Wzrost brutalności wojsk rosyjskich. "Nie widzą twarzy, nie słyszą krzyków. Łatwiej oszukać sumienie" [WYWIAD]

- Jeżeli Kreml chciałby kontynuować realizację swojej polityki narzędziami wojskowymi - czyli, mówiąc wprost, uzna "tak, wojna dalej będzie kontynuowana, bo chcemy podporządkować sobie Ukrainę" - to właściwie jedynym sposobem, którym będą mogli to osiągnąć, jest zwiększenie poziomu brutalności - mówi w rozmowie z Gazeta.pl Mariusz Cielma, redaktor naczelny "Nowej techniki wojskowej".

Agata Porażka, Gazeta.pl: Co jest przyczyną takiego wzrostu brutalności ze strony wojsk rosyjskich w ostatnich dniach?

Mariusz Cielma, "Nowa technika wojskowa": To przede wszystkim bieżąca reakcja na brak spodziewanych sukcesów terenowych. Mówimy tu głównie o niepowodzeniach w zdobywaniu kolejnych miast, np.: Kijowa, Charkowa i niespodziewanego jednak dla Rosjan takiego oporu Ukraińców. Na pewno dochodzi do tego także kwestia presji politycznej. Kremlowi bowiem z pewnością zależy, żeby wojna była jak najkrótsza. Im dłużej trwa, tym nie tylko większe będą straty na polu walki, ale też tym bardziej będzie się pogarszała sytuacja polityczna, finansowa i gospodarcza Federacji Rosyjskiej.

Co Rosjanie chcą w tej chwili osiągnąć, atakując dzielnice mieszkalne i obiekty cywilne?

Wojsko rosyjskie w pobliżu obiektów mieszkalnych skupia się na wykorzystywaniu przede wszystkim artylerii, czyli dział i wyrzutni rakietowych oraz lotnictwa, którymi w sposób świadomy i celowy próbuje zastraszyć mieszkańców różnych miast i ośrodków - i w konsekwencji zmusić ich do poddania się. O ile w pierwszym i drugim dniu operacji straty cywilne były stosunkowo skromne, to obecnie władze ukraińskie mówią już o tysiącach zabitych cywili. Brutalność staje się kluczowym narzędziem rosyjskiej armii, którym chce ona złamać wolę walki Ukraińców, tak, aby poddali się, a przynajmniej podporządkowali wojskom rosyjskim.

Czy udało im się zmusić tym sposobem jakieś ukraińskie miasto bądź ośrodek do poddania się?

Na razie nie docierają do nas takie informacje. Z większych miast i przy minimalnym oporze ukraińskim zajęto Chersoń na południu Ukrainy. Z kolei mogę za to podać przykłady działań odwrotnych, chociażby miasteczka Konotop w północno-wschodniej Ukrainie. Do jego burmistrza przyjechali rosyjscy wojskowi i postawili ultimatum: albo się poddacie, albo ostrzelamy miasto z artylerii. Burmistrz spotkał się z mieszkańcami i przedyskutowano sprawę, postanawiając, że będą bronić się dalej.

A jak stosowanie takiej strategii może wpłynąć na wojska rosyjskie?

Rosyjscy żołnierze to także ojcowie, bracia i synowie. Nim zostali skierowani do walki w Ukrainie, mogli odprowadzać dzieci do przedszkola, do szkoły, opiekować się swoimi rodzicami. Zostali rzuceni w trudną dla nich sytuację - wielu z nich mówi o tym, że nie zdawali sobie sprawy, że będą uczestniczyć w działaniach bojowych, byli przekonani, że uczestniczyć będą w ćwiczeniach. Możemy podejrzewać, że nawet w dniu rozpoczęcia wojny część z nich mogła uważać, że są elementem jakiejś gry politycznej, wywierania presji na Ukrainę, bo mało kto spodziewał się, również z obserwatorów zachodnich, że Kreml zdecyduje się na otwartą wojnę.

Zobacz wideo

Jak wspominałem wcześniej, najwięcej zdarzeń związanych z atakowaniem cywili ma miejsce podczas ostrzeliwania ogniem artyleryjskim, rakietowym i lotniczym. Nie są to egzekucje i bezpośrednie ataki na cywilów – chociaż takie również mają miejsce – ale głównie prowadzone z dużej odległości. Żołnierze, którzy obsługują działa, rakiety, czy piloci samolotów bojowych, nie mają więc kontaktu z tymi, do których strzelają. Nie widzą ich twarzy, nie słyszą krzyków. Być może dzięki temu łatwiej jest im oszukać swoje sumienie.

Ale jestem przekonany, że to nie jest dla nich łatwa wojna. Morale rosyjskich żołnierzy jest powszechnie określane jako niskie.

Czyli mimo tej zwiększonej brutalności ze strony Rosjan możemy powiedzieć, że wojnę psychologiczną wygrywa Ukraina?

Nie ma oznak załamania się ducha Ukraińców. W sferze informacyjnej Federacja Rosyjska jest w dużej defensywie. Świadczyć o tym może m.in. zamknięcie się ostatnich niezależnych mediów, np. "Echo Moskwy", które pisały o rosyjskiej inwazji w Ukrainie.

Z kolei amerykańskie stacje telewizyjne notują duże wzrosty oglądalności w Rosji od momentu rozpoczęcia wojny w Ukrainie - Fox o 64 proc. czy CNN o 178 proc. w porównaniu do oglądalności w styczniu tego roku.

Widać, że władze w Rosji boją się tego, że społeczeństwo będzie wiedziało coraz więcej na temat wydarzeń w Ukrainie. O tym będą przypominać im również trumny poległych pobratymców. Te wystąpienia, protesty, które możemy obserwować teraz w różnych rosyjskich miastach, mogą przybrać na sile nawet mimo tego, jak bardzo obywatele czują zastraszeni.

Czego możemy się teraz spodziewać?

Jeżeli Kreml chciałby kontynuować realizację swojej polityki narzędziami wojskowymi - czyli, mówiąc wprost, uzna "tak, wojna dalej będzie kontynuowana, bo chcemy podporządkować sobie Ukrainę" - to właściwie jedynym sposobem, którym będą mogli to osiągnąć, jest zwiększenie poziomu brutalności.

Czy taka strategia może pociągnąć za sobą jeszcze jakieś konsekwencje na arenie międzynarodowej, czy wszystko już zostało w kwestii sankcji powiedziane?

Na pewno mamy jeszcze pole do popisu w kwestii sankcji, w kontekście izolacji gospodarczej, politycznej czy kulturalnej. Ten wzrost brutalności nie daje jednak żadnych przesłanek do tego, żeby spodziewać się sankcji ze strony kolejnych państw, które w tej chwili wolą przypatrywać się sytuacji z boku. Być może jeśli straty cywilne będą cały czas rosły, część z nich podejmie decyzje o przyłączeniu się do wywierania presji na Federację Rosyjską. 

Mariusz Cielma. Redaktor naczelny miesięcznika "Nowa Technika Wojskowa", redaktor portalu DziennikZbrojny.pl.

Więcej o: