rosjanie musieliby być zdeterminowani do zrobienia tego celowo. Użyć specjalnych ciężkich bomb czy ładunków do przebijania grubych warstw zbrojonego betonu - mówi Gazeta.pl Jakub Wiech ekspert ds. energetyki, zastępca redaktora naczelnego portalu Energetyka24.pl. - Wszelkie analogie z Czarnobylem są zupełnie błędne. To całkowicie inna technologia budowy reaktora. W skrajnym wypadku mogłoby to być coś w rodzaju Fukushimy, czyli lokalne skażenie - dodaje ekspert.

Zobacz wideo

Natomiast nic nie wskazuje na to, aby Rosjanie byli zainteresowani systematycznym niszczeniem ukraińskiej infrastruktury krytycznej i wywoływania takich katastrof. Gdyby do tego dążyli, to by mogli z łatwością wysadzić już tamę na Dnieprze, którą kontrolują, czy bombardować sieć energetyczną, aby pozbawić Ukrainę elektryczności.

Powolne zajmowanie miasta i elektrowni

Do Energodaru, miejscowości obok Zaporoskiej Elektrowni Jądrowej, Rosjanie próbowali wkroczyć już od trzech dni. Ukraińskie wojsko nie próbowało tego miejsca bronić. Początkowo wjazd do miasta Rosjanom blokowali cywile, którzy wznieśli barykady. Pierwszego dnia doszło do rzucania w cywilów granatami hukowymi i według Ukraińców do strzelania z ostrej amunicji. Drugiego dnia tłumów na barykadach już nie było. Po zmroku Rosjanie przystąpili do ich rozmontowywania i w nocy wkroczyli do miasta.

Nie jest jasne, co się stało w samej elektrowni. Według Rosjan, opór stawiła niewielka lokalna milicja, na zdjęciach widać jeden rozbity pojazd opancerzony. W wyniku wymiany ognia wybuchł pożar w budynku administracyjnym obok samej elektrowni.

- Przy takich walkach mogło być pewne ryzyko uszkodzenia systemów pomocniczych, odpowiadających za chłodzenie reaktorów, ale tam jest kilka zapasowych systemów awaryjnych - mówi Wiech. Hale z urządzeniami pomocniczymi nie są obłożone grubymi warstwami betonu. Jednak i tak ryzyko takiego wydarzenia było małe. - W absolutnie najgorszym scenariuszu, gdyby doszło do jakiegoś problemu z chłodzeniem, stopienia rdzenia, potem w jakiś sposób do wydostania się skażenia poza obudowę i do środowiska, to byłoby ono głównie lokalne - dodaje ekspert.

Nie ma jednak żadnych sygnałów, żeby elektrownia została jakkolwiek uszkodzona. Trafiły w nią jakieś rosyjskie pociski, prawdopodobnie z karabinów maszynowych, ale to tyle. Nie ma wzrostu skażenia. Nie ma zagrożenia. Nie ma potrzeby obawiania się tej sytuacji. Zwłaszcza Polsce.

Dla Ukraińców większą obawą może być to, że Rosjanie kontrolują największą elektrownię w ich kraju, odpowiadającą za około 20 procent całej produkcji ukraińskiej elektryczności.

Zobacz wideo
Więcej o: